fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Medalowe nadzieje w kole

Tomasz Majewski mistrzem świata jeszcze nie był
Rzeczpospolita, Yurij Kovaliov Yurij Kovaliov
Piątek to może być w Moskwie polski dzień – są finały z Anitą Włodarczyk i Tomaszem Majewskim.
Połowa mistrzostw szybko minęła, drugą zaczęły w czwartkowy ranek eliminacje kulomiotów. Tomaszowi Majewskiemu poszły dobrze. Podwójny mistrz olimpijski uzyskał najpierw 20,02 m, zaraz potem poprawił się na 20,76 (11 cm za granicę awansu) i mógł zejść ze stadionu w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
– Miałem pchnąć za linię 20,65 m i tak zrobiłem. Nie ma w tym wielkiej historii. Wielkich nerwów też nie było, mam doświadczenie i wiele takich eliminacji za sobą. Niespodzianek w finale nie będzie, wygląda na to, że Ryan Whiting spokojnie w piątek wygra mistrzostwa. Pokazał siłę. Ja spróbuję walczyć o jakikolwiek medal – mówił Majewski.
Whiting rzeczywiście wydaje się poza zasięgiem, tego lata wygrać z nim nie potrafił nikt, w eliminacjach pchnął kulę na odległość 21,51 w jedynej próbie.
Granicę kwalifikacyjną pokonali, oprócz Amerykanina i Polaka, jeszcze tylko młody Czech Ladislav Prašil (20,90) oraz mistrz świata z Daegu Niemiec David Storl (20,71). Piąty wynik miał niezmordowany Reese Hoffa – 20,42. To są główni kandydaci do końcowych zaszczytów. Drugi Polak, Jakub Szyszkowski, odpadł. Początek finału dziś o 18.10.

Heidler odpadła

Na Majewskim polskie atrakcje piątku się nie kończą. Wcześniej, już od 17. do koła rzutu młotem wyjdzie Anita Włodarczyk. Eliminacje odbyły się w środę, po nich znacznie więcej, niż o bardzo dobrym rzucie Polki (76,18 i pierwsze miejsce) mówiono o fatalnym starcie rekordzistki świata Betty Heidler.
Niemka nie dała rady przekroczyć granicy 69 m, odpadła z hukiem i z jej wielkich zapowiedzi, że w 2013 roku chce znów pobić rekord świata, a nawet przesunąć go poza granicą 80 m (dziś wynosi 79,42) i oczywiście zdobyć złoto w Moskwie – nic nie wyszło.
Polce pozostaje trudna walka z czterema Rosjankami, z mistrzynią olimpijską z Londynu i mistrzynią świata z Daegu Tatianą Łysenko na czele oraz dwiema Chinkami, które też potrafią być groźne.
– Pierwszy rzut, spalony, spowodował trochę nerwów. Myślałam, że młot po moim drugim rzucie eliminacyjnym poleciał jakieś 73 metry, bo był taki niedokończony, z ryzykiem, ale dwa obroty zrobiłam za wolno. Jednak nie dałam z siebie wszystkiego. Jestem w stanie dołożyć trochę więcej, 76 m na treningach to była ostatnio reguła. Co do Betty Heidler – nie mam pojęcia, co się stało. Widziałam jej trzeci rzut, beznadziejnie zakręciła. A Rosjanki? Po prostu trzeba mieć nadzieję, że sobie z nimi poradzę... – mówiła Polka.
W czwartek w finałach nie było widocznego polskiego udziału, tylko Anna Jagaciak walczyła jak mogła o wąski finał w trójskoku, ale jej 13,95 m w najlepszej próbie wystarczyło zaledwie na 9. miejsce. Medale rozdawano w męskim skoku wzwyż, w biegu pań na 1500 m, za oba biegi płotkarskie na 400 oraz po rywalizacji panów na 3000 m z przeszkodami.

Niezapomniany Malinowski

Ten ostatni dystans kiedyś był dla polskich kibiców źródłem silnych wzruszeń. Kto widział, jak Bronisław Malinowski gonił na igrzyskach w Moskwie w 1980 roku Tanzańczyka Filberta Bayi i go w końcu, po niezwykłym biegu, dogonił przed ostatnim rowem z wodą, ten nigdy tego wydarzenia nie zapomni.
Tym razem w finale biegu przeszkodowego nie było żadnego Tanzańczyka, medale niemal z góry przydzielono Kenijczykom i słusznie, bo przed ostatnim okrążeniem z przodu biegło ich trzech, wygrał Ezekiel Kemboi i pozostaje zapamiętać, że był to dziesiąty złoty medal dla Kenii w tej konkurencji w historii mistrzostw świata.
W sobotnim finale skoku wzwyż pań wystąpią obie Polki: rekordzistka kraju Kamila Stepaniuk i mistrzyni kraju Justyna Kasprzycka. Eliminacje ułożyły się tak, że do awansu wystarczyło skoczyć 1,92, nawet za trzecim razem. Tę wysokość pokonało 13 zawodniczek, więc oszczędzono im kolejnych prób na 1,95 m, tylko po to, by jedna odpadła.
Oszczepnicy Łukasz Grzeszczuk i Marcin Krukowski wypadli słabo, obaj rzucali znacznie poniżej rekordów życiowych, aby awansować nie musieli zresztą ich poprawiać, wystarczyło trochę przekroczyć 80 m.
Marika Popowicz rozgrzała się przed startem w sztafecie uczestnicząc w eliminacjach biegu na 200 m, i na tej jednej rozgrzewce skończyła. Ten sprint to zapewne będzie walka Amerykanki Allyson Felix z dziewczynami z Afryki i mistrzynią 100 m Shelly-Ann Fraser-Pryce. Poza nią Jamajka nikogo więcej w finale nie ma, co jest małym zaskoczeniem. Będzie jak będzie, być prorokiem w sprintach to dziś raczej niebezpieczna zabawa.

Bieg dla smakoszy

Oprócz finałów z Włodarczyk i Majewskim w piątek na koniec dnia odbędzie się kolejny bieg dla smakoszy – sztafeta 4x400 m mężczyzn.
Kiedyś polska specjalność, a tym razem bez Polaków (odpadli w czwartek w eliminacjach, mieli siódmy czas, lecz miejsce za słabe). Jeszcze raz pozostaje tylko okazja do wspomnień o tym, jak to pięknie w czasach Andrzeja Badeńskiego i Jana Wernera, a potem Roberta Maćkowiaka i Tomasza Czubaka bywało.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA