fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

W Sybinie spotkanie ponad podziałami

Rumuński Sybin, 9 maja, przed rozpoczęciem szczytu Unii Europejskiej Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker oraz premierzy Polski i Węgier Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán
AFP
Przed wyborami do europarlamentu unijni przywódcy stawiają na jedność. Kontrowersyjne tematy na później.

To miał być szczyt nadziei, zaplanowany na kilka tygodni po przewidywanym bolesnym dla wszystkich rozwodzie z Wielką Brytanią. Brexitu nie było i nie wiadomo, kiedy do niego dojdzie.

Ale spotkanie 27 państw UE już zostało zaplanowane, trzeba było więc stanąć na wysokości zadania i przedstawić plan na przyszłość. Można się było odwołać do innych ważnych okazji: 15-lecia rozszerzenia UE, 69-lecia deklaracji Roberta Schumana (przypada dokładnie 9 maja), która doprowadziła do stworzenia Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, wreszcie do zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego. Każdy z tych pretekstów był dobry, żeby nakreślić ambitny plan na przyszłość.

Szczególnie, że UE nie jest może w głębokim kryzysie, ale na pewno jej sytuacja jest niekomfortowa: stagnacja gospodarcza, napięte relacje handlowe i polityczne z USA, zagrożenie dominacją ekonomiczną Chin, niegasnące źródło migracji czy zerwane właśnie przez Iran porozumienie nuklearne. Zamiast próby odpowiedzi na te wyzwania, szczyt skupił się na apelu o jedność. A ta wymaga obniżenia wspólnego mianownika.

Sukces czy brak oczekiwań

– Po raz pierwszy na spotkaniu unijnych szerpów (doradców premierów ds. europejskich – red.) przygotowującym szczyt praktycznie nie było dyskusji. Propozycja deklaracji przedstawiona przez przewodniczącego Tuska została poparta przez wszystkich – mówi ambasador jednego z państw UE. Dla niego to potwierdzenie sukcesu, dla innych jednak dowód na znaczące obniżenie oczekiwań.

Deklaracja z Sybina, bo to w tym rumuńskim mieście spotkali się przywódcy 27 państw UE, zawiera dziesięć zobowiązań, które mają stać się podstawą prac nad bardziej konkretną strategią dla UE na kolejne pięć lat, którą Rada Europejska ma przyjąć w czerwcu. Trzy pierwsze mówią o unijnej jedności: 30 lat po upadku żelaznej kurtyny UE nie może dać się podzielić na Wschód-Zachód czy Północ-Południe. Zobowiązuje się do szukania w każdej sprawie wspólnych rozwiązań i do wzajemnej solidarności.

Dalej przywódcy obiecują stanie na straży takich unijnych wartości, jak demokracja czy praworządność. UE obiecuje sprawiedliwość, czy to w polityce społecznej, czy w gospodarce, czy w transformacji cyfrowej. Jeden z punktów poświęcony jest inwestycjom w młodych ludzi i podjęciu wyzwań XXI wieku (nie wiadomo jakich). Wreszcie Unia obiecuje zająć się wyzwaniami globalnymi i bronić opartego na prawie porządku międzynarodowego, wolnego handlu, a także środowiskiem i walką ze zmianą klimatu.

Giełda nazwisk

Zaplanowane na 23–27 maja wybory do Parlamentu Europejskiego mogą przynieść wzmocnienie reprezentacji sił eurosceptycznych. Zdaniem Emmanuela Macrona najbliższe wybory albo będą odrodzeniem Europy, albo jej destrukcją. Zresztą właśnie odrodzenie to nazwa kampanii wyborczej ruchu Macrona En Marche. Nie wszyscy jednak podzielają ten zapał francuskiego prezydenta i deklaracja z Sybina wyraźnie pokazała, że większość przywódców nie jest w nastroju do wielkich czynów.

Sybin miał być też okazją do nieoficjalnych rozmów na temat obsady kluczowych stanowisk w nowej kadencji. Mowa o pięciu ważnych funkcjach: przewodniczącego Komisji Europejskiej (po Junckerze), przewodniczącego Rady Europejskiej (po Tusku), przewodniczącego Parlamentu Europejskiego (po Tajanim), wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa (po Mogherini), wreszcie – to wyjątkowa koincydencja – prezesa Europejskiego Banku Centralnego.

Pięć lat temu trzeba było trzech unijnych szczytów oraz trzech miesięcy, żeby wypracować kompromis. Tusk, który jest teraz gospodarzem tego procesu, chciałby zakończyć sprawę w ciągu dwóch szczytów. Pierwszy to nieformalna kolacja przywódców państw UE, która prawdopodobnie odbędzie się dwa dni po wyborach, 28 maja. To nic nadzwyczajnego, podobna kolacja odbyła się pięć lat temu.

– Liderzy zbierają się na niezobowiązującą rozmowę, która ma oceniać wyniki wyborów – mówi nam jeden z unijnych ambasadorów. Kolejny szczyt odbywa się 20–21 czerwca, to już regularne spotkanie przywódców, i wtedy mogłoby dojść do wskazania nazwisk. Parlament Europejski chciałby, żeby szefem Komisji Europejskiej został tzw. spitzenkandidat, czyli kandydat wiodący partii, która uzyska najlepszy wynik. Pięć lat temu był to Jean-Claude Juncker, teraz prawdopodobnie Manfred Weber, niemiecki chadek. Od początku wiadomo, że taka procedura nie bardzo podoba się przywódcom państw UE, bo chcieliby podjąć sami decyzję. Pięć lat temu nie zdołali jednak sprzeciwić się woli PE. Co stanie się teraz, zależy od wyników wyborów i od tego, jak silną koalicję w PE zbuduje wokół siebie Weber i jego grupa chadecka.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA