fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Polityczni szalikowcy

Donald Tusk
Donald Tusk wraz z przedstawicielami PO podczas spotkania z wyboracami w Szczecinie
PAP, Marcin Bielecki
Futbolowe rozgrywki pozwalają lepiej rozumieć politykę.

Kończące się mistrzostwa Europy w piłce nożnej są doskonałą okazją do lepszego zrozumienia... polityki. Konkretnie zachowań społecznych. A jeszcze precyzyjniej rzecz ujmując – do uchwycenia sposobu myślenia tzw. żelaznych elektoratów partyjnych.

Analogie między reakcjami kibicowskimi a tymi, które charakteryzują betonowych zwolenników poszczególnych ugrupowań politycznych, są narzucające się. Kibic jest ze swoją drużyną na dobre i na złe – bez względu na to, czy gra ona dobrze czy źle, czy odnosi sukcesy czy porażki, czy jej zawodnicy grają fair czy też bezustannie faulują. Kibic nie pyta, co jego zespół może dla niego zrobić, lecz jak on może pomóc swoim ulubieńcom. Niczego nie żąda od graczy prócz tego, by mógł trzymać za nich kciuki i wiernie przy nich trwać. Żadna przegrana, żaden skandal, żadna upokarzająca klęska nie są w stanie osłabić jego żaru i wierności. Będzie wydawał własne pieniądze i poświęcał swój wolny czas, byleby tylko milionerzy, którym kibicuje, mogli odgrywać dla niego spektakl dający mu poczucie przynależności do grupy, solidarności z innymi, sensu życia.

Twardy ślepy wyborca

Dokładnie tak myślą wierni wyborcy – wszystko są w stanie wybaczyć swojej ulubionej partii, niczego od niej w zasadzie nie wymagając. Są lojalni, nie widzą jej błędów – a jeśli je dostrzegają, to szybko znajdują w sobie wolę wybaczenia i dalszego trwania przy swej miłości. Oddadzą życie za swoich liderów, którzy dzięki temu osiągają wysoką pozycję społeczną i pokaźne zyski. Nie ma właściwie takiej rzeczy czy wydarzenia, które mogłyby osłabić ich chęć dalszego wspierania ukochanej formacji. W wierności jej przywódcom widzą sens swojego życia.

W obu przypadkach o tej postawie rozstrzygają podobne mechanizmy kognitywne i ewolucyjne. I tu już od lekkiej tezy publicystycznej warto przejść do nieco przynajmniej unaukowionego wywodu. Zacznijmy od procesów poznawczych – jest wiele eksperymentów obrazujących wykrzywienie procesów postrzegania rzeczywistości w zależności od kontekstu czy od woli poszczególnej osoby. Widzimy to, co chcemy zobaczyć, lub to, czego się spodziewamy. Potrafimy czytać płynnie teksty, w których brakuje wielu liter, bo...oczekujemy, że tam będą; widzimy świat jako płynny film, podczas gdy jest to złudzenie, które jest wynikiem pracy naszego mózgu; nasz węch może rozpoznawać zapachy jako miłe lub niemiłe w zależności od tego, czego się spodziewa i w jakim kontekście zostaną one nam zaprezentowane.

To dlatego kibic naprawdę nie widzi faulu dokonanego przez „swojego" zawodnika, a widzi spalonego w sytuacji, gdy jego drużyna traci bramkę. To nie jest tak, że on udaje, iż pewnych rzeczy nie dostrzega. Jego mózg (bo przecież to on, a nie oczy, dokonuje procesu „widzenia") naprawdę podpowiada mu to, co uznaje on za rzeczywiste, a co zdeterminowane jest przez jego emocje. Bo to one w znacznym stopniu rozstrzygają o tym, co jest dla nas realne, a co nie. To dlatego żart opowiedziany przez naszego przyjaciela uznajemy za bardzo śmieszny, a ten sam dowcip w ustach kogoś nam niemiłego ocenimy jako żałosny i mało zabawny.

To także powód, dla którego żelazny wyborca naprawdę nie widzi tego, co jest sprzeczne z jego wcześniejszymi założeniami oraz aktualnymi emocjami. Pomijam już oczywisty i często opisywany efekt baniek informacyjnych i „echo-chambers", portali społecznościowych, pracy algorytmów GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple), które zbliżają nas tylko do tych, których rozpoznają jako nam podobnych, i innych zjawisk czyniących inaczej od nas myślących „niewidocznymi". Chodzi mi w tym momencie o pokazanie kognitywnego skrzywienia poznawczego, które powoduje, że widzimy nie rzeczywistość, lecz to, co za rzeczywistość chcemy uznawać.

Przynależność grupowa

Rola emocji w konstruowaniu obrazu świata jest coraz lepiej rozpoznawana przez neurobiologów i bardzo dobrze tłumaczy wspólne błędy poznawcze zarówno u kibiców, jak i u żelaznych elektoratów partyjnych. Zafałszowania realności, których dokonują, nie są czymś dziwacznym i niespotykanym. Przeciwnie – są bardzo naturalne i powszechne. Oraz coraz lepiej przez świat nauki tłumaczone i rozumiane. Nie znaczy to, że należy się na nie godzić i im ulegać – chodzi raczej o pojęcie ich istoty i, ewentualne, przeciwdziałanie ich zgubnym skutkom.

Jak już napisałem, drugim sposobem wyjaśnienia analogii między postawą kibica i wiernego wyborcy są zachowania ewolucyjne. W naszej człowieczej i przedczłowieczej historii najważniejsza była przynależność do grupy. Od tego zależało nasze przetrwanie oraz przekazanie genotypu. Osobniki nieuspołecznione, nieodnajdujące się we wspólnocie, były z niej wyrzucane i ginęły, nie pozostawiając po sobie potomstwa. Mówiąc krótko – wszyscy jesteśmy prawnukami tych hominidów, które potrafiły znaleźć swoje miejsce w stadzie, a nie tych, które nie chciały z nim współpracować.

Jesteśmy „grupolubni" (termin J. Haidta) – wspólnota jest dla nas wartością samą w sobie, bo mamy wkodowane, iż przynależność do niej jest konieczna do przeżycia. Bez względu na to, czy dotyczyło to australopiteków, homo erectus, neandertalczyków czy nas, czyli Homo sapiens, każdy członek tych społeczności „rozumiał", że bycie częścią większej wspólnoty jest warunkiem przetrwania. Wspólnota może być definiowana różnie (jako plemię, ród, rodzina, naród, gang, partia, klub sportowy), ale dla każdego człowieka od momentu pojawienia się naszego rodzaju na Ziemi (czyli jakieś dwa i pół, trzy miliony lat temu) było jasne, że za przynależność do grupy warto zapłacić każdą cenę. Także bycia w niej na poślednim miejscu – to i tak ewolucyjnie było bardziej opłacalne niż samotność.

Dopaminowy strzał

Nasz mózg „lubi" wspólnotę. Dostarcza nam neuroprzekaźników wówczas, gdy jesteśmy jej częścią. „Zachęca" nas do tego, byśmy szukali innych i znajdowali swoją grupę. I dokładnie ten mechanizm działa w przypadku zarówno kibiców piłkarskich, jak i wyborców partii politycznych. Odczuwają dokładnie ten sam „dopaminowy strzał", zarówno gdy ryczą stadionową pieśń, jak i wówczas, gdy śpiewają hymn narodowy na partyjnym zjeździe; tak samo są szczęśliwi, nakładając barwy klubowe lub malując policzki w narodowe barwy, jak i wtedy, gdy noszą wpięty w klapę partyjny znaczek; odczuwają identyczną niechęć do przeciwników – bez względu na to, czy są nimi zawodnicy innego klubu/reprezentacji narodowej, czy też zwolennicy innej formacji politycznej.

Z tego właśnie powodu warto obserwować futbolowe mistrzostwa Europy. Nie tylko dla podziwiania sportowych wyczynów piłkarzy, ale także dlatego, żeby lepiej rozumieć politykę. Również polską politykę.

Autor jest politologiem, profesorem Uniwersytetu Śląskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA