Rzecz o prawie

Łaciny nie znaja politycy i dziennikarze

Wikipedia
Oburza mnie, a niekiedy i śmieszy, nie sama nieznajomość łaciny wśród prawie wszystkich polityków i wielu dziennikarzy, lecz intencja jej używania połączona z przekonaniem, że „ciemny lud wszystko kupi” – pisze Stanisław Gurgul.

Nie wyrażam zgody na „beneficjenta", choć – według słownikowego sensu – jest to ktoś, kto „czyni dobro" (scilicet, przynosi nam korzyść).

Niniejszym ogłaszam permanentną krucjatę przeciwko nadużywaniu i okaleczaniu łaciny przez (prawie wszystkich) polityków i (znaczną liczbę) dziennikarzy.

Wstyd i kompromitacja

W swoim dziele o teorii wymowy „De optimo genere oratorum. Partitiones oratoriae" słynny orator, prawnik i polityk rzymski M. T. Cicero (żył w latach 106–43 przed Chrystusem) napisał: „Non tam praeclarum est Latine scire, quam turpe nescire", co w dość wiernym tłumaczeniu znaczy: „Znajomość łaciny może nie jest przedmiotem chluby, jednak jej nieznajomość przynosi wstyd". Wstyd, a nawet kompromitację osób ze środowisk opiniotwórczych, również w czasie i miejscu, w którym żyjemy, ponieważ naszą europejską tożsamość kulturową i cywilizacyjną ukształtowały i kształtują w dalszym ciągu trzy czynniki, którymi są:

a) etyka judeochrześcijańska z jej zasadą wolnej woli,

b) personalistyczna filozofia grecka z jej słynnym twierdzeniem Protagorasa z Abdery „człowiek jest miarą wszech rzeczy" (omnium rerum modus et mensura homo est) oraz

c) prawo rzymskie (a więc łacina) z jego niezliczonymi, honorowanymi również współcześnie, regułami, w tym odnoszącą się do prawa i moralności wiekopomną sentencję D. Ulpiana (żył w latach 170–223), zalecającą honeste vivere, neminem laedere, suum cuique tribuere (żyć godnie, nikogo nie krzywdzić, oddawać każdemu, co mu się należy).

„Ujmując tę myśl skrótowo, można by mówić o trzech wzgórzach, symbolicznie wyrażających oddziaływanie antycznego dziedzictwa: ateńskim Akropolu, rzymskim Kapitolu i jerozolimskiej Kalwarii" (tak A. Dębiński [w:] K. Burczak, A. Dębiński i M. Jońca, „Łacińskie sentencje i powiedzenia prawnicze", Warszawa 2007, s. VII).

Pisząc o (nie)znajomości łaciny, czynię to cum ira sed sine studio (trawestacja motta P.C. Tacyta do jego dzieła Annales – Roczniki), co znaczy „z irytacją, a nawet gniewem, ale bez uprzedzeń". Jeśli chodzi o „ira", wywołuje ją mocne przekonanie, że w szczególności politycy cytują popularne sentencje łacińskie, by stworzyć wrażenie, że są ludźmi głęboko wykształconymi (poliglotami) i o szerokich horyzontach myślowych. Motywacja ta – według mnie – łączy się także z żywioną przez polityków wiarą, że „ciemny lud wszystko kupi" i nie zauważy ewentualnych błędów. W „ludzie" tym są jednak jeszcze ludzie, którzy „umieją poloneza wodzić" (tzn. uczyli się łaciny, a nawet greki) i nie chcą być „wodzeni za nos" i obrażani w ten sposób przez niedouczonych prestidigitatorów z tzw. klasy politycznej, a także medialnej.

W tym kontekście warto sobie uzmysłowić, że w dziejach nowożytnych wielkie idee (myśli, hasła) polityczno-społeczne wyraża się bardzo często przy użyciu łaciny, przede wszystkim dla nadania im wzniosłości, splendoru etc., a także dla uzyskania efektu zwięzłości i jasności.

Spośród niezliczonych przykładów należy wymienić:

- w 1679 r. Parlament Anglii uchwalił „Habeas Corpus Act" gwarantujący każdemu obywatelowi nietykalność osobistą („abyś miał ciało") i jej sądową ochronę (akt brzeski Władysława Jagiełły „neminem captivabimus nisi iure victum" gwarantował to, wbrew swemu tytułowi, tylko osiadłej szlachcie).

- Dewizę Stanów Zjednoczonych A.P., przyjętą przez Kongres w 1782 r., w brzmieniu „e pluribus unum" (z bardzo wielu – jedno). W otoku pieczęci prezydenta Stanów zamieszczono napis „viribus unitis" (wspólnymi siłami). Drugie z tych wyrażeń przyjął w 1849 r. jako dewizę swego panowania Franciszek Józef I Habsburg; wiąże się z tym zabawne wydarzenie, które Norman Davies opisał następująco: „W latach osiemdziesiątych XIX w., gdy cesarz po raz drugi objeżdżał ziemie Galicji i Lodomerii, stację kolejową w Bochni ozdobiono transparentem z napisem  VIRIBUS UNITIS. Mocujący napis robotnicy nie zauważyli jednak, że wisi on bezpośrednio nad dworcowymi toaletami z napisem «Panie i Panowie». Całe przesłanie brzmiało zatem: «Wspólnymi siłami, panie i panowie» („Zaginione królestwa", Kraków 2010, s. 439–440).

- Na Pałacu Sprawiedliwości w Hadze widnieje napis: „Si vis pacem, cole iustitiam" (jeśli chcesz pokoju, pielęgnuj sprawiedliwość, w auli Collegium Novum UJ – napis „plus ratio quam vis" (więcej znaczy myślenie/rozum niż siła), a na budynku Sądu Najwyższego – aż 86 inskrypcji, z których za najbardziej zwięzłą, a jednocześnie najgłębszą, uznałbym definicję prawa wyrażoną przez P. I. Celsusa (żył w latach ok. 75 – ok. 140) słowami „ius est ars boni et aequi" (prawo jest sztuką czynienia tego, co dobre i słuszne),

- Na sesji Parlamentu Europejskiego odbytej 4 maja 2000 r. przyjęto dewizę Unii Europejskiej w brzmieniu „In varietate concordia", co w oficjalnym tłumaczeniu na język polski znaczy „zjednoczeni w różnorodności" (według mnie lepiej „zgoda/jedność w różnorodności").

Audi i horch

W języku łacińskim sformułowano także wiele nazw produktów przemysłowych, w tym zwłaszcza samochodów i motocykli (nazwami zapożyczonymi z łaciny opatrzone są prawie wszystkie samochody firmy Toyota, poczynając od yarisa, kończąc na lexusie). Ciekawostkę stanowi tu nazwa Audi, która powstała poprzez wierne przetłumaczenie nazwiska Horch (był to niemiecki producent samochodów z początku XX w.) znaczącego „słuchaj" („audi" i „horch" to tryb rozkazujący od „audire" i „horchen", mających znaczenie „słuchać, być posłusznym").

Beneficjent

Wypowiedzi (prawie wszystkich) polityków i (znacznej liczby) dziennikarzy, zawierające wyrażenia z łaciny, wywołują u mnie ból zębów zwłaszcza wtedy, gdy słyszę „beneficjent" na oznaczenie kogoś, kto odnosi korzyść z czyjegoś zachowania, oraz „nie uzyskaliśmy (nie zbudowaliśmy, nie ma) konsensusu" w jakiejś sprawie. W pierwszym przypadku chodzi o to, że według reguł znaczeniowych języka polskiego (a także niemieckiego i angielskiego), opartych w pełni na regułach gramatycznych łaciny, wyrażenie „beneficjent" (w niemieckim „Benefiziär", a w angielskim „beneficiary") oznacza dobroczyńcę, czyli osobę czyniącą dobro (łaskę, uprzejmość, przysługę, tj. beneficium), osoba zaś korzystająca z tego dobra nosi miano „beneficjariusza" (zob. „Słownik współczesnego języka polskiego" pod red. B. Dunaja, tom 1, Warszawa 1999, s. 46, „Nowy słownik poprawnej polszczyzny" pod red. A. Markowskiego, Warszawa 2003, s. 50 oraz „Słownik łacińsko-polski", PWN Warszawa 1982, s. 66; por. także „Wielki słownik niemiecko-polski", Warszawa 1969, tom I, s. 289). Uzasadniając szerzej to stanowisko, przedstawię następujący ciąg wyrażeń, stosowanych powszechnie w języku prawnym i prawniczym:

1) pozwolenie, ustępstwo – concessio, skąd koncedent i koncesjonariusz,

2) przelew prawa – cessio, skąd cedent i cesjonariusz,

3) powiernictwo – fiducia, skąd fiducjent i fiducjariusz,

4) przechowanie – depositum, skąd deponent i depozytariusz,

5) przelew prawa z wekslu lub czeku – indos, skąd indosant i indosatariusz,

6) zlecenie – mandatum, skąd mandant i mandatariusz,

7) pożyczka – mutuum, skąd mutuant i mutuariusz,

8) darowizna – donatio, skąd donator i donatariusz,

9) użyczenie – commodatum, skąd komodant i komodatariusz,

10) wydanie lub wysłanie – emissio, skąd emitent i emisariusz,

11) skład konsygnacyjny – consignatio, skąd konsygnator i konsygnatariusz,

12) wierzytelność, kredyt – creditum, skąd kredytodawca i kredytariusz – kredytobiorca.

Wynika z tego, że wyrazy z przyrostkiem (sufiksem) „-ent" lub „-ant" oraz „-or" identyfikują osobę, która dokonuje oznaczonego świadczenia (zwykle ustanowienia lub przeniesienia prawa) na rzecz drugiej osoby, która jako odbiorca owego świadczenia określona zostaje przy użyciu wyrażenia zawierającego w każdym przypadku przyrostek „-ariusz".

Stanowiska tego nie osłabia okoliczność, że w treści art. 81 ust. 3 prawa bankowego oraz art. 385 pkt 168 projektu ustawy o zmianie prawa upadłościowego i naprawczego osobę korzystającą z danej czynności określa się mianem „beneficjenta", ponieważ ustawodawca może wiążąco ustanawiać tylko reguły normatywne, a nie językowe (złośliwie powinno się tu powiedzieć: disce, legislator, Latine oraz poprawnej polszczyzny). Co się tyczy „konsensusu", należy wyjaśnić, że w odmianie rzeczownika „consensus" (rodzaj męski, IV deklinacja), nie ma w żadnym z sześciu przypadków końcówki „susu". Krytykowane wyrażenie może mieć tylko brzmienie „nie uzyskaliśmy konsensu", co powinna przesądzać ostatecznie reguła „nihil novi sine communi consensu" (nic nowego bez wspólnej zgody) będąca potoczną nazwą tzw. konstytucji radomskiej z 1505 r., która uważana jest za źródło parlamentaryzmu w Rzeczypospolitej szlacheckiej. Warto tu też zauważyć, że wyraz „consensus" składa się z dwóch członów: „con" i „sensus", z których drugi występuje powszechnie tylko z końcówką „su" (nie ma sensu, pozbawiony sensu, mówi bez sensu itd.).

Śladami Don Kichota

Dalsze charakterystyczne przykłady zjawiska, z którym zamierzam walczyć, choćby mi przyszło mieć skuteczność Don Kichota z La Manczy, dotyczą ostatnich wydarzeń. A mianowicie:

1) W związku z mianowaniem nowych członków PKW usłyszałem z ust kilku osób (w tym dwóch uroczych dziennikarek), że potrzebna jest do tego, oprócz podpisu prezydenta, także „kontr-asygnata" (z taką cezurą wymawiano ów wyraz) premiera. Nie ma takiego wyrazu ani w słowniku łacińskim, ani w polskim, jest natomiast wyraz „kontra-sygnata), którego znaczenie tłumaczy się właściwie samo przez się (z ostrożności jednak wyjaśniam, że polska „sygnata" pochodzi od łacińskiego „signum", co znaczy „znak, podpis, pieczęć, hasło etc.).

2) Pewien minister powiedział „habemus praesidentum" po wyborze pana premiera Tuska na odpowiednie stanowisko w Unii Europejskiej; oczywiście, poprawna tu jest forma „praesidentem".

3) Szczególne zasługi w omawianej kwestii ma pewien znany polityk, taki – sit venia verbo – polski M. P. Cato(nik), który w swej wysokointeligenckiej łaskawości obsypuje nas kwiatkami językowymi (nie utożsamiać z biało-czerwonymi różami) w rodzaju: a) „pierwsza alternatywa" (chciałbym pogłębić znajomość logiki nazw i zdań i usłyszeć wyjaśnienie, jak należy rozumieć np. „czwartą alternatywę"), b) „dyfamacja", co miałoby znaczyć „okrycie hańbą, zniesławienie", podczas gdy według słownika łacińsko-polskiego wyrażenie to znaczy „rozgłoszenie, rozsławienie" (intencji polityka odpowiada natomiast znane wyrażenie „infamia", c) „is facit eni prodest", przez co ów polityk – Cato(nik) chciał powiedzieć, że ten popełnił (przestępstwo – scelum), kto miał w tym interes; otóż, wyrażenie to powinno mieć brzmienie „is fecit... (a nie facit), ponieważ chodzi tu o czas przeszły dokonany (perfectum), a przede wszystkim jest to prostackie rozumienie  tego wyrażenia, niezgodne z literackim pierwowzorem (L. A. Seneca Minor, tragedia  „Medea", wiersz 500) i regułami prawa rzymskiego.

4) Jeden z posłów z lubością mówi „sensu stricte" (może być albo „sensu stricto" albo samo „stricte"), większość zaś akcentuje – błędnie – wyraz „hipoteka" na trzeciej sylabie od końca (akcent proparoksytoniczny) zamiast – prawidłowo – na drugiej (akcent paroksytoniczny).

Konkludując, oburza mnie (a niekiedy i śmieszy) nie sama nieznajomość łaciny wśród (prawie wszystkich) polityków i (znacznej liczby) dziennikarzy, lecz intencja jej używania połączona z przekonaniem, że „ciemny lud wszystko kupi".

Autor jest sędzią Sądu Apelacyjnego w stanie spoczynku

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL