fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kreml rezygnuje z fasady

Filip Memches
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Dymisja wicepremiera Surkowa świadczy o tym, że widmo kolorowych rewolucji oddaliło się z postsowieckiej przestrzeni – zauważa publicysta „Rzeczpospolitej”.
Czy rosyjska „suwerenna demokracja” dobiegła kresu? Co po niej? Takie pytania nasuwają się w związku z tym, że Władisław Surkow nie jest już wicepremierem Rosji. W ubiegłym tygodniu ten budzący olbrzymie kontrowersje polityk podał się do dymisji, której kontekstem są zjadliwie krytyczne opinie wygłaszane przez prezydenta Władimira Putina pod adresem rządu Dmitrija Miedwiediewa. A to właśnie Surkow, będąc w latach 1999–2011 wysokim rangą urzędnikiem administracji prezydenckiej, uchodził za głównego ideologa reżimu putinowskiego.

Putinowski zwrot

Końcówka roku 1999 uchodzi za przełomowy okres w najnowszych dziejach Rosji. Putin, przejmując od ustępującego ze stanowiska głowy państwa Borysa Jelcyna obowiązki prezydenckie, otworzył nowy rozdział. Wedle utartego i rozpowszechnionego – także w Polsce – stereotypu dwie epoki, jelcynowską i putinowską, dzieliły istotne różnice: pierwszą znamionowały próby – w dużym stopniu nieudane – budowy liberalnej demokracji, drugą cechowały i nadal cechują tendencje autorytarne żerujące na postsowieckich resentymentach.
Oczywiście, te resentymenty nie mogły być wystarczające do tego, żeby putinowski zwrot zyskał olbrzymie poparcie społeczne. Po traumach transformacji polityczno-gospodarczej lat 90. trzeba było mieszkańcom kraju dać nie tylko igrzyska (dmuchanie w propagandowy balon mocarstwowości), ale i chleb. Wzrost cen ropy naftowej i gazu przyniósł mającej ekstensywny charakter rosyjskiej gospodarce koniunkturę. Poziom życia rosyjskiego społeczeństwa znacząco się podniósł.
Ale ta sytuacja bynajmniej nie spowodowała zmiany nastawienia środowisk w Rosji i poza nią, które w polityce Putina upatrywały głównie łamania praw obywatelskich oraz innych przejawów oddalania się Rosji od Zachodu. Kolorowe rewolucje w Gruzji i na Ukrainie sprawiły, że na Kremlu zaczęło straszyć widmo scenariusza, jaki w pierwszej połowie poprzedniej dekady został zrealizowany w wymienionych byłych republikach sowieckich. Ludzie tworzący rosyjski układ władzy mogli się obawiać, że zostaną od niej odsunięci pod pretekstem walki z autorytarnym modelem rządzenia. Stąd pojawiło się zapotrzebowanie na polityczny produkt, którego dostarczył im Surkow.

Kto atakuje reżim?

Przyszły wicepremier Rosji wskazał pewien istotny problem. Między modelem demokracji, jaki Zachód chce narzucić całemu światu, a koniecznością zachowywania przez każde państwo swojej suwerenności występuje nieuchronne napięcie. Jak bowiem można mieć decydujący głos we własnej sprawie, jeśli ostatecznie to ktoś inny dyktuje – w imię szczytnych ideałów – reguły gry?
Takie pytanie nasuwa się podczas lektury najważniejszego tekstu programowego Surkowa zatytułowanego „Nacionalizacija buduszczego” („Nacjonalizacja przyszłości”) z roku 2006.
Ten dylemat zresztą przerabiały chyba wszystkie kraje postkomunistyczne.
Ale autor idzie dalej. Podkreśla, że stawiane w negatywnym świetle kierownictwo państwa rosyjskiego – jakiekolwiek by ono było – pochodzi z demokratycznego wyboru. Uwzględniając ten fakt, musimy zatem uznać, że suwerenność takiego państwa pokrywa się z suwerennością jego społeczeństwa. A wtedy ataki na najbardziej krwiożerczy reżim są negacją woli demosu, który obdarzył go bądź co bądź legitymacją.
Kto zatem atakuje reżim putinowski? Surkow wymienia siły, które chcą przejąć rządy w skali całej planety. Są to: „globalna biurokracja”, „światowy kalifat”, „żarłoczna mafia”.
Terminy te pozostają niesprecyzowane. Możemy się jednak domyślać, że chodzi tu zarówno o skonfliktowanych z Putinem rosyjskich oligarchów pokroju Michaiła Chodorkowskiego, a także islamskich separatystów z Czeczenii, jak i obce państwa, międzynarodowe instytucje oraz działające ponad granicami państw wielkie korporacje.
Takie postawienie sprawy byłoby jednak zbyt prostackie. Surkow ma świadomość, że przytoczona wyżej argumentacja jest niewystarczająca. Dlatego stwierdza, że państwo rosyjskie zbyt często ucieka się do „skrajnych form izolacjonizmu i gwałtownego administrowania”. Polityk stara się jednak usprawiedliwić reżim putinowski: wszelkie brutalne nadużycia władzy to rezultat tego, że demokracja w Rosji jest wciąż młoda i niedojrzała.
Zasadniczy przekaz Surkowa jest następujący: Rosja podąża własną drogą i Zachodowi nic do tego. Demokratyzacja Rosji w wersji putinowskiej to maksimum, co można było osiągnąć. Zachód nie ma wyjścia: musi zaakceptować reżim putinowski, bo alternatywą dla niego nie jest stabilna liberalna demokracja, jaka występuje w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, lecz chaos i anarchia lat 90. Stąd zadaniem „suwerennej demokracji” jest stworzenie „nowego społeczeństwa, nowej gospodarki, nowej armii, nowej wiary”, i o udowodnienie tego, że na temat „wolności i sprawiedliwości można i trzeba myśleć i mówić po rosyjsku”.

Zamordysta i modernizator

Ale Surkow to nie tylko teoretyk sprawowania władzy, lecz i jej praktyk. Nic dziwnego, że amerykańska polityk z Partii Republikańskiej Ileana Ros-Lehtinen nazwała go „jednym z ideologów ograniczenia wolności słowa w Rosji, prześladowania rosyjskich dziennikarzy i przedstawicieli opozycyjnych partii”. Wśród wysuwanych wobec Surkowa głównych zarzutów jest powoływanie młodzieżowych bojówek poparcia Putina. Dodać tu też trzeba preparowanie koncesjonowanej opozycji w postaci ugrupowania Sprawiedliwa Rosja.
Ale przecież były wicepremier – człowiek średniego pokolenia, wciągający do putinowskiego frontu propagandowego muzyków rockowych – to także strateg projektów modernizacyjnych, takich jak tworzenie rosyjskiej „doliny krzemowej” w Skałkowie. I tu można się zastanawiać nad tym, czy traktował on je wyłącznie jako budowanie potrzebnej reżimowi fasady czy też chciał poprzez nie realizować swoje ambicje jako modernizatora kraju.
Dymisja Surkowa świadczy o tym, że widmo kolorowych rewolucji oddaliło się z postsowieckiej przestrzeni. W Gruzji i na Ukrainie mamy do czynienia z procesami kontrrewolucyjnymi (nawet jeśli całkowity powrót do sytuacji, jaka była w tych krajach na początku poprzedniej dekady, jest niemożliwy). Protesty rodzącej się rosyjskiej klasy średniej w Moskwie i Petersburgu ważą mało w porównaniu z realnym poparciem społecznym, jakim cieszy się nadal Putin.
Być może więc putinowski układ nie potrzebuje już misternych konstrukcji propagandowych, które uzasadniałyby jego trwanie w oczach ludzi domagających się demokratyzacji Rosji na modłę zachodnią. A skoro tak, to opowieści o „suwerennej demokracji” można włożyć między bajki, a samego bajkopisarza i jego środki artystyczne odstawić na bok.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA