fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Rzym pełen ruin nie zawsze antycznych

Nawet jeśli Rzym z bliska nie wygląda zbyt dobrze, a ulice straszą dziurami, widok z Castel Sant'Angelo wciąż robi wrażenie
shutterstock
Zdewastowane dzielnice, chaotyczna zabudowa, przypadkowe remonty, chylące się ku upadkowi kamienice i pałace. Po Wiecznym Mieście trzeba stąpać delikatnie, żeby go przypadkiem nie uszkodzić. Jest fantastyczne i żałosne jednocześnie.

W styczniu 2016 roku, na placu Gentile Da Fabriano, tuż przy Lungotevere Flaminio, zaledwie parę kroków od słynnego „mostu muzyki" rozpadł się dom. Mieszkańcy cudem ocaleli. Uratowała ich Agea Rodriguez, zajmująca apartament na poddaszu, która usłyszała dziwne hałasy dochodzące z korytarza. Było już po północy. Kobieta pomyślała, że do kamienicy włamali się złodzieje, zaalarmowała więc sąsiadów, a potem zadzwoniła po policję. W Rzymie to nic dziwnego. Kradzieże domowe są tutaj nagminne, dlatego w mieście okratowane są w zasadzie wszystkie okna mieszkań od parteru do trzeciego piętra. Poddasza również. Niezależnie od statusu dzielnicy.

Tym razem jednak żadnego złodzieja nie było. Policjanci po przyjeździe zauważyli za to, że w kamienicy zaczynają pękać mury.

Po chwili ktoś zobaczył, że w jednej ścianie widnieje dziura wielkości ludzkiej głowy. Wezwano straż pożarną. Rozpoczęła się ewakuacja. 11 rodzin znalazło się na ulicy.

Ceny jak w Paryżu, standard jak w Kairze

W 2015 roku na dziedzińcu Maxxi, Narodowego Muzeum Sztuki XXI Wieku, które z mozołem dorabia się własnej oryginalnej kolekcji, Pedro Cabrita Reis, znany portugalski artysta, odsłonił instalację zatytułowaną „La casa di Roma" (wł. – Dom Rzymu). Z betonowego bloku Maxxi wystawały kikuty sztucznie dobudowanego „domu", który został obdarty z tynku. Po dawnej świetności zostały tylko poranione cegły przypominające antyk, ale tylko z daleka. Z bliska widać było robotę zupełnie dwudziestowieczną, czyli delikatne, jakby jednorazowe luksfery, przez które można było zobaczyć wielki plac otaczający półokręgiem muzeum, na którym, jak zawsze zresztą, bawiły się głównie dzieci. (To jedyne rzymskie muzeum, w którym tłumy przebywają przed wejściem do budynku, w środku natomiast jest kompletnie pusto.)

Ta niewielka instalacja zdawała się oczywistością, drewnem, które artysta przywiózł do lasu, albowiem akurat w tych okolicach współczesnych ruin nie brakuje. Co drugi dom przypomina tekturową makietę, mogącą się za chwilę zawalić. W ostatnich kilku latach przestało tutaj istnieć kilka budynków. Jeden został podmyty przez ścieki podziemne, inny miał liche fundamenty. Prawie zawsze na miejsce tragedii przyjeżdżała młoda prezydent miasta – Virginia Raggi z Ruchu Pięciu Gwiazd, zapewniając, że nad wszystkim czuwa, że od teraz będzie lepiej. Na początku swojej kadencji mówiła, że rzymianie odczują zmianę na lepsze już po dwóch tygodniach jej rządów.

Chyba nikt w to nie uwierzył. Do teraz prawie każda ulica w mojej dzielnicy pokryta jest dziurami tak wielkimi, że nawet droga z Przemyśla do Drohobycza na Ukrainie wydaje się w lepszym stanie. Jechać wieczorem przez te, bynajmniej nie peryferyjne, ulice Rzymu, to prawdziwe wyzwanie.

Ludzie jednak nie zwracają już na to uwagi. Znają dziury na pamięć. Niektórzy tylko podejmują nierówną walkę z administracją i cierpliwie zgłaszają je w odpowiednich urzędach. Albo biorą udział w internetowych sondażach ogłaszanych od czasu do czasu w dzienniku „La Repubblica". Piszą tam na przykład: „Okolica, w której mieszkam przypomina strefę wojny. Dziury w drogach? To jeszcze nic. Dziury w głowach urzędników są jeszcze gorsze. Degradacja miasta postępuje z roku na rok";

„Jeszcze 30 lat temu Rzym był miastem wspaniałym. A dzisiaj? Otaczają mnie hałdy śmieci, brud. Do nosa wciska się smród. Ceny mamy jak w Paryżu, a standard jak w Kairze".

Kiedy Alberto Moravia opisywał tę okolicę w swojej nudnawej z lekka książeczce „Uwaga" („L'attenzione", polskie wydanie w roku 1968) wszystko tu lśniło czystością, podobnie zresztą jak całe miasto, a zwłaszcza centrum. A centrum było wtedy jakby dalej niż dzisiaj. Bo chociaż Ponte Milvio z Piazza del Popolo łączy najstarsza w Rzymie linia tramwajowa, w głowach tubylców Flaminia znajdowała się zawsze na marginesie Wiecznego Miasta. Dzisiaj wszyscy mówią, że to śródmieście.

Nowoczesny i szybki tramwaj jedzie dziesięć minut. O ile tylko nie będzie zepsuty albo nie będą prowadzone prace na torowisku, co zdarza się regularnie kilka razy w roku.

W latach 60. były tu wybudowane w czasach Mussoliniego wielkie osiedla mieszkaniowe, koszary policji i wojska, przeróżne instytucje militarne i monumentalne kamienice. Dalej za Tybrem, przy via Cassia, jak pisał Moravia, „domy były już rzadsze, potem [...] pustkowie pomiędzy dwoma zarosłymi trawą wzniesieniami, nad którymi górowały żywopłoty z bzu".

Obecnie to całkiem dobry rzymski adres. Może nie tak dobry jak Parioli czy Prati, niemniej jednak na mieszkanie tutaj trzeba wydać porządną sumkę. Adwokaci, dyplomaci (którzy w pobliżu mają swoją Farnesinę, czyli Ministerstwo Spraw Zagranicznych), lekarze, starsi ludzie, którzy pamiętają fantastyczne lata 60. i 70., kiedy kapitalistyczne Włochy kwitły, a pracownikom z roku na rok przybywało fajnych urlopów i dodatków, całkowicie skolonizowali te okolice. Nie narzekam. Emeryci nie są co prawda bardzo kontaktowi, można nawet powiedzieć, że kontakty mają oni w całkowitym poważaniu, niemniej jednak imprez nie robią, głośno muzyki nie słuchają, chodzą spać przykładnie o dwudziestej trzeciej, zatem kłopot z nimi żaden.

W ruinach mieszkają ruiny. Niegdysiejsze pałace zostały zawłaszczone przez nieruchome mumie, które w windach wywieszają karteczki: „prosimy o dokładne zamykanie drzwi albowiem mieszkamy na szóstym piętrze a nogi już nie tak młode". Czasami, kiedy do młodszych mieszkańców nie docierają takie sygnały, toczona jest walka na słowa.

Mumia nie wejdzie przecież po schodach. Ruina nie wdrapie się na ruinę. Ruiny też milczą. W tych okolicach tylko nieliczni odpowiadają na pozdrowienie, jeszcze rzadszy jest uśmiech. Ruina nie ma twarzy.

Wigwam umierającego wodza

No, chyba że tą ruiną jest Auditorium zaprojektowane przez Renza Piano, które ma twarz ponowoczesną: jeszcze nie nazbyt zniszczoną, niemniej jednak trochę już opuszczoną i zaniedbaną, chociaż – jak widzę, od czasu do czasu, czyszczoną i pucowaną.

Ten kompleks znakomitych, genialnie wręcz zaprojektowanych sal koncertowych, których akustyka bywa wychwalana przez najlepszych krytyków muzycznych na świecie, dokąd przyjeżdżają największe pianistyczne sławy z Krystianem Zimermanem na czele, ma dzisiaj już kompletnie zryte fasady, wystrzępione chodniki. Błyszcząca niegdyś blacha okrywająca dachy przypomina te, które używane są do budowy baraków dla bezdomnych. W blasku słońca ten wzniesiony w 2002 roku kompleks, wygląda jakby zaraz miał się zawalić.

Kiedy w zeszłym roku zobaczyłem na dziedzińcu Auditorium lodowisko, na którym więcej było wody niż lodu, pomyślałem, że to doskonała metafora oddająca charakter nie tylko tego budynku, ale całego współczesnego Rzymu. Błyszczy nie błyszcząc, jest a jednocześnie go nie ma. Istnieje, ale w kruchej formie, po której trzeba stąpać delikatnie, żeby jej nie uszkodzić. Niewątpliwie jest piękny, ale raczej w słońcu niż w deszczu. Fantastyczny i żałosny jednocześnie.

Nikogo nie trzeba namawiać, żeby tutaj przyjechał, wystarczy rzucić okiem na nazwiska artystów. W kwietniu trzy razy zagra tu Bob Dylan. Na biletowanym spotkaniu autorskim z Orhanem Pamukiem pojawią się hordy studentów. Rzymianie się chwalą, że rocznie odwiedza go ponad milion widzów.

I ci wszyscy biedni ludzie, żeby zobaczyć i usłyszeć to, co na świecie najcenniejszego, muszą, idąc z przystanku autobusowego czy tramwajowego, przeskakiwać olbrzymie progi chodników, omijać zaparkowane byle jak samochody, unikać dziur i kałuż, uskakiwać przed pędzącymi motocyklistami. Kilka metrów od Auditorium znajduje się najbrzydsza chyba arena sportowa świata, Palazetto dello Sport, pozostałość po olimpiadzie z 1960 roku, gdzie podczas igrzysk rozgrywano mecze koszykówki i siatkówki. Tym celom hala służy zresztą i dzisiaj. Co nie zmienia faktu, że z zewnątrz wygląda jak wigwam umierającego indiańskiego wodza. Virginia Raggi zapowiedziała renowację areny, ale nie sprecyzowała kiedy miałaby ona nastąpić.

Paradoksalnie, była wioska olimpijska, która dzisiaj została wchłonięta przez miasto, jest przez architektów podawana za pozytywny przykład „katalizatora zmian w krajobrazie miejskim, jaki trudno znaleźć w innej europejskiej metropolii". Miasteczko powstało w miejscu koszmarnej dzielnicy, w której stały drewniane baraki przyjezdnej biedoty, przed wojną zaś urządzano tam parady wojskowe, a miejsce nazywano Campo Dux. Współcześnie znów mieszka tu biedota. Cyganie koczują w kamperach, prostytutki – jak w czasach olimpiady – przyjmują gości w przyczepach kempingowych.

Wspaniały europejski brutalizm i fantastycznie zaprojektowane miasteczko idealne? Zapraszam w te okolice po zmroku, wtedy bloki byłej wioski olimpijskiej zaczynają przypominać podparyskie slumsy a dosztukowane i całkiem współczesne rzeźbobryły, które ktoś poustawiał na placach między budynkami, przywiodą na myśl pokraczne i zwielokrotnione pająki z horrorów klasy B.

Wątpię, czy owe „dzieła" przetrwają, nawet w formie ruin, tak długo, jak domy sprzed 2,5 tysiąca lat, które w Wiecznym Mieście od czasu do czasu odkrywają archeolodzy.

Jakiś czas temu media obiegła informacja, że pod gmachem Palazzo Canevaro (tuż obok Piazza della Repubblica) znaleziono doskonale zachowane resztki domu rzymskiego, liczącego około 40 metrów kwadratowych, z okresu rządów Tarkwiniuszy.

„Jak twierdził nadzorca dóbr archeologicznych Wiecznego Miasta Francesco Prosperetti, to zaskakująca wiadomość, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż dotychczas uważano, że w VI wieku p.n.e. obszar Wzgórza Kwirynalskiego był całkowicie niezamieszkany. Dom znajduje się na terenie wykopalisk, gdzie już dokonano innego ciekawego odkrycia – odkopano pozostałości dużej świątyni, pochodzącej prawdopodobnie z V wieku p.n.e." – pisał o wydarzeniu portal imperiumromanum.edu.pl".

Tak go wyremontowali, że się zawalił

W dniu, w którym przeczytałem tę wiadomość, na placu Gentile da Fabriano, gdzie do dzisiaj stoją ruiny domu, o którym pisałem na początku, zawaliło się jeszcze jedno piętro. Nad rankiem strażacy znowu bezradnie przyglądali się jak solidne przedwojenne rzymskie mury zapadają się w sobie. Tym razem wgniotły kolejny balkon. Lungotevere Flaminio ciągle była zamknięta. Policja w dzień i w nocy ochraniała budynek. A dziennikarze zapomnieli o całej sprawie. Ludzie, którzy znaleźli się na bruku zostali poinformowani, że wszelkie szkody muszą naprawić sami. Miasto w niczym nie pomoże, bo ma teraz inne, poważniejsze sprawy na głowie – musi obecnie wykwaterować z mieszkań komunalnych dosyć bogatych delikwentów, którym wiele lat temu ktoś pozwolił mieszkać w apartamentach, za które miesięcznie płacili dziesięć euro. Zamiast kilka tysięcy.

A pozostawieni na lodzie ludzie z Lungotevere Flaminio muszą najpierw zapłacić za szkody, których nie spowodowali, następnie wytoczyć sprawę sąsiadowi, który doprowadził do tragedii. A potem już tylko poczekać jakieś dziesięć lat, tylko po to, żeby się dowiedzieć, że sąsiad do więzienia nie pójdzie i za szkody też nie zapłaci.

Na pobliskich ulicach do teraz walają się jeszcze odłamki cegieł. Policjant, który pilnuje ruchu w okolicy wzrusza tylko ramionami, kiedy pytam go, co stanie się z budynkiem. Mówi, że to przecież nic nadzwyczajnego.

– Od czasu do czasu coś się wali – podsumowuje z miną filozofa. – Taki kraj. Pałac cesarza Nerona, Domus Aurea, też się zawalił... – Ale kiedy to było? – pytam. – Jak kiedy? Kilka lat temu... – dziwi się, że nie wiem. – Kilkanaście lat zabytek był remontowany. I tak go wyremontowali, że się zawalił.

Domus Aurea, wzniesiony w latach 60. naszej ery, był największą i najbogatszą rezydencją Nerona (przed wejściem stał prawie 40-metrowy posąg władcy w stroju Apolla). Przez kolejne wieki popadał w ruinę aż w końcu porosły go chwasty. Restaurację rozpoczęto w latach 70. XVIII wieku.

W marcu 2010 roku część dachu jednak runęła na ziemię. Podobno z powodu cieków wodnych, które podmyły fundamenty. Podobno zabrakło pieniędzy. Podobno ówczesny minister kultury Rocco Buttiglione był tak wściekły z tego powodu, że zaczął oskarżać innych ministrów o zaniedbania. Podobno fundusze na ratowanie zabytków były w tamtych czasach regularnie obcinane przez rząd Silvia Berlusconiego (podobno nawet o 35 procent).

Kraj egzotyczny, nieznany, poetycki

W roku 1879 Henryk Sienkiewicz pisał w „Gazecie Polskiej": „Starożytnego Rzymu widzi się na każdym kroku ślady, ale przeważnie ślady tylko. W ogóle zapadł on w ziemię, wieki pochowały go jak umarłego człowieka i pokryły grubymi warstwami gruntu, a na tym olbrzymim grobie zazieleniało nowe życie. Ale ciekawość dzisiejsza lubi odgrzebywać stare mogiły: w ten sposób odgrzebano Forum Romanum".

Sienkiewicz, choć ubolewał nad upadkiem antyku, w istocie podziwiał owe ruiny. Ten zastygły świat miał urok nie tylko egzotyczny, ale i poetycki. Świetnie „pasował" do literatury i reportażu. Podobne teksty będą pisali wiele lat później Europejczycy, którzy dotrą do ruin Angkor Wat. A zdjęcia wykonane przez fotoreporterów tłumnie odwiedzających Kambodżę staną się ozdobą największych światowych gazet i galerii.

Tak samo było ponad 100 lat temu. Tyle że za kraj egzotyczny, nieznany i poetycki „robiła" Italia. Paweł Muratow w „Obrazach Włoch" pisał: „Rzym jest ciemny, a czerwona barwa kamienia, widoczna spod czarnych plam wilgoci okrywających na poły zrujnowane mury, nasuwa wspomnienie o dawnym życiu, pełnym gwałtownych namiętności. Nędza otacza monumentalne pałace Mattei, Spada, Orsini i Cecci. Błoto i zarośnięty mchem herb marmurowy nad drzwiami, kraty w ciemnych kwadratowych oknach, kolorowe szmaty w słońcu, twarze o energicznych rysach, konwulsyjne okrzyki grających w morę, ludzie wylegujący się w cieniu wspaniałych fasad barokowych kościołów – taki jest ów Rzym, który nadal pozostaje Rzymem z noweli romantycznej".

Ironiczni mieszkańcy Włoch twierdzą, że i dzisiaj dałoby się napisać o Wiecznym Mieście podobne teksty. Zdewastowane dzielnice, chaotyczna zabudowa, przypadkowe remonty, chylące się ku upadkowi kamienice i pałace.

O tym, że budynki neapolitańskie od czasu do czasu tracą pion w zasadzie się nie mówi. Jakiś czas temu runęła niezamieszkana część pięciopiętrowej kamienicy w centrum miasta. Budynek ucierpiał w trzęsieniu ziemi w 1980 roku. Niedaleko tej ruiny, znajdują się pozostałości po innym domu, który zawalił się w 1994 roku.

Neapol się wali. Rzym od czasu do czasu drży i wtedy ludzie bez specjalnego niepokoju, a nawet z pewną rutyną, stwierdzają nad ranem, że obrazy wiszą krzywo, szklanki stoją w nieładzie, ewentualnie łóżka bywają poprzesuwane. W stolicy Włoch człowiek trzęsie ziemią i ziemia sama z siebie się trzęsie. Wszystko tutaj jest w nieustannym ruchu. Także ogień w lecie przemieszczający się z jednej dzielnicy do drugiej.

6 mają 2015 roku spaliła się spora część lotniska Fiumicino. Pożar wybuchł w nocy w podziemnej strefie przechowywania bagażu w terminalu trzecim. Na miejsce przyjechało aż 20 wozów strażackich. Przyczyn nie udało się ustalić. Autostrada łącząca lotnisko z miastem została zamknięta.

Jakiś czas później, również w okolicach lotniskach, ktoś podpalił las, uniemożliwiając starty i lądowania samolotów. Po Rzymie rozeszła się pogłoska: mafia nie dostała tego, czego chciała, i teraz odgrywa się na urzędnikach, dewastując strategiczne punkty metropolii.

Podobnie było w roku 2017. Podczas koncertu amerykańskiego kompozytora Philipa Glassa w Auditorium, w amfiteatrze pod gołym niebem, ludzie wpatrywali się w groźnie wyglądające czarne chmury, które wolno opadały na pobliską ulicę Marszałka Piłsudskiego. Ochroniarze uspokajali: burzy nie będzie, płonie złomowisko samochodów w Centocelle.

Tego dnia w Rzymie pożary wybuchały jeszcze kilkakrotnie, w różnych miejscach. Nikt nie pytał kto to zrobił. Sprawa wydawała się oczywista. A obraz tworzony przez blask ognia na tle zapadającego nad miastem zmroku był fantastyczny.

Zmarszczki? Ja?

Rzeczywistość miesza się w Rzymie z mitem, świat wspaniałego antyku i przepysznych galerii styka się tutaj z fałszem, korupcją i dziurami w drogach.

Villa Borghese, na przykład, to miejsce fantastyczne, niemniej jednak jeżeli dokładniej spenetrować ten region, okaże się parkiem całkiem przeciętnym, który ponad przeciętność wyrasta „tylko" wspaniałą Galerią, w której chciałoby się spędzić całe życie. W samym parku już niekoniecznie. Nie mogę pojąc, dlaczego zachwycił on Zadie Smith tak bardzo, że zdecydowała się napisać o nim: „O uroku tego miejsca przesądza właśnie swobodne przejście od odświętności do zwyczajności. Ogrody Borghese nikogo nie wykluczają".

Tyle że dzisiaj właśnie wykluczają, przede wszystkim rzymian, którzy, uciekając przed rowerowymi zaprzęgami dla czterech osób i używanymi wyłącznie przez turystów segwayami (dwukołowe pojazdy elektryczne – red.), chronią się w cieniu drzew, ewentualnie uciekają za Galerię. Alejki nie są tam wyasfaltowane i nawet o 18 jest tam pustawo, czasami ludzie ćwiczą tańce, prężą mięśnie i robią pompki.

„Kamienne popiersia sławnych ludzi są wyraźnie podpisane. Może to tylko mało istotna kwestia XIX-wiecznego gustu, ale w efekcie – jakaż różnica. Nie trzeba się krępować i wstydzić niewiedzy. Każda gospodyni domowa może sobie podejść do Leonarda da Vinci i pomyśleć: ale kości policzkowe, jak u dziewczyny!" – pisze Smith. O ile posąg będzie miał głowę – dodam, bo nie zliczę pomników głów pozbawionych, zwłaszcza w części mniej uczęszczanej. Trzeba bowiem pamiętać, że prawie wszystkie biusty w parku to cementowe kopie. Dlatego też niektóre z nich wyglądają jak twarze rybaków z okolic Katanii, czarne i ogorzałe rysy, głębokie bruzdy. A obok sterty śmieci, niedopałki papierosów.

Trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby urządzić sobie tu śniadanie czy obiad na trawie. Już prędzej można wybrać się na piwo do ocienionej części parku, gdzie w porze sjesty leniwi faceci leżą na ławkach jak wyliniałe koty z rękoma spuszczonymi na stojące na rozgrzanym asfalcie butelki. Są wśród nich i ci w garniturach, i w zwyczajnych koszulach, ale też robotnicy w przybrudzonych T-shirtach. Ławeczka w Villa Borghese nie jest naznaczona klasowością. Kobiety nie rozwalają się na nich tak bezczelnie jak faceci, tylko kulturalnie siadają. Zwłaszcza te starsze wkomponowują się w atmosferę parku wręcz perfekcyjnie.

Bo Villa Borghese przypomina starą ciotkę. Udaje, że nie ma zmarszczek, a ewentualne niedoskonałości, które można dostrzec na jej twarzy gołym okiem, nazywa „złym światłem", „efektem selfie" albo ślepotą tego, który je wypomina.

Mimo to Villa Borghese, którą odwiedzam regularnie od lat, zmarszczki posiada. Są nimi doły i bunkry, w których mieszkają dziś imigranci. Nie jest to, rzecz jasna wielkie miasteczko, raczej mały hotelik. Na tle innych koczowisk przypomina ośrodek wypoczynkowy pierwszej klasy usytuowany w miejscu dawnego śmietnika. Otaczają go linki, na których suszą się ubrania, a wokół stoją kontenery z wodą.

Parę metrów dalej, jeżeli przejść viale San Paolo del Brasile, ulicę, która dzieli park na dwie części, w powietrzu unosi się zapach marihuany. Palą ją wagarowicze z pobliskich szkół, świetnie ubrane nastolatki.

Te części parku, to dwa różne światy, przedzielone wspomnianą ulicą, która dziur ma więcej niż podrzędna aleja w Tiranie. Jeżeli pójść nią prosto, trafimy do raju bogatych i knajp, w których lampka wina kosztuje dziesięć euro. Jeżeli zaś w lewo, tuż przy głównej drodze zobaczymy śpiwory po bezdomnych, którzy akurat wyruszyli zapewne szukać jedzenia. A kiedy staniemy w miejscu, wcześniej czy później spotkamy prostytutkę, potykającą się o białe kamienie.

Gdzieś w oddali (za jeziorkiem, po drugiej stronie) zamajaczy pomnik Sienkiewicza otoczony walającymi się prezerwatywami i workami po kanapkach. I obok drugi pomnik, Puszkina. Dokładnie w takim samym otoczeniu.

* * *

Ruiny współczesnego Rzymu przypominają fotografie Sophie Ristelhueber, która uwieczniała na swoich fotogramach leje po bombach z Syrii, Iraku czy Afganistanu. Nie były to jednak proste reporterskie dokumentacje. Artystka w części z tych miejsc w ogóle nie była. „Zestawiła" tylko i zmultiplikowała owe obrazy destrukcji, tworząc nowe światy zdewastowane, które kropka w kropkę podobne są do ulicy San Paolo del Brasile.

Ostatnio jej zdjęcia można było oglądać na wystawie „Disorder" w Maxxi. Kilka metrów od placu Gentile Da Fabriano, tuż przy Lungotevere Flaminio, gdzie 22 stycznia 2016 roku z hukiem zawalił się dom, którego ruiny wrosły już w okoliczny krajobraz. Na jednym ze zburzonych balkonów wiosną owocowały nawet klementynki. Już po raz piąty z rzędu.

Piotr Kępiński jest krytykiem literackim, eseistą, poetą, jurorem Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. W tym roku, w wydawnictwie Forma, ukaże się jego książka „Po Rzymie. Szkice włoskie"

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA