Ustawa niemal całkowicie odformalizuje procedury przy amatorskich poszukiwaniach. Dziś niezbędne jest uzyskanie zgody wojewódzkiego konserwatora zabytków. Nowelizacja przewiduje, że hobbyści będą zgłaszać chęć poszukiwań za pomocą aplikacji mobilnej opracowanej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Wystarczy podać swoje dane, termin i zakres terenowy poszukiwań oraz złożyć oświadczenie o posiadaniu zgody właściciela lub posiadacza nieruchomości. Z chwilą otrzymania potwierdzenia zgłoszenie staje się skuteczne i można rozpocząć poszukiwania. System będzie generował potwierdzenie automatycznie, jeśli zgłoszenie zawiera wszystkie wymagane elementy.

Czytaj więcej

Buława jakich wiele czy skarb rangą równy Szczerbcowi? Prokuratura stawia zarzuty

Aplikacja posłuży również do zgłaszania znalezionych zabytków. Wszystkie przedmioty, co do których istnieje przypuszczenie, że nimi są, muszą zostać zgłoszone. W przypadku znalezienia trzech przedmiotów na obszarze 100 mkw. konserwator będzie miał 6 dni na przeprowadzenie oględzin i 30 dni na sformułowanie wniosków.

Aplikację za 2,5 mln zł z pominięciem przetargu ma stworzyć Instytut Łączności

Samo stworzenie aplikacji do zgłaszania poszukiwań ma według wstępnych szacunków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z 2024 r. kosztować 2,5 mln zł, a jej roczne utrzymanie – 80 tys. zł.

Mimo że ustawę uchwalono w lipcu 2023 r., a termin jej wejścia w życie już dwukrotnie przesuwano, prace nad aplikacją ledwo co ruszyły. 7 września Ministerstwo Cyfryzacji wyznaczyło jako wykonawcę tego zadania (poza planem działalności) Instytut Łączności. MKiDN prowadzi zaawansowane rozmowy z Instytutem na temat rozwiązań technicznych. – W najbliższym czasie planowane jest ustalenie ostatecznego kształtu aplikacji oraz zasad współpracy przy jej tworzeniu – mówi Piotr Jędrzejowski, rzecznik MKiDN.

Tyle tylko, że od razu pojawiły się poważne wątpliwości prawne, czy można zlecić takie zadanie jednostce, która jest państwowym instytutem badawczym. W dodatku z pominięciem procedur konkursowych przewidzianych w prawie zamówień publicznych.

Czytaj więcej

Rodzina poległego w 1939 r. gen. Stanisława Grzmota-Skotnickiego opowiada o tragedii czterech braci

Póki co MKiDN zamówiło opinie prawne, które mają rozstrzygnąć, czy taka ścieżka jest w ogóle dopuszczalna, a także wskazać, „w jakiej innej formie prawnej MKiDN (dopuszczając również pominięcie decyzji ministra cyfryzacji) mógłby nawiązać współpracę z Instytutem Łączności”. Szanse na to, że narzędzie powstanie i przejdzie odpowiednie testy przed wejściem w życie ustawy, wydają się zatem iluzoryczne.

Nagrody za zabytki archeologiczne: koszt nowelizacji ponad 6 mld zł

Jednak problemy związane z aplikacją to tylko wierzchołek góry lodowej. Zwłaszcza jeśli chodzi o koszty wejścia w życie nowego prawa. W ustawie przewidziano, że osobom, które znajdą zabytek archeologiczny podczas zgłoszonych poszukiwań, przysługuje nagroda. Do tej pory nagrody przyznawano tylko przypadkowym znalazcom.

Za zabytek archeologiczny o szczególnej wartości historycznej, artystycznej lub naukowej należy się nagroda pieniężna do 25-krotności przeciętnego wynagrodzenia (ok. 222 tys. zł), wyjątkowo do 30-krotności (ponad 267 tys. zł), a w pozostałych przypadkach – dyplom. Z szacunków resortu kultury wynika, że tylko w pierwszym roku funkcjonowania koszt samych nagród może wynieść 3 mld 250 mln zł. Nawet gdyby nagroda miała się ograniczyć do wysłania dyplomu, to przy tej skali amatorów poszukiwaczy (których liczbę szacuje się na 100–200 tys.) ponad 5 mln zł trzeba będzie wydać na listy polecone.

Uwzględniając koszty stworzenia i utrzymania aplikacji, nagród, magazynów, dodatkowego zatrudnienia konserwatorów (49 etatów w terenie i 10 w ministerstwie), samochodów itd., suma ma wynieść 3 mld 277 mln zł. Takie wyliczenia, na wniosek senackiej komisji kultury, przedstawiła już w 2024 r. Bożena Żelazowska, generalny konserwator zabytków w randze sekretarza stanu w MKiDN.

W tych dokładnych kalkulacjach pominięto jednak wydatki związane z pozyskaniem danych niezbędnych do funkcjonowania aplikacji i ich cyfryzacją oraz koszty ekspertyz potrzebnych do oceny „szczególnej wartości” znalezisk, od której zależy przyznanie nagrody (obecnie wahają się one od 850 do 10 tys. zł w zależności od stopnia skomplikowania sprawy). MKiDN szacowało wówczas, że przy medianie na poziomie 3 tys. zł do szczegółowych wyliczeń należałoby dodać ok. 3 mld zł rocznie, co w sumie daje kwotę przekraczającą 6 mld zł.

Czytaj więcej

Gdzie jest „Portret młodzieńca” Rafaela Santi?

Dla porównania, tegoroczny budżet na promocję czytelnictwa wynosi 8,4 mln zł. Natomiast cały przyszłoroczny budżet ministra kultury (bez środków europejskich, rezerw celowych i funduszy pozabudżetowych ministra) to 8,61 mld zł.

Gorączka złota wśród poszukiwaczy i ryzyko nadużyć przy nagrodach

– Koszt wejścia w życie nowelizacji na poziomie 6 mld zł to gigantyczna kwota. Byłbym szczęśliwy, gdyby taka fortuna była przeznaczana na badania archeologiczne i ochronę zabytków, która jest niedofinansowana – mówi prof. Jacek Górski, dyrektor Muzeum Archeologicznego w Krakowie.

Jak przewiduje, perspektywa nagród zachęci do poszukiwań nie tylko pojedyncze osoby, dla których będzie to sposób na życie, ale mogą nawet powstać wyspecjalizowane firmy, które uczynią z poszukiwań podstawę swojego biznesplanu.

Co więcej, jak zwraca uwagę prof. Maciej Trzciński z Uniwersytetu Wrocławskiego, członek Rady Ochrony Zabytków oraz Rady Ochrony Dziedzictwa Archeologicznego, ustawa w żaden sposób nie chroni przed ryzykiem nadużyć polegających na zgłaszaniu do nagród przedmiotów znalezionych w przeszłości. – Nikt nie będzie w stanie zweryfikować, czy np. 10 grotów z epoki brązu zostało znalezionych w 2027 r., czy kilka lat wcześniej. Wprowadzenie przepisu, który uprawnia do wypłacania nagród za znaleziska pozyskane podczas celowych poszukiwań, wywoła istną gorączkę złota – prognozuje ekspert.

Skala tego zjawiska może być ogromna. Dziś, z uwagi na długotrwały i skomplikowany proces uzyskiwania zezwoleń, szacuje się, że zaledwie 1 proc. poszukiwań odbywa się legalnie. Jeśli już teraz wśród 100-200 tys. detektorystów nawet 20 tys. osób uczyniło z poszukiwań źródło stałego dochodu, to po wejściu w życie ustawy ich liczba będzie tylko rosnąć.

Czytaj więcej

Wojciech Szafrański: W Polsce opłaca się fałszować sztukę

– A każdy znaleziony zabytek pociągnie za sobą – oprócz ewentualnych nagród – kolejne koszty związane ze sporządzeniem oceny przez rzeczoznawcę, a następnie z konserwacją i magazynowaniem znalezisk. Już w tej chwili mamy ogromny problem z przechowywaniem zabytków archeologicznych. Od ponad 20 lat próbujemy wywalczyć w MKiDN środki na budowę nowych repozytoriów, a nic z tego nie wynika. Muzea mają przepełnione magazyny, a tymczasem czeka nas fala kolejnych znalezisk. Mam nieodparte wrażenie, że za państwowe pieniądze finansujemy hobby poszukiwaczy – dodaje prof. Trzciński.

Mało tego, archeolodzy zwracają uwagę, że ustawa wręcz faworyzuje amatorów względem profesjonalistów, co ich zdaniem narusza konstytucyjną zasadę równości wobec prawa. – Ja, aby zacząć kopać, muszę przedstawić program badań, zapewnić finansowanie, spełniać określone wymagania, jak wykształcenie czy staż pracy, znaleźć instytucję, która przechowa materiały, i wreszcie przywrócić teren do stanu pierwotnego. Poszukiwacz amator po prostu zgłosi chęć przez aplikację – mówi prof. Jacek Górski. – Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że nasze państwo abdykowało w kwestii ochrony dziedzictwa archeologicznego. Historia to oceni, zapewne jednoznacznie, ale niestety stanowiska archeologiczne, w przeciwieństwie do drzew, nie odrosną – dodaje.

Brak cyfrowych map stanowisk archeologicznych. Zakaz może być martwy

Środowisko archeologiczne mówi jednym głosem: ustawa stanowi zagrożenie dla dziedzictwa archeologicznego. Przepisy co prawda, tak jak obecnie, zabraniają poszukiwań na terenach stanowisk archeologicznych (a także w odległości 10 m od nich) i nadal będzie to przestępstwo, tyle że zakaz ten może być… martwy.

Wszystko dlatego, że aplikacja ma zostać zasilona danymi z portalu „e-zabytek”, które są bardzo niedokładne i w ogóle nie zawierają współrzędnych geograficznych. – Niestety w wyniku wieloletnich zaniedbań nie mamy precyzyjnie zmapowanych stanowisk archeologicznych w formie cyfrowej. Wojewódzkie urzędy ochrony zabytków pracują na mapach papierowych. Obecnie zgłoszenie wymaga podania współrzędnych terenu, na jakim poszukiwacz zamierza działać, a urzędnik jest w stanie na podstawie papierowej mapy sprawdzić, czy nie koliduje to ze stanowiskiem archeologicznym. Jeśli zaś poszukiwacz będzie zaznaczał jakiś obszar w aplikacji, to w jaki sposób ktokolwiek zweryfikuje, czy zachowuje wymaganą odległość, skoro mapa nie będzie pokazywać dokładnego położenia stanowiska archeologicznego – wskazuje prof. Trzciński.

Czytaj więcej

9-latek zwiedzał zamek w Czersku. Znalazł monetę z XVII wieku. „Prawdziwy skarb”

Tak więc warunkiem sine qua non jest uprzednia digitalizacja map. Ustawa pierwotnie miała wejść w życie 1 maja 2024 r. Następnie przedłużono vacatio legis o kolejny rok, po czym ponownie odroczono wejście w życie przepisów na obecną datę – 1 stycznia 2027 r.

Nowa ustawa i okrągły stół detektorystów oraz archeologów zamiast przedłużania vacatio legis

Zdaniem prof. Bartosza Kontnego, dziekana Wydziału Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, kolejne wydłużenie vacatio legis nie jest żadnym rozwiązaniem.

– Jak pokazuje doświadczenie ostatnich dwóch lat, byłoby to przedłużenie terminu, w którym nic się nie dzieje. Po drugie, nowelizacja została przeprowadzona bez jakichkolwiek konsultacji ze środowiskiem archeologicznym czy konserwatorskim. Dlatego ustawa powinna zostać uchylona, a prace nad nią zacząć się od nowa. Z tym że nie może być tak, że skoro wcześniej środowisko poszukiwaczy narzuciło swoją wersję, to teraz prawo ma być stworzone pod dyktando środowiska naukowego. Potrzebny jest okrągły stół, przy którym usiądą detektoryści, archeolodzy i konserwatorzy zabytków i wypracują jakiś kompromis – mówi prof. Kontny. I, jak dodaje, doświadczenia niektórych krajów pokazują, że można wypracować taki model współpracy, w którym profesjonaliści i pasjonaci nie tylko nie wchodzą sobie w drogę, ale wręcz współpracują, wzajemnie się uzupełniając.

Polski Związek Eksploratorów: koszty nagród są przeszacowane

W jakiekolwiek wymierne efekty spotkania przy okrągłym stole nie wierzy Paweł Kozłowski z Polskiego Związku Eksploratorów (PZE). – Spotkań na temat współpracy archeologów z detektorystami było na przestrzeni lat bardzo wiele, ale nic z tego nie wynikało – opowiada.

Jego zdaniem „straszenie finansami i stratami na zabytkach” to chwyt, na który dają się nabrać posłowie czy media. – Ani wysokość nagród, ani ich częstotliwość nie są tak wysokie, jak podają przeciwnicy ustawy. Dość powiedzieć, że w przeszłości zdarzało się, że za skarby warte miliony, jak ok. 2 tys. monet z Zawichostu czy ok. 1,5 tys. monet znalezionych pod Lubaniem, nie przyznano znalazcom nawet dyplomu – mówi poszukiwacz i dodaje, że nagrodę pieniężną przyznaje się, gdy zabytek archeologiczny posiada szczególną wartość historyczną, artystyczną lub naukową, a w pozostałych przypadkach dyplom.

Koszty ustawy są przeszacowane – uważa Paweł Kozłowski z Polskiego Związku Eksploratorów

Koszty ustawy są przeszacowane – uważa Paweł Kozłowski z Polskiego Związku Eksploratorów

Foto: mat.pras.

– Zatem nie można tak po prostu zsumować wartości oddawanych zabytków i pomnożyć przez kwotę średnią nagrody, to jest naciąganie założeń ustawy pod tezę. Nawet koszty związane z wydawaniem dyplomu, które MKiDN szacuje na 5 mln zł, są przeszacowane. Po pierwsze, dyplom często jest przekazywany bezpośrednio w momencie przekazania zabytku lub w trakcie ceremonii. Po drugie, czy naprawdę za wkład do wiedzy, za bezinteresowne przekazanie czegoś cennego problemem jest 10,30 zł za list polecony? Samo takie stwierdzenie jest kompromitujące! Przykładem mogę być ja: oddałem do tej pory średniowieczny topór z XIV w., monetę rzymską o wartości 400–500 zł, kilkadziesiąt różnych monet o wartości ok. 1500 zł, krzyż biskupi o wartości ok. 300 zł i wiele innych, i za żaden z tych zabytków nie dostałem ani nagrody, ani dyplomu, ani nawet wzmianki w muzeum, że to ja byłem znalazcą – wylicza Kozłowski.

Przedstawiciele PZE przekonują też, że choć nowe przepisy oznaczają konieczność zaangażowania urzędników do rozpoznawania zgłoszeń i znalezisk, to jednocześnie odciążają ich od przetwarzania wniosków o zgodę na poszukiwania ukrytych lub porzuconych zabytków. Jak dodaje Paweł Kozłowski, z perspektywy poszukiwaczy niezrozumiała jest sytuacja, w której państwo nie posiada cyfrowych map z dokładnym położeniem stanowisk archeologicznych.

– Przypomnę tylko, że na digitalizację map w ramach projektu zabytek.pl wydano 42 mln zł. Czy mamy rozumieć, że fundusze, które poszły na stworzenie np. projektu Archeologicznego Zdjęcia Polski, wydano w sposób nieefektywny? Dlaczego obywatel ma być ofiarą niesprawności państwa? Według wypowiedzi minister Żelazowskiej po to przekładano ustawę, aby zyskać czas na dostosowanie narzędzi. Jeżeli zatem przez tyle lat nic się nie zmieniło, to czy ktoś nie powinien za to odpowiedzieć? – pyta Kozłowski.

MKiDN o zmianach w ustawie o ochronie zabytków i vacatio legis

Zapytaliśmy MKiDN, czy – biorąc pod uwagę ogromne koszty, jakie wiążą się z wejściem w życie nowelizacji, brak digitalizacji map ze stanowiskami archeologicznymi czy niewystarczającą liczbę urzędników – resort planuje kolejne przesunięcie vacatio legis, a może uchylenie ustawy i przygotowanie nowej.

Rzecznik ministerstwa Piotr Jędrzejowski nie odpowiedział wprost. Przyznał natomiast, że trwają prace nad zmianami w ustawie o ochronie zabytków, w tym także dotyczącymi zasad prowadzenia poszukiwań. – Każdy projekt nowelizacji jest na innym etapie procesu legislacyjnego. Zmiany w zakresie zasad prowadzenia poszukiwań zabytków nie przybrały jeszcze ostatecznej formy projektu ustawy skierowanego do Rządowego Centrum Legislacji. Tym samym nie jest aktualnie możliwe wskazanie ostatecznego zakresu planowanych zmian ani przesądzenie terminów ich procedowania. Celem wszystkich ewentualnych nowelizacji jest oczywiście troska o bezpieczeństwo dziedzictwa archeologicznego i zapewnienie mu większej ochrony – odpowiedział rzecznik.

Jeśli chodzi o brak urzędników czy możliwe nadużycia polegające na zgłaszaniu znalezisk wykopanych w przeszłości, MKiDN odpowiada, że weryfikacji przez wojewódzkiego konserwatora zabytków będzie podlegać zarówno znaleziony przedmiot, jak i miejsce jego znalezienia. – Oględziny mogą zostać przeprowadzone również zdalnie, z wykorzystaniem odpowiednich urządzeń technicznych. W razie potrzeby wojewódzki konserwator zabytków może zorganizować także badania archeologiczne – mówi Piotr Jędrzejowski.

Rzecznik zapewnia też, że środki na nagrody za znalezienie zabytków archeologicznych zaplanowano w projekcie przyszłorocznego budżetu. – Ich ostateczna kwota będzie zależna od przyjętego budżetu, a nagrody będą przyznawane w miarę dostępności środków – mówi rzecznik MKiDN.