fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Nauczyciel starego portfela

ROL
Bogusław Kaczmarek, trener piłkarzy Lechii Gdańsk.
Są w Polsce utalentowani zawodnicy?
Bogusław Kaczmarek: Są, tylko trzeba umieć ich znaleźć, mieć znajomości, sieć informatorów i nosa. Zawodnicy grający w Lechii to w większości wychowankowie klubu lub chłopcy pochodzący z północnej Polski, Warmii i Mazur. Spędziłem w Stomilu kilka lat, znam trenerów z tamtych okolic, oni przekazują mi informacje o zdolnych chłopcach. Mieszkam pod Sztumem i od lat oglądam mecze tamtejszej Olimpii. Z tego czwartoligowego klubu sprowadziłem do Lechii bramkarza Sebastiana Małkowskiego i pomocnika Wojtka Zyska. Obydwaj grali już w reprezentacjach Polski. Radosław Bartoszewicz, dziś piłkarz Widzewa, też grał w Sztumie.
Był pan, zobaczył, chłopcy mieli szczęście. A system?
Kuleje. Ale nie w Lechii. Zapewne słyszał pan o turnieju Lotos Cup – dla młodych skoczków narciarskich – pod hasłem „Szukamy następców Małysza". Mamy w Gdańsku program szkolenia pod nazwą Biały Lotos Lechia. Ten sam sponsor – prezes zarządu Grupy Lotos Paweł Olechnowicz. Pod opieką Lechii znajduje się około 700 dzieci w wieku od sześciu lat, bawiących się piłką w siedmiu ośrodkach województwa pomorskiego. W sumie przyglądamy się około 1300 chłopcom. Efekty przyjdą może za dziesięć lat, ale w piłce nie ma drogi na skróty. Jestem głównym trenerem w tym programie. W każdy weekend w rozgrywkach bierze udział 80 chłopców. Są pod opieką i obserwacją, uczą się od dobrych trenerów.
Wyznaję taką trenerską zasadę: pokaż mi swoich uczniów, a powiem ci, kim jesteś
Ale nawet kiedy pan zdolnego gracza wyłowi, to musi pan o niego walczyć.
Niedawno sprowadziłem do Gdańska 17-letniego obrońcę z Granicy Kętrzyn Damiana Garbacika. On już dostał powołanie do reprezentacji Polski juniorów, więc kręciły się wokół niego różne kluby i menedżerowie robiący mu wodę z mózgu. Ale porozmawiałem z jego ojcem, nie obiecywałem złotych gór, zapewniłem tylko chłopakowi szkołę i opiekę. Ojciec był rozsądny i nie dał się nabrać na obietnice menedżerów. Ja ich nazywam piłkarskimi sutenerami, stręczycielami biorącymi haracz za 15-letnich juniorów. Menedżerowie piłkarzy to w Polsce największe zagrożenie dla rozwoju futbolu. Nikogo w rozmowach nie mamię, nie mam pieniędzy, nie mówię rodzicom, że jak mi oddadzą syna, to zrobię z niego zawodnika Barcelony. Jestem nauczycielem starego portfela i wyznaję zasadę: pokaż mi swoich uczniów, a powiem ci, kim jesteś.
Mówi pan o pieniądzach. Czy nie są zbyt wysokie w lidze i nie psują ludzi?
Muszą być, ale trzeba umieć je wydawać. Słyszę teraz gorzkie żale piłkarzy Polonii, że stoją nad przepaścią i nie mają z czego żyć. Współczuję im. Ale kiedy Józef Wojciechowski płacił im średnio po 50–60 tysięcy miesięcznie, nie wszyscy potrafili to uszanować. Wojciechowski był skarbem dla Polonii, a mógłby być dla całej piłki. On to lubił i wydawał swoje miliony. Ale otoczył się doradcami, z których prawie każdy na wszystkim się znał i wszystko wiedział. Wojciechowski im ufał, wydawał kolejne miliony, a sukcesów nie było.
Może był niecierpliwy.
Cierpliwość jest w futbolu cnotą. Dlatego szanuję takich ludzi jak Mariusz Walter. To jest gość z kulturą i klasą, wiedzący, że budowa klubu i drużyny to nie jest pieczenie babki na drożdżach. Gdyby więcej było takich ludzi jak on, a nie nowobogackich, polska piłka wyglądałaby znacznie lepiej.
Ale od kiedy ITI jest właścicielem Legii, zdobyła ona tytuł mistrza zaledwie raz.
A powinna być niepokonana przez cztery ostatnie sezony. Ale w Legii jest za dużo konfliktów. Kibice obrażają się na piłkarzy, zarząd na kibiców, kibice na właścicieli i tak w kółko. Trudno pracować w takich warunkach. A silna Legia, Wisła, Lech, Górnik są potrzebne lidze. Uważam nawet, że kluby słabsze, niezależnie od własnych ambicji, powinny w jakimś sensie pracować na silniejsze. W Polsce piłka stała na dobrym poziomie, kiedy mieliśmy po kilka rywalizujących ze sobą klubów: Legię, Górnika, Wisłę, potem Widzew, Lech. Dziś to jest równanie w dół.
A reforma ligi nie poprawi sytuacji?
Niech pan przestanie. Zna pan przecież tych ludzi, którzy zaproponowali reformę. Oni niepotrzebnie majstrują przy czymś, co dobrze funkcjonuje. Proponowane zmiany to wywracanie wszystkiego do góry nogami. Jestem za tym, żeby więcej grać, ale musi być równowaga między graniem a szkoleniem. Wzrost nie może się odbywać przez podział. Wie pan, co się tak rozmnaża? Jednokomórkowce.
Ale skoro narzekamy na poziom ligi i reprezentacji, to może jednak warto przeprowadzić jakieś reformy.
Niewątpliwie. Ale nie zaczynać od dzielenia ekstraklasy, tylko od zapewnienia warunków do pracy. Mówiłem o ponad tysiącu chłopców, którymi opiekuje się Lechia. Tylko że my, podobnie jak większość klubów w Polsce, nie mamy bazy do szkolenia. Cudownie, że powstały Orliki. W Sztumie też taki jest, ale od 1 grudnia do 28 lutego był zamknięty. Starosta otrzymał 900 złotych miesięcznie na utrzymanie tego boiska, ale na dziewięć miesięcy, i pieniędzy zabrakło. Sam Orlik nie wystarczy. Musi powstać związany z nim program pilotażowy, powinien na nim być zatrudniony animator piłki. Tam się wszystko zaczyna.
Narzeka pan, ale futbolu nie rzuca...
Przyzwyczaiłem się. Moim przekleństwem było to, że w trudnych czasach pracowałem w klubach biednych. A tam, choćbyś się nie wiem, jak narobił, to na koniec musiałeś jeszcze uważać na swoich piłkarzy. Po siedmiu miesiącach czekania na wypłatę różne rzeczy mogły im przyjść do głowy. Padały niespodziewane wyniki, a płacił trener, tyle że posadą. Mnie trzy kluby są winne pieniądze. Sokół Tychy, Stomil Olsztyn i GKS Katowice. Mam w ręku wyroki sądowe, z których nic nie wynika. Kluby zmieniły status prawny i szukaj wiatru w polu. Kiedy mówimy o reformie, to bardziej przydałaby się taka, która uporządkowałaby wszystkie sprawy tego rodzaju.
W Polsce to chyba nie jest możliwe.
Być może. Ale kiedy jadę do Feyenoordu Rotterdam, gdzie bywam od lat, to spotykam się z szacunkiem za przeszłość. Wim van Hanegem, dwukrotny wicemistrz świata, mówił mi, że Legia była najtrudniejszym przeciwnikiem, jakiego miał Feyenoord w drodze do finału Pucharu Mistrzów. Takiego technika jak Lucjan Brychczy wtedy w Holandii nie widzieli, a Kaziu Deyna był geniuszem. Ale przypomniał też swój przyjazd do Katowic z reprezentacją Holandii, w roku 1975, kiedy wygraliśmy z nimi 4:1. Jeszcze zanim do pokoju w hotelu przynieśli mu bagaże, przyszły tam dwie prostytutki. To jest Polska.
Wiele lat od tamtej pory upłynęło...
No i co z tego, tylko ceny się zmieniły.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA