Minęły trzy lata od chwili, gdy opinią publiczną wstrząsnęła historia Katarzyny, barbarzyńsko skrzywdzonej w dzieciństwie przez księdza, który miał być dla niej oparciem. I chociaż jej walka sądowa o sprawiedliwość trwała jeszcze dłużej, to orzeczenie Sądu Najwyższego z 31 marca pozwala przypuszczać, że ta poruszająca batalia dobiegła końca.
Katarzyna (imię zmienione) urodziła się w ubogiej, dysfunkcyjnej rodzinie, w której alkohol i przemoc były codziennością. Już jako 12-letnia dziewczynka musiała mierzyć się z zadaniami przekraczającymi możliwości nieraz dorosłego człowieka. Próbując ratować domową atmosferę, chowała przed rodzicami butelki z alkoholem.
Nikt nie reagował
Na będącą w bardzo trudnej sytuacji uczennicę zwrócił uwagę ksiądz Roman B., nauczyciel religii. Pozorując szczerą troskę, systematycznie zdobywał zaufanie nie tylko jej, ale także niewydolnych wychowawczo rodziców. W pewnym momencie przekonał ich, że najlepszym rozwiązaniem dla dziecka będzie umieszczenie go w szkole z internatem w innym mieście.
Czytaj także: Spór o milion dla ofiary księdza-pedofila. Nowi sędziowie SN rozstrzygną kasację Towarzystwa Chrystusowego
Jak się niebawem okazało, był to nikczemny podstęp. W rzeczywistości wywiózł dziewczynkę z domu i uwięził w pustym mieszkaniu swojej matki, która przebywała za granicą. Tam dopuszczał się na niej regularnych gwałtów, maltretował fizycznie i psychicznie oraz faszerował środkami psychotropowymi. Zapisał ją do szkoły salezjańskiej, gdzie dyrektorem był jego znajomy ksiądz. Nieustannie kontrolował i szantażował swoją ofiarę, grożąc pozbawieniem życia, jeśli poskarży się komukolwiek.
W wieku 13 lat Katarzyna została przez niego zmuszona do aborcji. Zabieg wykonała znajoma księdza, ginekolog związana ze środowiskiem katolickim. Oprawca zabierał także nastolatkę na pielgrzymki, gdzie często dzielili pokój, przy ogólnej wiedzy i cichej zgodzie goszczących ich duchownych. Ani oni, ani wspomniani wcześniej nauczyciele i lekarze nie zrobili nic, aby pomóc wykorzystywanej dziewczynce.
Po raz pierwszy Katarzyna odważyła się opowiedzieć o swoim dramacie pedagogowi ze świetlicy w rodzinnej miejscowości, do której wróciła po kilkunastu miesiącach uwięzienia. Była to pierwsza dorosła osoba, która zachowała się odpowiedzialnie i poinformowała właściwe służby. 21 czerwca 2008 r., tuż przed planowanym wyjazdem do Anglii, Roman B. został zatrzymany. Ponieważ rodzice nie uwierzyli córce i zareagowali wręcz agresywnie, Katarzynę wraz z młodszym bratem umieszczono na czas procesu księdza w domu dziecka. Tam, zgodnie z relacją dziewczyny, dyrektorka placówki namawiała ją do wycofania zeznań, ponieważ „ksiądz Roman chciał dla niej dobrze i nic jej nie zrobił''.
Nie wiedział, co czyni...
Aresztowany mężczyzna usłyszał zarzuty współżycia seksualnego oraz dokonania innych czynności seksualnych z osobą małoletnią poniżej 15 roku życia, a także nadużycia zaufania wynikającego z pełnionej funkcji kapłana katolickiego. Nie postawiono mu zarzutu w związku z nakłonieniem nastolatki do aborcji. Częściowo przyznał się do stawianych zarzutów. Zaprzeczył jednak biciu ofiary oraz temu, że działał zgodnie z zamierzonym wcześniej planem.
W lutym 2009 r. stargardzki sąd skazał Romana B. na osiem lat więzienia i pięć lat zakazu wykonywania zawodu pedagoga. Zgodnie z tym wyrokiem powinien zakończyć odbywanie kary w 2016 r. Umożliwiłoby to także zastosowanie wobec niego tzw. ustawy o bestiach (ustawa z 22 listopada 2013 r. o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób). Oznacza to, że po odsiedzeniu wyroku mógłby trafić do Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, gdyby biegli uznali, że nadal stanowi zagrożenie.
Taki scenariusz jednak się nie spełnił, ponieważ pedofil odwołał się od wyroku i w 2010 r. odbyła się kolejna rozprawa, na której doszło do kuriozalnego złagodzenia kary dla groźnego przestępcy. Sędzia Halina Waluś dopatrzyła się okoliczności łagodzącej w opinii psychiatrów, którzy orzekli, że oskarżony ma ograniczoną zdolność kierowania swoim postępowaniem. Wyrok zmniejszono do 4,5 roku pozbawienia wolności, przy czym zdecydowano się zaliczyć na poczet kary dwa lata, które dotychczas spędził w więzieniu. Umożliwiło mu to opuszczenie zakładu karnego już w 2012 r.
Po wyjściu na wolność trafił pod skrzydła swojego macierzystego zgromadzenia Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. Ówczesny generał zgromadzenia ks. Tomasz Sielicki nie widział etycznego problemu w tym, że skompromitowany tak haniebnymi czynami człowiek nadal może pełnić posługę kapłańską: „W więzieniu Roman B.(...) rozpoczął proces naprawiania winy przez pokorną służbę. Obecnie posługuje w Puszczykowie starszym współbraciom i jest przez nich wysoko ceniony. Może odprawiać msze święte. Wspólnota zakonna, przy wsparciu przełożonych, jest dla niego nieodzownym wsparciem w utrwalaniu przemiany i dążeniu ku dobremu'' – pisał w liście skierowanym do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary.
Zakon zaoferował także skromne odszkodowanie zdruzgotanej psychicznie ofierze, wystarczające na pokrycie kosztów niezbędnej terapii.
Katarzyna jednak odrzuciła taką propozycję, uznając ją za niewspółmierną do doznanej krzywdy. Lekarze zdiagnozowali u niej zespół stresu pourazowego i zespół depresyjny z objawami psychotycznymi. Czterokrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Zdecydowała się na mozolną i ciężką drogę sądową. Złożyła pozew cywilny do Sądu Okręgowego w Poznaniu (tu swoją siedzibę mają chrystusowcy) przeciwko dwóm podmiotom: Towarzystwu Chrystusowemu i Domowi Zakonnemu Towarzystwa Chrystusowego.
Powołała się na art. 430 kodeksu cywilnego, regulujący zakres odpowiedzialności zwierzchnika za podwładnego: „Kto na własny rachunek powierza wykonanie czynności osobie, która przy wykonywaniu tej czynności podlega jego kierownictwu i ma obowiązek stosować się do jego wskazówek, ten jest odpowiedzialny za szkodę wyrządzoną z winy tej osoby przy wykonywaniu powierzonej jej czynności''.
Sędzia Anna Łosik musiała zdecydować, czy zaistniałe okoliczności wypełniają wymienione w artykule znamiona. Doszła do wniosku, że skoro ksiądz poznał dziecko na lekcji religii przy okazji wykonywania pracy, a czynów zabronionych dopuszczał się także m.in. na plebanii i w domach pielgrzyma, czyli w „miejscach służbowych'', to rzeczywiście powódka ma podstawy prawne powołać się na ten artykuł.
Wyrok, który zapadł na początku 2018 r., nakazał pozwanym wypłacenie ofierze zadośćuczynienia w wysokości jednego miliona złotych oraz comiesięcznej, dożywotniej renty w wysokości 800 zł. „Gdyby nie uczył religii, gdyby nie był księdzem, to do jego spotkania z pokrzywdzoną w ogóle nie doszłoby. Gdyby nie wykorzystał swojej funkcji księdza do zdobycia zaufania pokrzywdzonej, szkoda nie zostałaby wyrządzona" – podkreśliła sędzia w uzasadnieniu wyroku.
Na własną odpowiedzialność
Pełnomocnik pozwanych złożył apelację do Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, który w październiku 2018 r. utrzymał powyższy wyrok w mocy. Ostatnią deską ratunku dla chrystusowców i zakonu było prawo do złożenia skargi kasacyjnej, z którego skwapliwie skorzystali. Wywołało to duże oburzenie opinii publicznej, którego rezultatem było wręczenie rzecznikowi zakonu petycji o wycofanie środka zaskarżenia. Wyjaśnił on jednak, że „podstawą złożenia skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego jest sprawa odpowiedzialności zbiorowej. Były ksiądz, popełniając osądzone już przez wymiar sprawiedliwości czyny niedozwolone, działał wbrew regułom prawa zakonnego, łamiąc znane mu zasady nie tylko prawne, ale i moralne. Działał więc na swoją własną odpowiedzialność. Los ofiary Romana B. nie jest nam obojętny. Jednocześnie podkreślamy, że żadne nasze działanie w jakimkolwiek stopniu nie jest w nią wymierzone (...)Uważamy jednak, że przypisywanie innym osobom i całej instytucji nieudowodnionego współudziału w popełnianiu czynów niedozwolonych jest nadużyciem''. ?Tym samym mężczyzna zaznaczył, że głównej kontrowersji nie stanowi dla chrystusowców wysokość odszkodowania, ale wątpliwość, czy przy wydawaniu zapadłego wyroku nie doszło do naruszenia prawa poprzez błędną jego wykładnię lub niewłaściwe zastosowanie.
Trauma pozostanie
Pozwani wypłacili powódce zasądzone zadośćuczynienie już po przegranej apelacji, ale kobieta nie mogła korzystać z tych środków aż do czasu rozstrzygnięcia skargi kasacyjnej. Jednocześnie dopiero wówczas władze zakonne wydały dekret o usunięciu Romana B. ze zgromadzenia. Długą procedurę procesu kanonicznego tłumaczono wymogami formalnymi. Ze stanu duchownego sprawca został wydalony wcześniej, dekretem z grudnia 2017 r., wkrótce po nagłośnieniu sprawy przez reporterkę Justynę Kopińską. Nie wiadomo, gdzie obecnie znajduje się przestępca.
31 marca 2020 r. Sąd Najwyższy na posiedzeniu niejawnym w Izbie Cywilnej orzeczeniem oddalił (częściowo odrzucił) dwie skargi kasacyjne złożone przez dom zakonny i zgromadzenie chrystusowców. Oznacza to, że w mocy pozostają konsekwencje wynikające z wyroków Sądu Okręgowego w Poznaniu i Sądu Apelacyjnego w Poznaniu. Pokrzywdzona nie musi zwracać kwoty zadośćuczynienia, jakie uzyskała na mocy wspomnianych wyroków.
Jest to orzeczenie bezprecedensowe, gdyż nie dość, że po raz pierwszy uznano odpowiedzialność cywilną instytucji kościelnej za działania jej funkcjonariusza, to jeszcze Katarzyna uzyskała najwyższe w historii naszego kraju zadośćuczynienie za wykorzystywanie seksualne przez duchownego. I chociaż zapewne żadna kwota pieniędzy nie zrekompensuje jej traumatycznych cierpień, to usatysfakcjonowana wynikiem rozprawy, wyraziła nadzieję, że ta decyzja Sądu Najwyższego „nie tylko otworzy furtkę do walki o sprawiedliwość innym ofiarom, ale również skończy się bezkarność tych, którzy pod płaszczykiem Boga i dobra niszczą dziecięce życia".