fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Nieporadne kroki w dorosłość

Joe (Nick Robinson) i Kelly (Erin Moriarty)
BEST FILM
Amerykańscy „Królowie lata” podejmują znany temat dojrzewania z wdziękiem, a przy tym prawdziwie - pisze Marek Sadowski.
Filmów o utraconym dzieciństwie czy wchodzeniu w dorosłość co roku powstaje na pęczki. Często są to debiuty, w których początkujący twórcy odwołują się do własnych przeżyć. Ich fabuły są na ogół do bólu przewidywalne i rzadko udaje się nimi zaskoczyć nieco bardziej doświadczonych kinomanów. Na szczęście zdarzają się wyjątki od reguły, jak w przypadku sympatycznej komedii „Królowie lata”. Zobacz galerię zdjęć
Twórcy tym filmem debiutują w fabule, a połączył ich szczęśliwy traf. Scenarzystę Chrissa Gallettę, który zarabiał na życie pisaniem skeczy i wymyślaniem dowcipów do telewizyjnego „The Late Show” Davida Lettermana, zainspirowały wspomnienia z własnego dzieciństwa.
Reżyser Jordan Vogt-Roberts po festiwalowych sukcesach krótkometrażowego „Successful Alcoholics” szukał materiału do pełnometrażowego debiutu i trafił na scenariusz Galletty.
Współpracował z nim nad pogłębieniem wizerunków postaci czy dopracowaniem dialogów przez cały okres realizacji, co w biznesie filmowym niemal się nie zdarza.
To jednak się opłaciło. Powstało w równym stopniu zabawne, co refleksyjne oraz pozbawione wszechobecnej ostatnio na ekranach dosłowności i wulgarności, spojrzenie na pożegnanie z dzieciństwem, na pierwsze, naturalnie nieporadne kroki w dorosłość i dylematy męskiej przyjaźni. A także na letnie wakacje jako magiczną przestrzeń, w której może wydarzyć się wszystko.
„Królowie lata” to opowieść o zmęczonych codziennymi utarczkami z rodzicami trzech piętnastolatkach, którzy – chociaż na czas wakacji – zapragną niezależności (w rzeczywistości jej pozorów) i decydowania o sobie. Joe (Nick Robinson) to zwyczajny chłopak, może trochę ponad normę nieśmiały, podkochujący się potajemnie w koleżance z klasy Kelly (Erin Moriarty), w żałośnie nieporadny sposób próbujący się do niej zbliżyć.
Jego prawdziwym problemem jest jednak irytujący sarkastycznością ojciec (Nick Offerman), który po śmierci żony całkowicie się zagubił i na synu odgrywa swoje frustracje. Najbliższy przyjaciel Joego to Patrick (Gabriel Basso), chłopiec uprzejmy i dobrze ułożony, umiejący połączyć tak odległe dziedziny jak zapasy i gra na skrzypcach. Z pokorą, ale do czasu, znosi infantylną nadopiekuńczość rodziców (Megan Mullally, Marc Evan Jackson), choć dostaje od niej, dosłownie, wysypki.
Ostatnim z trójki jest tajemniczy Biaggio (Moises Arias), postać jakby z innego świata. Nie wiadomo, skąd się właściwie wziął, jest nieprzewidywalny w swoich zachowaniach i słownych deklaracjach (ni stąd, ni zowąd oznajmia, że nie postrzega siebie jako osoby posiadającej płeć), o mocno dziwacznym wyglądzie, jakby trafił na Ziemię z innej planety.
Nie mówiąc nic nikomu, we trzech uciekają do pobliskiego lasu, gdzie na polanie budują drewniany dom. Odtąd to ich własne miejsce na ziemi, w którym spróbują żyć po swojemu, odrzucając zdobycze cywilizacji.
Gdy w ich ostoi niespodziewanie pojawi się atrakcyjna Kelly, dalszego ciągu łatwo się domyśleć. Choć nie do końca, bo twórcom udaje się nas jednak zdezorientować i zaskoczyć.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA