fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Horror tropików

„Dzikie wybrzeże” John Gimlette, Czarne, 2013
Plus Minus
John Gimlette w poświęconej Gujanie książce „Dzikie wybrzeże" odkrywa amerykańskie „jądro ciemności", kraj, któremu nieobca jest żadna zbrodnia.
Gujaną, czyli „Ziemią Wielu Wód", Indianie nazywali ogromny, porośnięty nieprzebytą dżunglą fragment Ameryki Południowej między Orinoko i Amazonką. Po dziś dzień jest to jedna z najtrudniej dostępnych, dziewiczych części kontynentu. Większość spośród zaledwie kilku milionów jej mieszkańców, przeważnie potomków afrykańskich niewolników, imigrantów z Indii, przybyszów z Europy i niedobitków ludności tubylczej, zamieszkuje wąski, liczący półtora tysiąca kilometrów pas błotnistego wybrzeża, pozbawionego jakichkolwiek naturalnych portów. Cztery piąte powierzchni zajmuje tropikalny las, który wraz z tysiącami rwących rzek stanowi naturalną barierę oddzielającą mieszkańców wybrzeża od reszty kontynentu.
To jedyna część Ameryki Południowej, gdzie niemal nikt nie mówi po hiszpańsku lub portugalsku. Zagarnięta w XVII wieku przez Anglików, Holendrów i Francuzów, po dwóch stuleciach walk została podzielona na trzy części, z których największa, wielkości Wielkiej Brytanii, przypadła w udziale rodakom sir Waltera Raleigha. Ten słynny korsarz Jej Królewskiej Mości w 1595 roku rozpuścił plotkę, jakoby właśnie w Gujanie znajdowało się mityczne Eldorado. Tam też miały zamieszkiwać słynne Amazonki.
Pierwszych kolonistów zdziesiątkowały choroby tropikalne i miejscowi kanibale. Wkrótce jednak Holendrzy, a po nich Anglicy odkryli prawdziwą żyłę złota – handel niewolnikami. W 1760 roku ci ostatni dysponowali flotą 146 statków mogących jednorazowo zabrać na pokład 36 tysięcy ludzi schwytanych na zachodnim wybrzeżu Afryki. Setki tysięcy niewolników wykarczowały dżunglę pod plantacje trzciny cukrowej będące aż do 1860 roku źródłem gigantycznych dochodów miejscowej „plantokracji". „Od tamtego momentu – pisze John Gimmlet w znakomitej książce „Dzikie wybrzeże" – historię regionu można zamknąć w słowach »walka o życie po cukrze«".

Koniec ery psychodelicznej

Brytyjski podróżnik rozpoczął swoją kilkumiesięczną wędrówkę w 2008 roku w dawnej Gujanie Brytyjskiej. Nie jest to budująca opowieść: ze względu na dramatyczną historię i współczesność region z powodzeniem mógłby rywalizować z Kongiem o miano „jądra ciemności".
Jedyne powszechnie znane wydarzenie w dziejach Gujany to masakra z 1978 roku, kiedy to Jim Jones, przywódca sekty Świątynia Ludu, zmusił ponad dziewięciuset swoich wyznawców, w większości obywateli USA, do zbiorowego „samobójstwa". Media nazwały tę tragedię końcem ery psychodelicznej, podkreślając związki Jonesa z kontrkulturą i sytuując go wśród psychopatycznych zabójców w rodzaju Charlesa Mansona. W rzeczywistości – przypomina autor książki – Jones miał znacznie większe ambicje.
Świątynia Ludu miała być modelowym przykładem wielorasowej wspólnoty. Temu właśnie jej guru, przypisujący sobie indiańskie pochodzenie, zawdzięczał zaproszenie do Gujany, jakie otrzymał na rok przed masakrą z rąk ówczesnego prezydenta tego kraju, czarnoskórego Forbesa Burnhama.
Gujana od ćwierćwiecza była areną krwawego konfliktu toczonego przez potomków niewolników stanowiących połowę mieszkańców kraju oraz mniej licznych, lecz tradycyjnie dominujących Hindusów, sprowadzonych do pracy na plantacjach po zniesieniu niewolnictwa w drugiej połowie XIX wieku. Wojska brytyjskie nie były w stanie opanować sytuacji i w 1966 roku Londyn przyznał Gujanie niepodległość. Przerodziła się ona w „afrykańską dyktaturę na peryferiach Ameryki Południowej". „Żonglujący ideami chrześcijaństwa, marksizmu i liberalnej demokracji" Burnham flirtował z Hawaną, Pekinem i Phoenianem, i doprowadził kraj do takiej ruiny, że w sklepach zabrakło nawet produkowanego tu cukru.

„Biała krew"

Pod piórem Gimletta krwawa historia Gujany układa się w opowieść o „brzemieniu białego człowieka", nieprzezwyciężonym dziedzictwie niewolnictwa. Szokującym opisom okrucieństw, jakich dopuszczali się plantatorzy, towarzyszą przerażające opisy krwawych jatek, jakimi odpłacali im zbuntowani niewolnicy.
Połowa mieszkańców Georgetown nosi nazwiska niewolników i nie wie, skąd przybyli ich afrykańscy przodkowie, ale za to są w stanie dokładnie określić domieszkę „białej krwi" w swoich żyłach i szczycą się nią. „Ja jestem czerwona" – powiada rozmówczyni autora książki, i wcale nie ma na myśli indiańskiego pochodzenia, lecz to, że wśród jej przodków byli także właściciele niewolników. W 1800 roku – pisze Gimlett – dobry Afrykanin kosztował równowartość połowy ceny za średniej klasy samochód. Cena wzrosła, gdy w 1807 roku wprowadzono zakaz importu nowych niewolników. Od tej pory zachęcano niewolników do płodzenia dzieci, jedno z towarzystw rolniczych przyznało nawet nagrodę za płodzenie ludzi. „Otrzymał ją plantator, który wyhodował największą liczbę małych niewolniczątek".
Fascynujący, choć nierzadko drastyczny opis Gujany to zaledwie wstęp do prawdziwego pandemonium zbrodni, jakim okazuje się sąsiedni Surinam. Pod rządami Holendrów było to istne piekło na ziemi, miejsce bezprzykładnego wyzysku i krwawych buntów.
Ponieważ niewolników było 20 razy więcej niż panów, ci ostatni rządzili strachem: najdrobniejsze nieposłuszeństwo karali obcięciem języka lub jąder, a bunt paleniem żywcem lub wieszaniem za żebro na haku. Kraj ten stał się synonimem okrucieństw w imię zysku: bohater opublikowanego w 1758 „Kandyda" po przybyciu do Surinamu spotyka niewolnika z powyrywanymi kończynami. „Oto cena, za którą jadacie cukier w Europie" – pisał Wolter.
Po kilku wiekach katastrofalnych rządów gwoździem do trumny Surinamu okazała się decyzja Hagi, by na odchodnym w 1975 roku przyznać wszystkim chętnym mieszkańcom dawnej kolonii obywatelstwo metropolii. Jedna trzecia, w tym praktycznie cała miejscowa klasa średnia, skorzystała z okazji i wyjechała do Holandii. Skorzystały na tym tamtejsze kluby piłkarskie, ale półmilionowy kraj na drugim wybrzeżu Atlantyku pogrążył się w chaosie i sześcioletniej wojnie domowej „podsycanej heroiną i wudu".
Surinam oficjalnie utrzymuje się z eksportu boksytów i bananów, a tak naprawdę z kontrabandy. Prezydent Desi Bouterse, przywódca partii o malowniczej nazwie Megakombinacja, przed kilkoma laty został zaocznie skazany w Holandii za przemyt narkotyków.

J'accuse

Kiedy autor opuszcza  Surinam i dociera do ostatniego etapu swojej podróży, czyli Gujany Francuskiej, czytelnik niemalże oddycha z ulgą. Gdyby nie spora dawka typowo angielskiego poczucia humoru, książka byłaby jedną wielką mową oskarżycielską; współczesnym „J'accuse...!" wobec kolonialnej spuścizny Europy.
Autor zaczyna zresztą opowieść o Gujanie Francuskiej, absurdalnym, liczącym 250 tysięcy mieszkańców spłachetku Unii Europejskiej na antypodach, od wizyty na Wyspie Diabelskiej, miejscu zesłania Alfreda Dreyfussa. Dawna kolonia karna dziś utrzymuje się z centrum lotów kosmicznych w Kourou, skąd trafia na orbitę połowa wszystkich satelitów komercyjnych. Jako że Francja zarabia na tym miliard euro rocznie, można mieć nadzieję, że ten zakątek Gujany nieprędko doczeka się niepotrzebnej mu do niczego niepodległości.
Autor jest eseistą i tłumaczem literatury czeskiej. Ostatnio opublikował „Praski elementarz" (Czarne, 2012). Redaktor naczelny kwartalnika „Aspen Review"
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA