fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Obchody roku wagnerowskiego w Niemczech

Tilmann Unger, Matthias Wippich i Gary Martin w „Pierścieniu Nibelunga” w Bayreuth
materiały prasowe, Andreas Harbach a.h. Andreas Harbach
W Niemczech trwa Rok Wagnerowski. Setki spektakli, koncertów i problem, jak traktować jego spuściznę – pisze Jacek Lutomski z Bayreuth
Czy wystawiać jego muzyczne dramaty klasycznie, a może bardziej ludycznie, na spektaklach plenerowych? A może w dzisiejszych galopujących czasach zaproponować skrócone wersje bardzo długich i monumentalnych utworów? Zobacz galerię zdjęć
W Monachium traktuje się Wagnera z szacunkiem i kultywuje tradycję. W żadnym innym mieście nie odbyło się tyle prapremier jego oper, co właśnie tu: „Tristana i Izoldy", „Śpiewaków norymberskich", „Złota Renu", „Walkirii" i „Die Feen". Ta ostatnia była pierwszą operą Wagnera napisaną w 1835 r., a pokazano ją dopiero pięć lat po jego śmierci, w 1888 r.

Artysta i władca

– Mamy wobec kompozytora szczególny dług – mówi „Rz" Andreas Friese z Opery Monachijskiej. – Największym wyzwaniem w tym roku było przygotowanie na wakacyjny festiwal prezentacji 22 dzieł, wśród nich aż dziesięciu utworów Wagnera. A pokazujemy to wszystko w ciągu zaledwie czterech tygodni.
Rzeźba Richarda Wagnera, obok podobizn Wolfganga Amadeusza Mozarta i Richarda Straussa, zdobi hall odbudowanego w 1963 roku imponującego gmachu. Jego widownia liczy 2700 miejsc. Jest królewska loża dla 12 widzów, z której miał zwyczaj oglądać spektakle Ludwik II, król Bawarii, wielki promotor Wagnera. I mimo trudnej przyjaźni łączącej władcę i artystę, bez finansowego wsparcia tego pierwszego nie powstałyby największe dzieła z „Pierścieniem Nibelunga" na czele. W Operze Monachijskiej w trakcie wielkiego festiwalu muzycznego odbywał się pokaz „Rigoletta", w którym tytułową partię śpiewał Polak Andrzej Dobber. – To wspaniały baryton, bardzo subtelny głos – komplementuje naszego artystę Andreas Friese.

Chóry norymberskie na rynku

Trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na prezentację jedynej w dorobku kompozytora opery komicznej „Śpiewacy norymberscy" niż rynek w mieście, w którym toczy się jej akcja. „Właśnie teraz włóczę się po Norymberdze i mam sporo do czynienia z nieokrzesanym ludem, rubasznym ludem. Nie pozostało mi nic innego, jak przebywać w takim oto towarzystwie" – pisał w liście do Matyldy Wesendonck 21 grudnia 1861 roku.
Ostatecznie opera była gotowa pod koniec 1867 roku. Ale tak naprawdę pracował nad nią 22 lata – wtedy powstał pierwszy szkic literacki. To zresztą bardzo charakterystyczne dla Wagnera, że idee jego utworów dojrzewały długo i były głęboko przemyślane.
Libretto „Śpiewaków... " to, najkrócej mówiąc, historia konkursu w XVI-wiecznej Norymberdze, w którym zwolennicy śpiewu natchnionego, emocjonalnego rywalizują z wyznawcami interpretacji wyuczonych, ściśle przestrzegających dawnych reguł.
W tle rozgrywa się oczywiście romans miłosny. Racje stron próbuje godzić szewc poeta Hans Sachs, postać autentyczna, człowiek uważany za ojca literatury niemieckiej. Z nim utożsamia się zresztą sam Wagner, podzielając sceptycyzm i dystans do świata.
Jedną z najmocniejszych stron tej opery są imponujące sceny chóralne. Znakomicie udowodnili to wykonawcy plenerowej, koncertowej wersji utworu, jaką usłyszały tysiące słuchaczy zgromadzonych na norymberskim rynku. „Rubaszny lud" rozsiadł się wzdłuż stołów pod estradą, przy których serwowano piwo, wino i kiełbaski. Ale gdy zagrała wielka orkiestra pod dyrekcją Marcusa Boscha, wszyscy słuchali w skupieniu. I jakież było zaskoczenie widzów, gdy do finałowych pieśni oprócz wielkiego zespołu na scenie włączyły się chóry siedzące z nutami przy stołach. Efekt był niesamowity – cała Norymberga śpiewała Wagnera.

Bayreuth idzie na skróty

Najważniejszym miastem Wagnera jest Bayreuth. Stworzył w tym mieście imponujący festiwal muzyczny, dla potrzeb którego budował teatr. Postawił wspaniałą rodzinną posiadłość, której dedykował tę myśl: „Tu, gdzie moje błądzenia znalazły spokój – niech będzie ten dom przeze mnie Wahnfried nazwany". W ogrodzie przed Wahnfried spoczął pod marmurową płytą, na której – zgodnie z jego ostatnią wolą – nie ma żadnego napisu.
Trudno dziś powiedzieć, że kompozytor spoczywa w spokoju, wokół willi bowiem są głębokie wykopy, trwają prace budowlane, dosłownie kilkadziesiąt metrów od jego grobu. Powstaje tu centrum muzyczne, którego sercem ma być stary Wahnfried. Podobny, wielki remont trwa w starym gmachu opery w centrum miasta.
W tym roku w Bayreuth odbyła się premiera nowatorskiej, krótkiej wersji „Pierścienia Nibelunga". Pokazano ją na niewielkiej scenie przy niewielkiej widowni w tutejszym centrum kultury. Spektakl proponujący tetralogię w skromnym wydaniu ukazuje pewien trend, który pojawił się w teatrach operowych. W pełnej wersji inscenizacja „Pierścienia" musi trwać ponad 16 godzin. Tu skrócono ją do czterech, łącząc w dwa akty „Złoto Renu" z „Walkirią", a „Zygfryda" ze „Zmierzchem bogów". Soliści kreowali po kilka postaci, a orkiestra młodych muzyków to niespełna 20 instrumentalistów, podczas gdy zazwyczaj zespoły wykonujące muzykę operową Wagnera muszą liczyć ponad setkę. – To pewna światowa tendencja prezentowania skróconej wersji „Pierścienia" – tłumaczy mi Peter Johannes Erichsen, nestor duńskich krytyków muzycznych piszący w „Berlingske". – Wiem o takiej inscenizacji w tym roku w Buenos Aires, a podobną szykują u mnie w Kopenhadze jesienią. To z jednej strony ciekawy eksperyment, doświadczenie zwłaszcza dla młodych artystów, ale z drugiej są problemy ze spójnością dzieła. Teraz w Bayreuth zupełnie nie zrozumiałem zakończenia.
O samym zamyśle inscenizacyjnym można i trzeba dyskutować. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości. Nawet w tak skromnych warunkach, ubogiej scenografii i przy niewielkiej orkiestrze muzyka Richarda Wagnera broni się. Jest monumentalna, imponująca i emocjonująca.
 
 
 
 
 
 
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA