fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Doktoranci nie będą naukowcami

40 tys. młodych Polaków jest dziś na studiach doktoranckich. Tytuł naukowy zdobędzie najwyżej połowa.
Studia doktoranckie trwają cztery lata, ale można je jeszcze legalnie przedłużyć o rok. Przewody doktorskie, które ostatecznie prowadzą do uzyskania tytułu, otwierane są raczej w drugiej połowie studiów. Albo też w ogóle się o nich zapomina.
– Obecnie studia doktoranckie są wartością samą w sobie. Oczywiście dobrze byłoby, aby uczestnicy studiów doktoranckich kończyli je tytułem doktora, jednak z powodu upowszechnienia tego rodzaju kształcenia trudno oczekiwać, że tak będzie – tłumaczy Kamil Melcer, rzecznik Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Wkład w światową naukę

Oczywiście tytuł magistra jest mniej zobowiązujący niż tytuł doktora. – Magisterium nie musi być samodzielną pracą naukową, ale doktorat już tak. Ma być wkładem w światową naukę. I dlatego studia doktoranckie powinny zachować swoją odrębność, bo inaczej staną się karykaturą zamierzonego wysokiego poziomu kształcenia – komentuje dr Łukasz Niesiołowski-Spano z Zakładu Historii Starożytnej Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, który działa w ruchu społecznym „Obywatele Nauki". – Przy takim umasowieniu to bardzo prawdopodobne.

Studenci na ratunek

Skąd bierze się ta sytuacja? Studia doktoranckie to obecnie tzw. III etap edukacji.  – Dostosowywanie studiów doktoranckich w oparciu o Proces Boloński trwało od 2005 roku. Uczelnie musiały przygotować programy gotowe do tego poziomu kształcenia – wyjaśnia Kamil Melcer z Ministerstwa Nauki. Obecnie więc bezpośrednio po magisterce można spróbować swych sił na studiach doktoranckich. Wydziały uczelnianie (studia te odbywają się w ramach wydziału, a nie kierunków), chętnie przygotowują programy studiów doktorskich, bo wraz ze zrekrutowanymi studentami pojawiają się pieniądze z ministerstwa. Dlatego każda szkoła wyższa, jeśli tylko ma taką możliwości, chce mieć u siebie doktorantów. – Mamy już ustalone warunki przyjęć na studia,  w połowie maja będzie można składać dokumenty, a rozmowy kwalifikacyjne odbędą się we wrześniu. Najważniejsze jest przygotowanie dobrego konspektu przyszłej pracy doktorskiej, od tego zależy, czy kandydat zostanie przyjęty – usłyszeliśmy w Dolnośląskiej Szkole Wyższej, według rankingu „Rz" najlepszej niepublicznej uczelni na Dolnym Śląsku. Szkoła ta ma uprawnienia habilitacyjne i doktorskie na Wydziale Nauk Pedagogicznych oraz uprawnienia doktorskie na Wydziale Nauk Społecznych i Dziennikarstwa. – Dla najlepszych uczestników mamy stypendia już od pierwszego roku nauki.

Przeczekać trudne czasy

Są też inne przyczyny. – Według różnych szacunków prace dyplomowe i tytuł zdobywa nieco ponad 30 proc. słuchaczy studiów doktoranckich – komentuje dr Niesiołowski-Spano. – Uzyskanie doktoratu otwiera drogę do dalszych badań i jest atrakcyjne przede wszystkim dla osób planujących karierę naukową. Ale na studia doktoranckie wcale nie wybierają się tylko te osoby, które w przyszłości planują naukowy rozwój. Dla wielu to sposób na przeczekanie trudnych czasów albo też na zdobycie wykształcenia, które w przyszłości pozwoli wyróżnić się spośród innych kandydatów do pracy. – Nie ma się czemu dziwić, że jest sporo doktorantów w czasach kryzysowych – lepiej jest być studentem doktorantem niż bezrobotnym po studiach magisterskich – dodaje dr Niesiołowski-Spano. Doktoranci nie mają co prawda żadnej ulgi podatkowej z tego powodu, że inwestują w swoją edukację, ale przynajmniej są ubezpieczeni zdrowotnie. Mają również zniżki na przejazdy komunikacyjne. Myślą często w kategoriach: „co mi się bardziej opłaca", a nie w kategoriach przyszłych osiągnięć naukowych.

Życie po doktoracie

Andrzej, doktorant studiów weterynaryjnych na warszawskim SGGW chce w tym roku przystąpić do obrony doktoratu. Zamierza pozostać na uczelni i łączyć praktykę weterynaryjną z pracą naukową. – W ciągu 8 lat chcę zrobić habilitację i nie rezygnować z leczenia zwierzaków – dodaje. – Chyba, że zmienię zdanie i po uzyskaniu tytułu doktora wyjadę za granicę, bo takie plany też poważnie rozważamy z narzeczoną – zastanawia się. Wyjazdy za granicę po obronie pracy doktorskiej i uzyskaniu tytułu są popularne wśród „ścisłowców". Powodem jest brak możliwości zatrudnienia w polskich laboratoriach, które nie mają pieniędzy na etatową kadrę. O wyjeździe choćby na kilka lat marzą też doktoranci innych dziedzin. Anna Barlik, młoda rzeźbiarka jest na drugim roku studiów doktoranckich na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. – Mój macierzysty Wydział Rzeźby nie prowadzi studiów doktoranckich, dlatego jestem na grafice – mówi. – Dwa razy w tygodniu prowadzę zajęcia ze studentami. Za studia płacę, ale w zeszłym roku stypendium pokrywało mi większość kosztów nauki – dodaje. Wspomina też o granatch, o które mogą się starać studenci, choćby z Narodowego Centrum Nauki. Anna planuje otworzyć przewód doktorski za rok. – Teraz na pierwszym planie jest rodzina i dziecko, którego się spodziewamy – mówi. W przyszłości chce koniecznie zrobić habilitację i pracować na uczelni – bardzo możliwe, że przez jakiś czas za granicą. – Jest dla mnie oczywiste, że będę łączyć zajęcia dydaktyczne z pracą naukową i artystyczną – zapewnia. Dla tych, którzy chcą zdobyć doktorat, ale nie wyobrażają sobie kolejnych czterech lat studiów czy obowiązkowego prowadzenia zajęć ze studentami jest też inna droga – doktoraty eksternistyczne. Reguły postępowania są takie same: trzeba mieć promotora, recenzentów i otworzyć przewód doktorski na wydziale. Za wszystko się płaci, ale jeśli promotor i recenzenci rezygnują z gaży (a tak się zdarza) można zrobić doktorat „po godzinach" za darmo.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA