fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

"Rzeczpospolita" ma 100 lat

Jerzy Haszczyński: Dziennikarstwo w stylu vintage

1994 rok, Wilno. Dariusz Fikus i Jerzy Haszczyński przeglądają pierwszy numer „Słowa Wileńskiego”
Fotorzepa/ Bronisław Kondratowicz
Jak było 100 lat temu, to nie wiem. Znam trzy ostatnie dekady „Rzeczpospolitej”. Na pierwszej wizytówce: tlx 81 71 31 pl. Teleks. Nigdy z niego nie skorzystałem. Teleks wychodził z użycia.

Pierwsze korespondencje z zagranicy dyktowałem do redakcji z budki telefonicznej. W Dubrowniku. Była wojna. Jugosłowiańska. W Europie miało nie być wojen. W jedynym czynnym hotelu mieszkali wysłannicy wielkiej organizacji międzynarodowej. W śnieżnobiałych koszulach zasiedli do śniadania, jajecznica nie była tak ścięta, jak się przyzwyczaili. Zrobili awanturę kelnerowi. To był uchodźca, utrzymujący całą rodzinę, która uciekła ze spalonej wsi. Oficjalnie śnieżnobiali przyjechali pomagać uchodźcom.

Drugi wyjazd. Też dawna Jugosławia. Piszę, jak jest. Tym razem dotyczy to także ważnych ludzi z Polski. „Jak on śmiał?! Trzeba go wyrzucić!” – słyszy redaktor naczelny Dariusz Fikus od bardzo wówczas w kraju ważnego człowieka, swego kolegi. Nie wiem, czy wcześniej wiedział o moim istnieniu, ale nie wyrzucił. Sprawdził, jak było, wysłuchał świadków. Stanął po stronie dziennikarza. Początkującego, młodego.

Bo i ja byłem młody. I nie tak dawno korzystałem z pierwszego laptopa. Oraz modemu, który trzeba było podłączyć do gniazdka telefonicznego, a najpierw je znaleźć. Przez takie poszukiwania utknąłem w miasteczku podbijanym przez antyrządowy tłum, który chwilę wcześniej uzbroił się w zdobytym arsenale. Kelner obsługiwał w pustej restauracji, co pewien czas wychodził przed budynek i z kałasznikowa odstraszał przeciwników. W nocy kula przeleciała przez szybę nad głową, ale spałem.

Nie tak dawno nie było internetu. Zupełnie inaczej wyglądał świat przejazdów, noclegów, kontaktów z miejscowymi. Lądujesz gdzieś w czasie chaosu, rewolucji i zaczynasz podróż w nieznane. Uzależniony od świeżo poznanych ludzi, którzy mogą cię uznać za szansę na wyrównanie krzywd. Za skarbonkę, rozwiązanie. To zresztą nie musiało się zmienić wraz z rozwojem technologii.

Także nie technologia, nie sprzęt czynią dziennikarzem na dalekiej wojnie czy w centrum Warszawy.

Teraz każdy może w domu i bez niczyjego pośrednictwa – bez medium – przeczytać dekret Putina i raport najlepszego think tanku, obejrzeć konferencję prawie każdego premiera. Także świetnie nakręconą propagandę: dżihadystów, polityków, koncernów. Sprawdzić, jaka jest temperatura w Abu Zabi, ilu Namibijczyków zachorowało na koronawirusa. Ale to nie znaczy, że każdy jest dziennikarzem. I że dziennikarze są niepotrzebni.

Wciąż wierzę, że w tym zawodzie chodzi przede wszystkim o to, by przedstawić świat bez złudzeń i uprzedzeń. Słuchać. Rozsądnie, sprawiedliwie cytować. Analizować, szukać drugiego, trzeciego dna. Przestrzegać. Czasem nawet przesadnie bić na alarm. Nie odpuszczać tym w śnieżnobiałych koszulach.

Czy to vintage? Nawet jeżeli, to – IMHO – trendy i na propsie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA