fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Awantura w Sejmie. Kogo ścigać za słowa?

Jarosław Kaczyński
PAP/Bartłomiej Zborowski
Po burzy w Sejmie tylko jedno zawiadomienie trafiło do prokuratury.

Podczas emocjonalnej debaty dotyczącej zmian na szczytach sądownictwa posłom puszczały nerwy, padały mocne słowa i zapowiedzi skierowania zawiadomień do prokuratury przez osoby, które poczuły się nimi dotknięte. Jednak dotąd wpłynęło tylko jedno – od posłów Nowoczesnej, w związku z projektem ustawy o Sądzie Najwyższym. W tej sprawie będzie wszczęte postępowanie sprawdzające – ustaliła nieoficjalnie „Rzeczpospolita".

Wszcząć czy oddalić?

O domniemanym „poświadczeniu nieprawdy" przez grupę posłów PiS poinformowali prokuraturę Kamila Gasiuk-Pihowicz i Adam Szłapka z Nowoczesnej. Twierdzą, że doszło do przestępstwa, bo pod projektem figurowało nazwisko Bartłomieja Wróblewskiego z PiS, choć poseł „nie znał treści projektu, wycofał dla niego swoje poparcie i prosił, by jego nazwisko wykreślono". Tak się nie stało, do prac trafił projekt z nazwiskiem posła.

Czy i kto zaniedbał usunięcia nazwiska i czy złamano prawo – zbada prokuratura. Na razie – według naszej wiedzy – w postępowaniu sprawdzającym. Po nim zapadnie decyzja, czy śledztwo wszcząć, czy odmówić postępowania.

– Jednak wątpliwe, by doszło tu do przestępstwa, projekt nawet bez podpisu posła spełniał warunki formalne – mówi nam jeden z doświadczonych śledczych.

Sam poseł podkreśla: – Składanie zawiadomienia przez Nowoczesną to niepotrzebne podgrzewanie emocji i doszukiwanie się drugiego dna. Doszło do nieporozumienia. Ale to nie miało żadnego znaczenia dla losów projektu – mówi „Rzeczpospolitej" Bartłomiej Wróblewski.

Dlaczego poprosił o wykreślenie? – Znałem pierwotne założenia projektu i nie budziły moich wątpliwości. Jednak później zajmowałem się trzema innymi projektami, w tym samym okresie brałem ślub i uznałem, że z braku czasu nie będę w stanie dostatecznie zająć się rozwiązaniami dotyczącymi SN – tłumaczy poseł Wróblewski.

Mordy zdradzieckie

Mimo licznych zapowiedzi dotąd nikt nie poskarżył się na słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, jakie padły przy okazji dyskusji o sądownictwie. Chodzi o „wycieranie mord zdradzieckich" nazwiskiem brata posła.

– Na obecną chwilę wpłynęło tylko zawiadomienie posłów Nowoczesnej w sprawie poświadczenia nieprawdy – mówi Michał Dziekański, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

A tuż po zdarzeniu opozycja zapowiadała:

– Będziemy składali wspólne – od klubów PO, Nowoczesnej i PSL – zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa znieważenia funkcjonariusza publicznego – mówiła w Sejmie, na gorąco Kamila Gasiuk-Pihowicz, dodając, że posłowie, którzy poczuli się zniesławieni, mogą indywidualnie podjąć kroki. Osobisty pozew zapowiadał m.in. Grzegorz Schetyna i Małgorzata Kidawa-Błońska.

Czy posłom brak czasu, czy też na chłodno inaczej ocenili sytuację, czy też czekają na przygotowanie uasadnienia przez adwokatów – nie wiadomo.

Jakie szanse miałoby takie doniesienie do prokuratury?

– Raczej niewielkie, słowa znieważające muszą mieć charakter indywidualny, być kierowane pod adresem konkretnej osoby. Np. policjanci podczas demonstracji słyszą ciężkie określenia, ale nie słyszałem, by robili komuś sprawy o zniesławienie – mówi nam doświadczony śledczy.

To może jednak znaczyć, że debaty będą coraz ostrzejsze. Prof. Genowefa Grabowska, prawnik, dziekan Wydziału Nauk Społecznych i Administracji w Wyższej Szkole Menedżerskiej w Warszawie, uważa, że dyskusja w parlamencie jest obecnie dość odległa od miana „debaty parlamentarnej".

Debata nieparlamentarna

Profesor podkreśla, że to sami posłowie wprowadzają atmosferę przyzwolenia na język pełen nieprzyjemnych epitetów i agresji.

– Coraz częściej zachowania i wystąpienia „nieparlamentarne", zamiast powszechnego oburzenia, zyskują poklask części posłów. Ten stan wymaga refleksji i natychmiastowej reakcji całego parlamentu. Brak zgody na nieparlamentarne wystąpienia, w tym mowę nienawiści, powinien łączyć wszystkie kluby poselskie i stać się płaszczyzną dla wspólnych uzgodnień – zaznacza prof. Grabowska. – Jeśli nie ma przyzwolenia na wypowiedzi „nieparlamentarne", bo np. posłowie są pociągani do odpowiedzialności przez Komisję Etyki albo są karceni w swych klubach, to debaty z pewnością przebiegają kulturalniej. Jeśli natomiast parlament akceptuje, nawet milcząco, atmosferę sprzyjającą wypowiedziom nieparlamentarnym, nie oczekujmy Wersalu – mówi prof. Grabowska i ubolewa, że walka polityczna może przyćmić zdrowy rozsądek. I dodaje: – Szkoda, że w niepotrzebną emocjonalną wymianę zdań angażują się nawet liderzy partii.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA