fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Festiwal w Wenecji

Wenecja 2016: "Safari", czyli powolna śmierć żyrafy

materiały
Reżyser Ulrich Seidl w południowej Afryce obserwuje podziały współczesnego świata i kreśli groźny portret austriackiej klasy średniej

Afryka przez lata kojarzyła się kinomanom z „Pożegnaniem z Afryką” Pollacka, „Angielskim pacjentem” Minghelli czy „Nigdzie w Afryce” Caroline Link. Z nieziemskiej piękności krajobrazami, karawanami, wielbłądami, żyrafami biegnącymi przez pustynię. Z romantyzmem, nieokiełznaną dzikością, kulturą opierającą się na prostych zasadach. Ten obraz zmąciły mocne obrazy walk politycznych, rasizmu Republiki Południowej Afryki, ludobójstwa w Rwandzie. Ale „Safari” Ulricha Seidla nie wpisuje się w żaden z tych nurtów.

Austriak zrobił w gruncie rzeczy film o Europejczykach. O wdzierającej się na Czarny Kontynent kulturze Zachodu. O dominacji tych, którzy szukają rozrywki. Pokazane przez niego polowanie na dzikie zwierzęta nie ma nic wspólnego z romantyzmem. To przemysł zabijania organizowany dla ludzi, którzy sowicie za taką „przygodę” płacą.

Bohaterami Seidla są wciąż ci sami ludzie. Mieszkańcy zachodniej Europy, dobrze prosperujący Austriacy. Szanowani obywatele, członkowie dobrze sytuowanej klasy średniej, mieszczanie o nienagannej reputacji. W poprzednich filmach Seidla to oni przechowywali w piwnicach wstydliwe tajemnice, to oni jeździli do Afryki uprawiać seksturystykę. W „Safari” Seidl znów ich obnaża. Pokazuje ich wyprawy po myśliwskie trofea – głowy żyraf i lwów, ale przede wszystkim po własne poczucie siły.

– Dzisiaj na polowanie w Afryce mogą sobie pozwolić nie tylko bogaci szejkowie, oligarchowie i członkowie królewskich rodzin. Stać na to wielu ludzi z Zachodu, którzy w czasie takich wypraw zabijają średnio dwa zwierzęta dziennie – mówi Seidl.

 

A jednak „Safari” nie jest filmem-protestem przeciwko polowaniom. Nie ma tu typowych dla takich dokumentów zdjęć zwierząt, które w popłochu – i koniecznie w zwolnionym tempie – uciekają przed kulami myśliwych. Seidl o polowaniu opowiada z punktu widzenia myśliwych.

– To świadoma decyzja – mówi. – Im właśnie chcę towarzyszyć, pokazać ich emocje. Widz ma razem z nimi przeżyć myśliwskie doświadczenie.

Seidl obserwuje podziały dzisiejszego świata. Dominację i przemoc. Płacę i zabijam. „W tydzień zostawiamy tu więcej niż inni turyści przez dwa, trzy miesiące” – powtarzają jego bohaterowie. Grubi, starzy Austriacy, młode pary, rodziny z nastoletnimi dziećmi – wszyscy opowiadają o przypływie adrenaliny, jaki odczuwają w czasie polowania. Długo układają zwłoki martwego zwierzęcia, by dobrze wyjść z nim na zdjęciu. „Przecież nie może patrzeć w inną stronę niż ja” – narzeka dziewczyna nad truchłem zebry. Potem z równą obojętnością i wyższością mówią o czarnoskórych, którzy organizują polowania i obsługują ich w czasie pobytu w Afryce. Bo Seidl – jak to Seidl – obserwuje różnice kulturowe i współczesny postkolonializm. Pokazuje pogrążony w biedzie kraj, który staje się zapleczem i parkiem rozrywki Zachodu. Rzeczywistość polowań staje się tu metaforą naszego stosunku do świata.

A obrazy śmierci? Tu też nie ma romantyzmu. Seidl bije widza w głowę obuchem. Radosne wypowiedzi bogatych turystów i sceny triumfu podczas polowania zderza z wstrząsającymi obrazami: zdzierania skóry z zebry, długiego konania żyrafy. Nie oszczędza widzowi niczego. Z precyzją zegarmistrza pokazuje przecinanie brzucha zwierzęcia, z którego wypływają jelita i żołądek, łamanie kręgosłupa szyjnego.

– Spędziłem z uczestnikami polowań dużo czasu – mówi reżyser. – Ale czy ich zrozumiałem? Nie. Nie wiem, dlaczego ktoś jest w stanie płacić, by pojechać do Afryki i strzelać do żywych istot. Nie rozumiem tej satysfakcji. Ale przede wszystkim – braku refleksji. Tego, że wszyscy opowiadają o wyprawach, a nikt nie mówi o swoich motywacjach. I tej postawy boję się najbardziej we współczesnej Europie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA