Plus Minus

Pustelnik z North Pond

Aresztowanie pustelnika. Także w więzieniu Christopher Knight nie wyjaśnił motywów swojego postępowania
Getty Images
Mijały lata. Historia ciągle się powtarzała: nikt nie potrafił go powstrzymać, żaden policjant nie potrafił go złapać. Jakby był duchem lasu.

U niektórych rodzin zawsze w pierwszej kolejności znikały latarki. U innych zapasowe butle z gazem. Albo książki z nocnego stolika czy też steki z zamrażarki. W jednym domku letnim była to żeliwna patelnia, nóż do obierania i dzbanek do kawy. Ginęły, oczywiście, baterie – często wszystkie baterie z domu.

Było to za mało zabawne na żart, a zbyt niepoważne na przestępstwo. Mieściło się gdzieś w niepokojącej przestrzeni pomiędzy. Może dzieci wzięły latarki. Ale włożyłeś te steki do zamrażarki, prawda? Przecież telewizor jest na miejscu, i twój komputer, twój aparat, twoja wieża, i twoja biżuteria też. Ani okno, ani drzwi nie zostały wyważone. Wezwiesz policję i powiesz im, że było włamanie, że zginęły wszystkie akumulatorki i powieść Stephena Kinga? No nie wezwiesz.

Ale kiedy następnej wiosny wracasz do domku, frontowe drzwi są otwarte. Albo zasuwka jest odsunięta. Albo, w jednym przypadku, kurek z ciepłą wodą przy kuchennym zlewie obłamuje się przy dotknięciu – tak łatwo, jakby był wetknięty luzem – oglądasz zlew i widzisz w nim kilka białych wiórków, które wyglądają jak opiłki metalu. A potem orientujesz się, że metalowy zamek kuchennego okna jest otwarty, a na framudze przy zamku widać drobne zadrapania.

O cholera, ktoś tu był – i prawdopodobnie nastąpił na kran, wchodząc przez okno, a potem włożył go na miejsce, żeby wyglądał na cały. I tym razem nie zginęło nic cennego, ale dzwonisz jednak na policję.

Policja mówi, że wie już o pustelniku, i ma nadzieję, że sprawa zostanie szybko rozwiązana. Przez całe lato na grillach czy przy ogniskach słyszy się wiele podobnych opowieści. Elementem wspólnym są butle z gazem, baterie i książki, ale ginie też zewnętrzny termometr, wąż ogrodowy, łopata do odśnieżania i skrzynka piwa.

Pewne małżeństwo otworzyło swój domek po zimie i odkryło, że z łóżka zniknął materac. Chwila konsternacji. Nie da się wyjąć materaca przez okno domku. A drzwi frontowe, jedyne wejście, zostały na zimę zaryglowane i zamknięte na kłódkę. Kiedy przyjechali, były zamknięte, a zamek nienaruszony; nigdzie nie odkryli żadnych uszkodzeń. Jednak okazało się, że okno w kuchni zostało wyważone. Istniało tylko jedno sensowne wytłumaczenie: złodziej musiał wejść przez okno, odkręcić zawiasy drzwi, podważyć je lekko i uchylić od strony zawiasów, wypchnąć materac na zewnątrz, przykręcić z powrotem śruby, po czym wyjść przez okno.

Obóz Pine Tree, jak wszyscy wiedzieli, był głównym celem, prywatnym supermarketem złodzieja. Przy każdym włamaniu zniszczenia były minimalne – żadnych potłuczonych naczyń, zero śladów plądrowania. To był złodziej, nie wandal. Jeśli zdjął drzwi, zawsze znalazł czas, żeby je z powrotem zamocować. Drogie przedmioty nie interesowały go. Albo ją. Albo ich. Nikt nie wiedział. Z powodu rodzaju kradzionych przedmiotów jedna rodzina ochrzciła go Człowiekiem Gór, ale dzieci zaczęły się go bać, więc zmienili przezwisko na Głodomora. Większość ludzi, w tym policjanci, zaczęła nazywać intruza pustelnikiem lub pustelnikiem znad jeziora, lub, bardziej oficjalnie, pustelnikiem z North Pond. Niektóre raporty policyjne wspominały „legendę o pustelniku", a w innych, gdzie wymagane było imię i nazwisko podejrzanego, występował jako Pustelnik Pustelnik.

Wielu mieszkańców North Pond było przekonanych, że pustelnik jest ich sąsiadem. North Pond i Little North Pond leżały w centralnym Maine, z dala od zatłoczonego wybrzeża morskiego i tamtejszych enklaw bogaczy. Drogi wijące się wzdłuż ich brzegów są w większości nieutwardzone i wyboiste, a na dwudziestokilometrowym obwodzie obu jezior rozrzucone są trzy setki letnich domków, odwiedzanych głównie w okresie wiosenno-letnim. Niektóre domki jeszcze nie mają elektryczności. Sąsiedzi znają się nawzajem; nie ma zbyt dużej rotacji właścicieli. Część rodzin zajmuje swoją nieruchomość od stu lat.

Tysiąc wkrętów

Może, rozważają ludzie, włamań dokonuje grupka miejscowych nastolatków – w ramach warunku przyjęcia do gangu, wygłupu. Albo, spekulują inni, może to robota aspołecznego weterana z Wietnamu. Najprawdopodobniej, zakłada część, to któryś z pracowników Pine Tree. Posądzenia padały też na podejrzanie wyglądających myśliwych spoza stanu. A może to jeden z nadal ukrywających się porywaczy samolotów z lat siedemdziesiątych. Albo seryjny morderca. A ten facet, który zawsze samotnie łowi ryby – czy ktoś był w jego domku? Może to tam jest wasz materac.

Pewnego lata rodzina wpadła na pomysł. Przyczepili do drzwi długopis na sznurku i kartkę: „Nie włamuj się, proszę. Zapisz, czego potrzebujesz, zostawimy ci na zewnątrz". Sposób na chwilę stał się modny: wkrótce podobne informacje zawisły na drzwiach kilku innych domków. Niektórzy mieszkańcy wieszali na klamce torby z książkami, jak dary dla szkolnych kwestarzy.

Żadna wiadomość nie doczekała się odpowiedzi; torby zostały nietknięte. Włamania trwały: a to śpiwór, narciarski kombinezon termiczny, cały rocznik „National Geographic". Akumulatory, więcej akumulatorów, w tym również te masywne z samochodów i motorówek oraz quadów. Małżeństwu od materaca zginął też plecak, co wywołało panikę – w środku mieli schowane paszporty. Potem zauważyli, że zanim włamywacz zabrał plecak, wyjął z niego paszporty i włożył do szafy.

Wielu właścicieli postanowiło wreszcie lepiej zabezpieczyć domki. Zainstalowali systemy alarmowe, lampy z czujnikiem ruchu, solidniejsze okna, mocniejsze drzwi. Niektórzy wydali na to po kilka tysięcy dolarów. Do słownika miejscowych letników weszło nowe pojęcie – „pustelnikoodporny" – a w społeczności pojawiła się nieznana dotąd atmosfera nieufności. Rodziny, które nigdy nie zamykały drzwi, teraz zaczęły je zamykać. Dwóch kuzynów mających domki obok siebie posądzało się nawzajem o kradzież butli z gazem. Niektórym stale zapodziewały się jakieś rzeczy i żartowali sobie, że chyba mają sklerozę. Pewien człowiek podejrzewał o włamania własnego syna.

Małżeństwo, które straciło materac i plecak, postanowiło, że za każdym razem, gdy będą wychodzić z domku, choćby na godzinę, muszą zamykać i ryglować okna, bez względu na panującą w środku duchotę. Pod koniec lata pewien mężczyzna kupił w sklepie żelaznym pięćdziesiąt płyt pilśniowych oraz wkrętarkę i zużył co do jednego tysiąc wkrętów, żeby zabić deskami domek na zimę.

Tysiąc wkrętów zadziałało, ale wszystko inne zawodziło. Z domków zniknęły poduszki i koce, papier toaletowy i filtry do kawy, torby termiczne i konsola do gier. Niektóre rodziny były okradane tak często, że poznały gust pustelnika: wolał masło orzechowe od tuńczyka, budweisera od bud light, slipy od bokserek. Bardzo lubił słodycze. Jedno z dzieci straciło cały zapas zdobyczy halloweenowych; z obozu Pine Tree zginął karton krówek.

Na początku sezonu letniego, przed Dniem Pamięci, dochodziło zwykle do lawiny włamań, potem po wrześniowym Święcie Pracy następowała druga fala. Zawsze był to środek tygodnia, szczególnie w deszczową noc. Żaden z mieszkańców całorocznych domów nigdy nie został zastraszony; złodziej nie brał też niczego z otwartych opakowań. Pewna rodzina wymyśliła dowcip – „Nie poleciałby na żadną Sherry" – ponieważ bez względu na to, ile razy robił najazd na barek, nigdy nie tknął sherry.

Nowiutkie dżinsy rozmiar trzydzieści osiem

Mijały lata. Historia ciągle się powtarzała: nikt nie potrafił go powstrzymać, żaden policjant nie potrafił go złapać. Jakby był duchem lasu. Rodziny wracały z krótkich wypadów do miasta i zastanawiały się, czy się nie natkną na włamywacza. Bały się, że czeka w lesie, obserwuje. Przetrząsa szafki kuchenne i grzebie w szufladach. Każdy spacer do drewutni wywoływał gęsią skórkę z wrażenia, że ktoś patrzy zza drzewa. Wszystkie zwykłe nocne odgłosy brzmiały jak dźwięki intruza. Grupka przyjaciół cicho omawiała powkładanie trutki na szczury w jedzenie i zastawienie pułapek na niedźwiedzie w liściach, chociaż nigdy nie zrealizowała tych pomysłów.

Inni mawiali, że to oczywiste, iż pustelnik jest niegroźny – wystarczy zostawić mu kilka szpachelek i skrzynkę mleka. Nie wyrządza więcej szkód niż muchy. Maine od zawsze było ekscentrycznym stanem, zamieszkanym przez dziwaczne osobistości, a teraz North Pond miało własną tradycję, tajemniczego pustelnika. Przynajmniej dwoje dzieci opisało w szkolnych wypracowaniach jego legendę.

Ale wtedy kradzieże stały się bardziej bezczelne. Rodzina zapakowała do zamrażarki kurczaki na przyjęcie i z miejsca straciła wszystkie. Na zebraniu właścicieli domów w North Pond w 2004 roku, gdy tajemnica miała już piętnaście lat, setka uczestników została zapytana, kto padł ofiarą kradzieży. Podniosło się co najmniej siedemdziesiąt pięć rąk.

Potem, wreszcie, nastąpił przełom. Kiedy kamery z czujnikiem ruchu staniały i uległy miniaturyzacji, kilka rodzin zdecydowało się je zainstalować. W jednym domku, gdzie kamera została ukryta w czujniku dymu, akcja zakończyła się sukcesem: udało się sfilmować pustelnika, zakapturzoną postać zaglądającą do lodówki. Obraz wzbudził zdumienie. Twarz złodzieja była nieostra, ale z pewnością była to twarz czystego, dobrze ubranego mężczyzny, który nie wyglądał na wygłodzonego, nie miał też brody – rzecz wysoce nieprawdopodobna u kogoś, kto mieszka w lesie. Nie wydawał się zwinny, silny czy choćby wysportowany. Ktoś go nazwał „Panem Pospolitym". Możliwe, dedukowali ludzie, że ten tak zwany pustelnik to po prostu ktoś, kto mieszka w sąsiedztwie.

Wszystko jedno. Dzięki tym ujęciom, a potem kolejnym, policjanci uznali, że schwytanie jest bliskie. Zdjęcia zawisły w sklepach, urzędach pocztowych, ratuszach. Funkcjonariusze obeszli wszystkie domki letniskowe. Rezultaty były rozczarowujące: nikt nie rozpoznał mężczyzny ze zdjęcia, a włamania trwały nadal.

Minęło kolejne dziesięć lat. Liczba włamań do Pine Tree wzrosła, podobnie jak jakość kradzionych dóbr. Na tym etapie, po dwudziestu pięciu latach, sytuacja stała się absurdalna. Był potwór z Loch Ness, himalajski yeti oraz pustelnik z North Pond. Pewien zdesperowany mężczyzna spędził czternaście nocy w ciągu dwóch sezonów letnich ukryty w domku, w ciemności, z gotowym do strzału magnum.357 i czekał na pustelnika. Bez skutku.

Panowało powszechne przekonanie, że prawdziwy złodziej musiał odejść na emeryturę lub umrzeć, a ostatnie włamania są wzorowane na dawnych. Może to drugie pokolenie tego młodzieżowego gangu, albo trzecie. Dzieciaki, które wychowały się przy pustelniku, same miały teraz dzieci. Większość ludzi pogodziła się z losem, że tak po prostu ma być; można każdego lata wstawić nowy akumulator do łodzi, kupić nową butlę z gazem i dalej żyć. Małżeństwo, któremu skradziono plecak i materac, straciło teraz nowiutkie dżinsy Lands' End – rozmiar trzydzieści osiem – z brązowym skórzanym paskiem.

Aż wreszcie wydarzyła się rzecz najbardziej nieoczekiwana. Potwór z Loch Ness nigdy nie wyłonił się z jeziora; yeti nie został przyłapany podczas przechadzki u stóp Mount Everestu. Nie ma zielonych ludzików na Marsie. Okazało się jednak, że pustelnik z North Pond istnieje naprawdę. Kiedy sierżant Hughes go złapał, włamywacz miał na sobie dżinsy Lands' End, rozmiar trzydzieści osiem, z brązowym skórzanym paskiem.

Cyrk

Christopher Knight został aresztowany, oskarżony o włamanie i kradzież, a potem przetransportowany do zakładu karnego hrabstwa Kennebec w stolicy stanu, Auguście. Po raz pierwszy od prawie dziesięciu tysięcy nocy spał we wnętrzu.

„Kennebec Journal" przedstawił historię jako pierwszy, a tekst wywołał silne i niecodzienne reakcje. Więzienie zostało zasypane listami, telefon się urywał, a mnóstwo ludzi zjawiło się tam osobiście; „cyrk", jak to określił zastępca szeryfa, Ryan Reardon. Stolarz z Georgii zgłosił się do napraw we wszystkich domach uszkodzonych przez Knighta. Pewna kobieta zaproponowała więźniowi małżeństwo. Ktoś zaoferował Knightowi działkę, na której mógłby zamieszkać, za darmo, a ktoś inny chciał mu udostępnić pokój we własnym domu.

Ludzie przesyłali czeki i gotówkę. Jakiś poeta zbierał detale biograficzne. Zastępca szeryfa, Reardon, opowiedział, że dwaj mężczyźni, jeden z Nowego Jorku, drugi z New Hampshire, przynieśli do więzienia 5 tysięcy dolarów w gotówce, całą kaucję za Knighta. Wkrótce ponownie oceniono ryzyko ucieczki Knighta i władze zwiększyły wysokość kaucji do 250 tysięcy dolarów.

Nagrano pięć piosenek: „We Don't Know the North Pond Hermit", „The Hermit of North Pond", „The North Pond Hermit", „A Hermit's Voice" oraz „North Pond Hermit" – bluegrass, folk, rock alternatywny, pieśń żałobną oraz balladę. Big G's Deli, kultowa restauracja Maine, oferowała pieczeń wołową Pustelnika, pastrami Pustelnika i kanapki z krążkami cebuli a la Pustelnik, reklamując je jako przygotowane z „produktów skradzionych na miejscu". Holenderski artysta namalował serię obrazów olejnych przedstawiających historię Knighta i wystawił je w niemieckiej galerii.

Setki dziennikarzy ze Stanów Zjednoczonych i całego świata próbowały się skontaktować z pustelnikiem. „The New York Times" porównał go do Boo Radleya, samotnika z „Zabić drozda". Telewizyjny talk-show zabiegał o jego występ w programie. Do miasta przyjechała ekipa filmowa.

W każdej kawiarence i barze w centralnym Maine toczyły się dyskusje na temat pustelnika. W wielu kulturach pustelników od dawna uważano za skarbnicę wiedzy, badaczy największych tajemnic życia. W innych utrzymywano, że są przeklęci przez diabła. Co Knight chciałby nam powiedzieć? Jakie sekrety odkrył? Albo może po prostu oszalał? Jaką karę, o ile w ogóle, powinien dostać? Jak udało mu się przetrwać? Czy jego historia jest prawdziwa? A jeśli tak, dlaczego ten człowiek tak bardzo oddalił się od społeczeństwa? Prokurator okręgowa hrabstwa Kennebec, Maeghan Maloney, powiedziała, że Knight, który najwyraźniej pragnął pozostać przez całe życie anonimowy, stał się „najsłynniejszą osobą w stanie Maine".

Sam Knight, źródło zamieszania, znów zamilkł. Publicznie nie wypowiedział ani jednego słowa. Nie przyjął żadnej oferty – wpłaty kaucji, propozycji małżeństwa, wiersza, gotówki. Przesłane mu 500 dolarów trafiło na konto funduszu utworzonego dla ofiar jego włamań. Przed aresztowaniem pustelnik wydawał się nieprzenikniony, ale większość ludzi uważała, że po schwytaniu jego tajemniczość jeszcze się pogłębiła. Prawda okazała się dziwniejsza od mitu.

Uciec do lasu

O Christopherze Knighcie dowiedziałem się pewnego ranka, kiedy przeglądałem wiadomości w telefonie, w śniadaniowym zgiełku i nad rozlanym przez moje dzieci sokiem pomarańczowym. Historia mnie ujęła. Spędziłem setki nocy w dziczy, większość zanim w ciągu trzech lat urodziło nam się troje dzieci, które to doświadczenie niosło ze sobą wiele błogosławieństw, z pewnością jednak nie pozwalało na spokojny pobyt w lesie. Nie zazdrościłem Knightowi wyczynu – zasada obozowania bez ogniska wydaje mi się zbyt bezwzględna – ale odczułem pewien szacunek i jednocześnie ogromne zdumienie.

Lubię być sam. Uwielbiam samotne biegi długodystansowe, a mój zawód, dziennikarza i pisarza, również należy do tych raczej aspołecznych. Kiedy życie mnie przerasta, moją pierwszą myślą – fantazją – jest uciec do lasu. Mój dom jest świadectwem galopującego konsumpcjonizmu, ale najbardziej marzę o prostocie i wolności. Raz, kiedy wszystkie moje dzieci były jeszcze w pieluchach, a chaos i brak snu stały się nie do zniesienia, porzuciłem na moment świat, chociaż na krótko i oficjalnie, oraz z niechętną zgodą żony. Uciekłem do Indii i zamknąłem się na dziesięć dni w cichym azylu z nadzieją, że duża dawka samotności ukoi moje nerwy.

Nie ukoiła. Azyl był świecki, chociaż z mocnym naciskiem na medytację – uczyliśmy się jednej z najstarszych technik medytacyjnych, vipassany – a mnie wydała się ona wyczerpująca. Miejsce miało bardziej klasztorny niż pustelniczy charakter, w kursie uczestniczyło kilkaset osób, ale nie wolno nam było rozmawiać, porozumiewać się gestami i nawiązywać kontaktu wzrokowego. Przez cały czas dręczyła mnie pokusa zbratania się z innymi, a siedzenie w bezruchu wiązało się z fizyczną walką. A jednak te dziesięć dni pozwoliło mi się przekonać, że tak jak zerknięcie przez cembrowinę do studni, cisza może być mistyczna, ale jeśli ktoś się ośmieli, to całkowite zatopienie się we własnym wnętrzu może okazać się zarówno dogłębne, jak niepokojące.

Fragment książki Michaela Finkela „Ostatni pustelnik. 27 lat samotności z wyboru" w przekładzie Katarzyny Bażyńskiej-Chojnackiej, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL