fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Ks. prof. Franciszek Longchamps de Bérier: Aborcji nie warto bronić

123RF
Niezależnie od poglądów prawie wszyscy się zgadzają, że aborcja jako taka nie jest dobra. Dlatego nie warto jej bronić - uważa ks. prof. Franciszek Longchamps de Bérier.

Decyzję o jej dokonaniu rozważa się jako reakcję na coś subiektywnie odbieranego jako większe zło. I raczej takimi sytuacjami należy się zająć: aborcja to skutek, który oskarża nie tylko ją dokonujących, ale całe społeczeństwo. Dobro wspólne wymaga pomocy matce, rodzinom – zainteresowania, troski i odpowiedzialności. W tym mieści się przyjęcie właściwych regulacji prawnych.

W starożytnym Rzymie aborcja pozostawała w gestii ojcowskich decyzji. Trzeba wszelako pamiętać, że w V w. przed Chr. w ogóle panowała w nim inna wrażliwość na życie najmłodszych. Ustawy królewskie zakazywały karania dzieci śmiercią przed trzecim rokiem życia, nakazując wychowanie wszystkich synów oraz najstarszej córki. W 451 r. przed Chr. ustawa XII tablic zabroniła zabijania dzieci bez słusznej przyczyny... Żona czy synowa nie mogły przerwać ciąży bez zgody ojca rodziny – pod jego bowiem władzę dziecko wchodziło (o statusie prawnym dzieci małżeńskich decydował moment poczęcia, dzieci pozamałżeńskich – chwila urodzenia). W Rzymie I w. przed Chr. miejsce wymierzania prywatnie sprawiedliwości za czyny społecznie niebezpieczne (głównie przez ojców rodzin) zaczęło coraz szerzej zajmować prawo karne. Wkrótce stoicki filozof z I w. po Chr. Gajusz Musoniusz Rufus zaświadczył o istnieniu ustaw antyaborcyjnych, zabraniających kobietom usuwania ciąży, nieposłuszne zaś poddających karom. Zakazywano im też „doprowadzania się do stanu niepłodności i zapobiegania ciąży". W tych czasach w pełni udokumentowana jest świadomość, że w ilekroć szło o prawa dziecka nienarodzonego, mamy do czynienia z osobą ludzką wyposażoną w zdolność prawną. Chrześcijański cesarz Justynian, przecież niechętny rozwodom, rozszerzył w 533 r. katalog ich słusznych przyczyn o doprowadzenie przez żonę do aborcji.

Niektórzy będą utrzymywać, że pozostawienie decyzji zwierzchnikowi rodziny to kolejny przejaw męskiej dominacji, patriarchalizmu dawnych czasów, zniewolenia kobiet lub seksizmu. To jednak ocena odległych epok lub kultur wedle współczesnych i własnych kryteriów. Co innego, jeśli zestawić rzymskie przyznanie decyzji o aborcji ojcu z ustaleniami nowoczesnych psychologów, że największy wpływ na podjęcie przez kobietę decyzji o przerwaniu ciąży ma wsparcie – czy raczej jego brak – partnera. Rzymska regulacja potwierdza tedy współczesne przekonania: o niebagatelnych prawach ojca, lecz nie mniej o odpowiedzialności za nowo powołane do istnienia życie. Samotność kobiety w ciąży zawsze woła pytaniem: gdzie ojciec dziecka?!

Ktoś powie, że prawo rzymskie pozwala argumentować za utrzymaniem przesłanki wyłączającej karalność aborcji w Polsce. Myślę o dużym prawdopodobieństwie ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej chorobie, która zagraża jego życiu. Oto ustawa XII tablic wręcz nakazywała zabicie kalekiego lub zdeformowanego noworodka. Należało tylko okazać je najpierw piątce sąsiadów. Niby podobnie jak w historii abortowanego dziecka, które żywe „specjaliści" z warszawskiego szpitala pozostawili bez pomocy. Umierało przez 22 minuty. A może w miejsce przesłanki eugenicznej rozszerzyć program 500+, ale na niepełnosprawne dziecko przyznawać 5000+?

Nakaz zabicia kalekiego noworodka stawiano w prawie archaicznym Rzymu dopiero po urodzeniu dziecka. Nie dziwota, skoro w tamtych czasach aborcja była dla zdrowia matki jeszcze bardziej niebezpieczna niż dziś. Urodzenie to droga naturalna i zdrowsza, dlatego w starożytności chętniej porzucano dzieci, miast przerywać ciąże. Problemy prawne powstawały, gdy się nim ktoś zaopiekował i je wychował, a rodzice sobie przypomnieli. W całym antyku porzucanie dzieci było prawdziwą plagą. Na tym tle List do Diogneta z II w. mówi o wyjątkowości rzymskich chrześcijan: „żenią się jak wszyscy i mają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych". Może więc z pogan wziąć choćby w tym przykład, że lepiej porzucić urodzone, niż zabić nienarodzone? Prawo zmusi wtedy nie tyle do rodzenia, ile do nieobciążania siebie śmiercią dziecka. A okno życia odda je od razu w ręce bezskutecznie starających się o własne potomstwo.

Autor jest profesorem nauk prawnych, kierownikiem Katedry Prawa Rzymskiego na Wydziale Prawa i Administracji UJ, wykłada na Wydziale Prawa i Administracji UW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA