fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory we Francji

Emmanuel Macron prezydentem Francji: Nowicjusz w Pałacu Elizejskim

AFP
Emmanuel Macron wieńczy sukcesem najbardziej niezwykłą kampanię Piątej Republiki.

Do lidera ruchu En Marche! najwyraźniej zaczyna docierać, jak wielka odpowiedzialność spoczęła na jego barkach. W wystąpieniu po ogłoszeniu wyników wyborów mówił powoli, niemal pompatycznie.

– Próbuje pokazać, że ma cechy prezydenckie – uważa Jean-Marie Colombani, wieloletni szef „Le Monde".

Jeszcze nigdy w Piątej Republice Francja nie miała tak młodego (39 lat) i tak mało doświadczonego prezydenta. I to w czasach, gdy kraj przechodzi głęboki kryzys. Macron przesłał „republikańskie pozdrowienie" Le Pen, trochę jakby już ją uznał za pełnoprawnego uczestnika rywalizacji demokratycznej. Zapewnił też, że rozumie „desperację" wielu rodaków, którzy oddali głos na skrajną prawicę i obiecał, że „będzie chronił" najuboższych. Zapowiedział, że postara się „przywrócić więź" między Francuzami a zjednoczoną Europą. I oddał hołd François Hollande'owi, doceniając jego „pięć lat cięż- kiej pracy". W kampanii wyborczej odcinał się od niepopularnego prezydenta, choć ten wyciągnął go cztery lata temu z politycznego niebytu, mianując zastępcą szefa swojej administracji, a potem ministrem gospodarki.

Mimo bardzo brutalnej debaty w środę Marine Le Pen zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów zadzwoniła do rywala z gratulacjami. Chwilę potem wygłosiła krótkie przemówienie, które może jednak na lata nadać kierunek rozwoju francuskiej sceny politycznej.

– Francuzi wybrali kontynuację. A ci, którzy wezwali do poparcia Macrona, całkowicie się zdyskredytowali – powiedziała liderka Frontu Narodowego, wskazując na Republikanów. Dlatego jej zdaniem konieczne będzie teraz zbudowanie „nowej formacji patriotów" zdolnej odebrać władzę „zwolennikom globalizacji". W tym celu Le Pen wezwała polityków prawicy, aby poszli w ślad ruchu Powstań Francjo! Nicolasa Dupont-Agnan (w pierwszej turze dostał 5 proc. głosów) i zbudowali z FN koalicję przed wyborami parlamentarnymi

Z 34,5 proc. głosów Le Pen osiągnęła znacznie gorszy wynik, niż wskazywały jeszcze kilka dni temu sondaże. Zapewne zaważyła na tym debata z Macronem, w której kandydatka skrajnej prawicy pokazała obraz „starego", brutalnego, ksenofobicznego Frontu Narodowego. Ale mimo to jej wynik jest dwukrotnie lepszy niż w czasie, gdy jej ojciec był w drugiej turze 15 lat temu.

W znacznym stopniu to wynik poczucia zagrożenia u wielu Francuzów, także w dniu wyborów. MSW zmobilizowało 50 tys. policjantów i żandarmów, do których dołączyło przeszło 7 tys. wojskowych. Mieli zabezpieczyć potencjalne cele ataków terrorystycznych, w tym wszystkie punkty wyborcze w Paryżu. A jednak kilka minut po godzinie 14 trzeba było ewakuować Luwr: miejsce, które Macron wybrał, aby świętować zwycięstwo w niedzielny wieczór. Powód: podejrzana paczka, potencjalny ładunek wybuchowy.

Ale to nie była jedyna próba wsparcia niedemokratycznymi metodami Le Pen. Zgodnie z prawem od północy w piątek obowiązywała we Francji cisza wyborcza. A jednak w sobotę i niedzielę media społecznościowe huczały od przecieków ze skrzynek e-mailowych sztabu Macrona, w tym pogłosek, że kandydat En Marche! wyprowadził poważne środki do rajów podatkowych.

Wszystko zaczęło się kilka minut przed północą w piątek. Lider ruchu En Marche! zdążył tuż przed wejściem w życie zakazu wypowiedzi ostrzec, że do sieci przedostały się dokumenty autentyczne pomieszane z podróbkami. Tropy, podobnie jak to było w amerykańskich wyborach prezydenckich, wiodą do Rosji: w jednym z dokumentów wykorzystano rosyjską wersję Excela, inny edytował niejaki Roszka Georgij Pietrowicz, specjalista zatrudniony w moskiewskiej firmie technologicznej Eureka CJSC. Ale w błyskawicznym rozprowadzeniu materiałów kluczową rolę odegrały skrajnie prawicowe portale w USA, które popierały kampanię Donalda Trumpa.

Sama Le Pen oddała głos w miejscowości Henin-Beaumont przy granicy z Belgią, gdzie upadek zakładów przemysłowych doprowadził do rekordowego bezrobocia. To miał być sygnał, że występuje w obronie „ludu" przeciwko ekscesom „niekontrolowanej globalizacji", którą miałby reprezentować Macron (ten ostatni głosował w modnym kurorcie Le Touquet nad kanałem La Manche, gdzie ma dom). Ale manewr nie do końca się udał: gdy Le Pen głosowała, działaczki Femenu toples wdarły się na dach miejscowego kościoła i rozwinęły transparent: „Marine au pouvoir, Marianne au desespoir" (Marine u władzy, Marianna w rozpaczy).

Nigdy wcześniej nowy prezydent nie świętował zwycię- stwa na dziedzińcu Luwru. Macron nie chciał jednak tego robić ani w miejscu symbolicznym dla prawicy, jak plac Zgody, ani emblematycznym dla „robotniczego Paryża", jak plac Bastylii. Wolał pokazać, że choć odcina się od skompromitowanej ekipy socjalistów, nie jest też na pasku prawicy, finansjery (choć sam był menedżerem w banku Rothschilda).

– To były wybory, w których stanęły naprzeciwko siebie elity i klasy uboższe, żeby nie powiedzieć – oligarchia i lud. A trudno znaleźć kandydata, który bardziej należy do establishmentu niż Macron. Dlatego musi ukrywać swoje pochodzenie – mówi „Rzeczpospolitej" Jean-Thomas Lesueur z instytutu Thomasa More'a w Paryżu. Macron nie zdobył zresztą Pałacu Elizejskiego na fali powszechnego entuzjazmu. Do wyborów poszło 74 proc. uprawnionych, najmniej od 48 lat. Oddano też 4 mln głosów nieważnych. Jednym z powodów było to, że do końca lider radykalnej lewicy Jean-Luc Mélenchon nie wezwał 6 milionów zwolenników do głosowania na przywódcę ruchu En Marche!

– Wielu wyborców poparło Macrona nie z uwagi na program, tylko aby zablokować Le Pen – uznał Lesueur.

Aby dodatkowo nie zniechę- cać swoich zwolenników, Macron nie ujawnił, kto będzie jego premierem, choć szefa rządu musi wskazać już w tym tygodniu. Zdaniem Lesueura jedna z pogłosek mówi o dyrektor generalnej MFW Christine Lagarde, która wielu lewicowym wyborcom kojarzy się z drastycznymi programami oszczędnościowymi i aferami korupcyjnymi. Ale na liście potencjalnych premierów pojawia się także dotychczasowy minister obrony Jean-Yves Le Drian, deputowany Partii Socjalistycznej, który przeforsował w parlamencie reformę rynku pracy Macrona, Richard Ferrand czy lider centrystów François Bayrou, trzykrotny kandydat na prezydenta. A więc nie politycy, którzy byliby symbolami prawdziwej odnowy.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: jedrzej.bielecki@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA