fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Profesorskie głowy i słowa

Naukowcy są we wszystkich partiach, bo przydają im splendoru. Ale niektórzy są nie do okiełznania.
Posłów z tytułem profesorskim jest w obecnym Sejmie niewielu. Można ich policzyć na palcach obu rąk. Za to, jak na tak nieliczną reprezentację, wywierają nadspodziewanie duży wpływ na naszą scenę polityczną. O kim mowa? Chociażby o Krystynie Pawłowicz z Prawa i Sprawiedliwości, Stefanie Niesiołowskim z Platformy Obywatelskiej czy Tadeuszu Iwińskim z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, czyli profesorskich głowach polskiej polityki.
Profesor prawa Krystyna Pawłowicz z PiS to medialne objawienie tej kadencji Sejmu, sama o sobie opowiada, że ma naturę belfra – mówi głośno, jak to na wykładach, i szuka dosadnych porównań, żeby studenci lepiej zrozumieli zagadnienie. Być może dlatego na jej zajęciach słuchaczy nigdy nie brakowało. Jednak to, co na uczelni jest zaletą, w polityce może być wadą. Głośne mówienie utożsamiane jest z agresją, a dosadne porównania z chamstwem.
Prof. Pawłowicz co prawda jest ulubienicą mediów, które z lubością cytują jej dosadne słowa, ale partia czasami świeci za nią oczami. Tak było przy okazji „Marszu szmat", który miał zwrócić uwagę na problem niskich wyroków za gwałty. Cała Polska słyszała, jak Pawłowicz mówiła: „szmaty, po prostu szmaty". Opinia publiczna była w szoku. Na nic nie zdały się wyjaśnienia prof. Pawłowicz, że cytowała oficjalne zaproszenie organizatorów na marsz.

Złotouści

Spory rezonans wywołały też słowa Pawłowicz w wywiadzie dla „Rz", że czeka i modli się, żeby Unia Europejska sama się rozwaliła. Media natychmiast zażądały wyjaśnień od PiS, czy to jest oficjalne stanowisko partii, i sam prezes musiał się z tego tłumaczyć.
Pawłowicz wypełniła pustkę w Sejmie po odejściu do europarlamentu innej ekscentrycznej profesor – Joanny Senyszyn z SLD, znanej z antyklerykalizmu oraz zamiłowania do skórzanych spodni i kurtek w panterkę, a także niebojącej się wystąpić na paradzie równości ze skórzanym pejczem w ręku.
To ona wprowadziła do debaty publicznej sformułowanie „kaczyzm" czy rząd ziemniaczano-buraczany (o koalicji PiS–Samoobrona). A sama dodaje w rozmowie z „Rz", że gdy ją kiedyś spytano, czym się różnią politycy od średniowiecznych rycerzy, odparła: „niczym – i jedni, i drudzy to zakute łby". A trzeba dodać, że sama już wtedy była politykiem.
Jednak pod względem dosadności i kontrowersyjności wypowiedzi palma pierwszeństwa należy się innemu profesorowi, Stefanowi Niesiołowskiemu z PO. W Wikicytatach lista jego wypowiedzi liczy kilkadziesiąt pozycji. To on jest autorem słów o obrońcach krzyża na Krakowskim Przedmieściu: „część z tych, którzy stoją tam i rzekomo pilnują krzyża, to rzeczywiście kandydaci do kliniki psychiatrycznej. Ostatnia stacja tej ich procesji to Tworki".
Albo ten o ówczesnym liderze SLD Grzegorzu Napieralskim: „Jak śmie ten obrzydliwy, załgany hipokryta, ten obłudnik Napieralski, mówić, że nie dali legitymacji partyjnej telewizji".
Albo o polityku LPR Arnoldzie Masinie, gdy został wiceministrem sportu: „Jest to po prostu nikczemny dureń i ten nikczemny dureń nie może być ministrem polskiego rządu". Nawet najwięksi zwolennicy PO o Niesiołowskim wypowiadają się z dystansem, a ci mniej przychylni tej formacji uważają, że najsłynniejszy polski entomolog daje popis zwykłego chamstwa.
Dlaczego akurat wypowiedzi profesorów budzą tak ogromne emocje, choć nie oni jedni bulwersują opinię publiczną? Może dlatego, że sformułowania typu „goła baba w samych gaciach" (Pawłowicz) albo „jak widzę Zbigniewa Ziobrę, to mi się flaki przewracają" (Niesiołowski) okropnie zgrzytają w zestawieniu z tytułem profesorskim.
Profesorowie przyznają, że polityka wciąga bardziej niż praca naukowa
Profesor uniwersytetu to zawód, który od wielu lat cieszy się w Polsce największym szacunkiem i prestiżem. W 2009 roku 84 proc. badanych przez CBOS uznało, że profesor to zawód najbardziej prestiżowy, dla 11 proc. badanych był średnio prestiżowy, a tylko dla 1 proc. – mało prestiżowy.
W tym samym badaniu zawód posła na Sejm zyskał zaledwie 24 proc. wskazań wysokich, 35 proc. średnich, 36 proc. małych. Jeszcze gorzej wypadli wówczas działacze partii politycznych – tylko 19 proc. badanych uznało, że to zawód o wysokim prestiżu, 35 proc., że o średnim, a 40 proc. – że o niskim. Warto dodać, że w tym rankingu poseł na Sejm i działacz partyjny zajęli odpowiednio dwa ostatnie miejsca.

Polityka wciąga

Dlaczego więc profesorowie decydują się na wejście w takie środowisko?
Krystyna Pawłowicz w wywiadzie dla „Rz" nie kryła, że po prostu znalazła się na zawodowym rozdrożu, a Jarosław Kaczyński zaproponował jej miejsce na liście. – Ale w Sejmie czuję się jak ryba w wodzie – zaznacza.
Joanna Senyszyn miała zupełnie inną motywację.
– Miałam 46 lat, wypromowałam 500 magistrów, kilkunastu doktorów, miałam na koncie kilka publikacji książkowych – opowiada Senyszyn. – Jak sobie pomyślałam, że przez następne 25 lat będę robiła to samo, to stwierdziłam, że nie mam już na to ochoty. I tak znalazłam się w polityce.
Senyszyn przyznaje, że polityka wciąga bardziej niż uczelnia.
– Na początku mojego posłowania, gdybym musiała wybierać między uczelnią a Sejmem, wróciłabym na uniwersytet, ale dzisiaj zdecydowanie wybrałabym politykę – mówi europosłanka SLD. – Polityka wciąga i jest w stanie zastąpić wiele innych życiowych przyjemności.

Dziwactwa?

Oczywiście jest w Sejmie kilku profesorów niezwykle powściągliwych w słowach i wyważonych w sądach, ale nawet oni potrafią przysporzyć partii problemów. Przykładowo prof. Tadeusz Iwiński z SLD ma na koncie dwa skandale. Jeden, gdy podczas podróży służbowej jako doradca premiera Leszka Millera ds. międzynarodowych jego ręka zabłądziła w okolicę pupy tłumaczki, co zarejestrowały kamery TVN. Iwiński musiał się z tego gęsto tłumaczyć.
W jeszcze większy ambaras Iwiński wprawił swoją partię kilka tygodni temu, gdy zablokował uchwałę dotyczącą śmierci Grzegorza Przemyka w 30. rocznicę tego wydarzenia. Iwińskiemu nie spodobało się mianowicie, że w uchwale napisano, iż winna tej zbrodni była ówczesna władza i rządząca partia. Twierdził, że winnych nie ustalono. I formalnie miał rację, jednak opinia publiczna była wstrząśnięta, powszechnie bowiem wiadomo, że Przemyk został pobity i zmarł na posterunku milicji, a winę zrzucono na sanitariuszy z pogotowia.
Sprawę musiał odkręcać osobiście Leszek Miller, który odsunął Iwińskiego od prac nad tą uchwałą. Młodsi działacze SLD nie kryli niesmaku z powodu tej historii. Jeden z nich dosyć protekcjonalnie stwierdził, że profesorowie miewają swoje dziwactwa.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA