fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

"Mazowsze" na Przystanku i Szopen

Anna Kozicka-Kołaczkowska
archiwum prywatne
„Koncert 'Mazowsza' na Przystanku Woodstock pokazał coś pięknego, co rodzi się w nas” – napisał ktoś na forum internetowym (Czartoryski, 3.08.13). Warto, by cztery kangurze ciosy nie przysłoniły tego wrażenia.
Powiedzmy, że dla mnie rodzimy Woodstock to był dotąd Wódstok, ale tego tematu dziś nie rozwinę, choć dane mi było przejeżdżać mimo. Nie będę też dociekać, kim naprawdę jest coraz bardziej wiekowy „Jurek”, który po latach entuzjazmu niepostrzeżenie przestał się jąkać, mimo że jąkanie tak się kiedyś świetnie sprzedawało. Ludzie pokochają swojskiego jąkałę, który zdziera sobie dla nich głos zawsze sto razy bardziej niż gładkiego inteligencika, ale komu nie znudziłoby się ciągłe pamiętanie, że warto od czasu do czasu trochę się zaciąć. Połowa wódstokowiczów z dawnych lat niańczy już wnuki i mało kto przypomina sobie, jak to kiedyś leciało.
Nie na moją dziś głowę rozstrzyganie, czy im więcej Jurka, tym bardziej beztroskie jest państwo. Premier ma łeb, niech myśli o medycynie, choć akurat ja nie mam zamiaru zajmować najbliższego orlika. Kiedyś spróbowałam futbolu i potem przez miesiąc złaził mi paznokieć z dużego palca u nogi.
Nie mam zamiaru także rozwodzić się nad szkołą życia znajomej lekarki, która za złe słowo na Jurka  wydrapałaby oczy. Orkiestra pięknie wyszykowała jej oddział. Miłe jest nadzwyczaj być udzielną księżną na włościach. Pewnym sobotnim porankiem owa pani doktor poślizgnęła się na schodach do swego ogromnego szpitala. Pogruchotała obie ręce i obojczyk, lecz nie było tam ani jednego lekarza, który mógłby jej udzielić pomocy. Wezwana przez obcych ludzi karetka pogotowia  uwiozła ją sprzed drzwi własnej kliniki w kierunku jakiegoś dziadowskiego szpitalika na peryferiach, ponieważ tak obszerny jest ten medyczny temat, nad którym premier łamie sobie głowę.
Nie będę, tym bardziej, ględzić o sprawie czterech kangurzych bokserskich ciosów na Przystanku. Dyskusja i beze mnie rozdęła się do wypęku. Już nawet prezenter Durczok nie ukrywa, jakie ma zdanie na temat eksterminacji czołowego ironisty kraju.
Mieszkam w dzielnicy, w której jeśli chodzi o ciszę iglaków i karłowatych klonów narzekać można jedynie na warkot kosiarki nadgorliwego estety z sąsiedztwa, który nie potrafi żyć bez roboty. Jednak raz do roku, w maju, w ramach Juvenaliów, przychodzi tydzień burzy i naporu. Dzielnica sąsiaduje z uczelnianymi błoniami. Przez bez mała tydzień od rana olbrzymią sceną władają tam wówczas  zespoły od drum and bass i hip hopu po disco polo. Każdy dźwięk, słowo, szept i skowyt – wszystko ląduje w moim uchu przy najszczelniej nawet zamkniętych oknach.
Na podstawie tych corocznych doświadczeń oraz entuzjazmu tłumów wydeptujących do gołej ziemi trawę, która błyskawicznie odrasta w sposób iście nadprzyrodzony, czuję, że to się zbliża. Jest blisko, coraz bliżej - myślę. Jest już przed drzwiami. Na scenie godzinami grają folklor. Grają swoje górale. Szaleją z akordeonem Ukraińcy. Słyszę nuty z pogranicza Czech, Słowacji i modne irlandzkie fascynacje. Są Cyganie, no i reggae, a ja czekam, bo robi się nudno. Kiedy wreszcie, drogą dedukcji albo i indukcji nadejdzie myśl, która narzuca się sama? Kiedy przyjdzie kolej na tańce łowickie i kujawiaki?
By tak się stało, musi się wreszcie dopełnić warunek ku temu konieczny. Muszą umrzeć kompleksy wiejskiego pochodzenia. Socjalizm awansował wieś, wyprowadził lud do wielkiej płyty. Nawet wciskał ludowi ludowość – nie można powiedzieć, że nie wciskał - a lud dziwnie szybko wyparł się własnych korzeni. Dla pokolenia nuworyszy socjalizmu symbolem wsi do dziś jest chustka, którą niejedna elegantka nie otuliłaby się za żadne skarby, gdyż pamięta ją na głowie własnej babci.
Nie dali odebrać sobie godności górale. Wdarli się na wszystkie sceny i nie znajdziesz śmiałka, który odważyłby się bąknąć, że ich język, muzyka i stroje są śmieszne i nieładne. Reszcie godność wraca nieśpiesznie. Coś się musi jeszcze stać, żeby wnuczka babci w czerwonej chustce zrozumiała, jak ta chustka była piękna. Może gdy wnuczka w błyszczącym pisemku z życia wyższych sfer trafi na podobną chustkę na głowie jakiejś wysoko urodzonej damy z kraju, gdzie nikt do dziś nie wywabił podstępnie nikogo z domu na prowincji. Może znajdzie tam to zdjęcie z weekendowego spaceru księżniczki Diany w chustce i gumowcach. Jakoś nie w szpilkach, ani w kapeluszu.
Marzę, że będąc w dalekim świecie wnuczka tej babci wybierze się do sali koncertowej pełnej dam i wyfraczonych koneserów. Pośród snobistycznej publiczności usłyszy melodie i rytmy z wiejskich karczm spod Łowicza. Mazurki, oberki i polskie tęsknice, których echo słychać w muzyce Szopena. Przekona się, jak te wzgardzone kawałki o mazowieckich Kasiach i Jasiach, jej wiejskich protoplastach, przetworzone zostały w utwory genialne, subtelne, jedyne w swoim rodzaju. Nie łudźmy się. Gdyby nie one, Szopena odebrano by nam dawno, jak wiele innych powodów do radości. Pretekst znalazłby się świetny, bo ojciec Szopena był  Francuzem, imigrantem. Salonowa, genialna muzyka Szopena jest jednak przesycona motywami muzyki chłopskiej i szlacheckiej, dźwiękami i unikalnym rytmem, które wyrosły z nas na mazowieckim piachu. Chyba najmocniej zauroczeni nią są Japończycy. Oni zawsze znali się na sztuce wybrednej, wysublimowanej. Polska dusza do nich przemawia.
Zespół „Mazowsze” jeszcze istnieje. Dlaczego nie znamy już jego repertuaru? W wielu krajach łoży się wielkie pieniądze na katedry śpiewu i muzyki ludowej. Promuje się artystów etno. Podbija się swoją muzyką inne narody. To dlatego teraz mieszkaniec ojczyzny Szopena zna lepiej melodie ludu Jamajki, niż te spod Łowicza. Polakowi toteż podrygiwać w charakterze ludu irlandzkiego nie wstyd, ale tańczyć w postaci hardego Kujawiaka w bogatym stroju, a  nie w ubogim gieźle - jak najbardziej, choć jeszcze hrabiowskie przedwojenne bale bez kujawiaków się nie obywały. Reggae świetnie kołysze, flamenco jest niesamowite, tańce serbskie porywają, ognista jest ukraińska harmoszka i niejeden przepada za nutą słowacką z beskidzkiego disco polo albo melodiami Cesarii Evory. Kujawiak jest nostalgiczny, refleksyjny, ma i supernowoczesne brzmienia,  tylko my nie mamy pojęcia o jego istnieniu. I co wiemy o poruszających śląskich pieśniczkach – tej czystej poezji, kulturze i sztuce ? Nasza muzyka ludowa powstała ze wspólnego ludzkiego przeżycia. Marzę, że już niedługo potrwają rządy głupiej,  zdezorientowanej pańci, która kpi z wiejskiej chustki, choć sama nie potrafi jeszcze nosić rękawiczek.
„Mazowsze” pojawiło się na Przystanku. Czytam w sieci, że porwało młodych. Przypuszczam, że gdybym tam się jakimś cudem znalazła, spłakałabym się ze szczęścia niczym bóbr, jak to potrafi sentymentalna staruszka. Jest jakaś nadzieja w tych dzieciakach.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA