fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Wielka koalicja nie ma sensu

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Wiara w to, że poszerzanie obecnej KE pomoże opozycji pokonać PiS, to zaklinanie rzeczywistości.

Prawa i Sprawiedliwości nie da się pokonać. Można mu, co najwyżej, uniemożliwić samodzielne rządzenie.

Taki wniosek powinni wyciągnąć liderzy opozycji z wyborów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli bowiem w tym najłatwiejszym dla siebie starciu zostali pokonani siedmioma punktami procentowymi, to znaczy, że w elekcji parlamentarnej, gdy frekwencja będzie oscylować wokół 60 proc., ich klęska jest oczywista. Wówczas do lokali wyborczych udadzą się bowiem ci, którzy w poprzednią niedzielę zostali w domach, uznając, że wybory nie za bardzo ich obchodzą. Kim oni są? Raczej wywodzą się z mniejszych ośrodków miejskich i ze wsi, mają niższy status wykształceniowy i materialny. Nie trzeba być profesorem politologii, by odgadnąć, na kogo jesienią oddadzą swój głos.

Duopol wzmacnia PiS

Liderzy opozycji muszą zatem zrozumieć, że dokładanie kolejnych partii i partyjek do Koalicji Europejskiej niczego nie da. Za pół roku to PiS będzie miało większy potencjał mobilizacyjny i to raczej jego wyborcy będą bardziej zdeterminowani, by bronić zdobyczy socjalnych, które zawdzięczają obecnej władzy – programu 500+, 13. emerytury, obniżenia wieku jej uzyskiwania itp. O ile mogli zostać w domach 26 maja, o tyle na pewno pofatygują się do lokali wyborczych jesienią.

Powtórzmy: PiS-u nie da się pokonać, można jedynie uniemożliwić mu zdobycie ponad 231 mandatów. Jak można osiągnąć ten efekt? Debipolaryzując scenę polityczną. Pod tym nieco pokracznym terminem należy rozumieć rezygnację z tworzenia na siłę jednej koalicji, która będzie zasysać wszystko, co „niepisowskie". Takie działanie jedynie wzmacnia PiS i niemal gwarantuje mu większość bezwzględną w nowym Sejmie (gdyby wyniki wyborów do PE przełożyć na podział mandatów na Wiejskiej, oznaczałoby to, że partia Kaczyńskiego zajęłaby w nim ponad 250 miejsc).

Zresztą już padły pierwsze deklaracje, że część opozycji myśli o samodzielnym starcie – dotyczy to dwóch ważnych graczy, czyli Wiosny oraz PSL. Zatem nawet gdyby ktoś miał niezbite dowody na to, że tworzenie jednej, wielkiej opozycyjnej listy ma sens, to rzeczywistość polityczna, strategie poszczególnych partii oraz kalkulacje liderów upominają się o swoje.

Ale to wcale nie oznacza, że PiS może być pewne kontynuacji swych rządów. Przypomnijmy bowiem, że w 2007 roku PO zdeklasowała rywali, zdobywając 41,5 proc. głosów, ale uzyskała dzięki temu tylko 45,4 proc. miejsc w Sejmie i musiała doprosić PSL do rządzenia. Podobnie może być i teraz – na PiS nie ma siły i z wielkim prawdopodobieństwem wygra jesienne starcie, ale nie musi to oznaczać samodzielnych rządów. A nawet więcej – może się to skończyć koniecznością przejścia do opozycji, jeśli pozostałe partie utworzą wspólny gabinet, którego głównym zadaniem będzie odsunięcie partii Kaczyńskiego od władzy. By jednak tak się stało, poszczególne partie/koalicje muszą pójść po swoich wyborców, a nie dusić się na wspólnej liście.

Optymalnym dla opozycji scenariuszem jest ten, w którym Grzegorz Schetyna nadal przewodzi KE, z PO na czele, i mniejszymi partiami sojuszniczymi. Taki blok ma szansę na 25 proc. poparcia społecznego (czyli tyle, ile samodzielna PO uzyskała w 2015 roku). Może nawet więcej. Oprócz tego PSL musi się usamodzielnić i pójść w kierunku swoich tradycyjnych wyborców, których irytował w ostatniej kampanii zbytni progresywizm KE. To szansa na odebranie tych wyborców PiS, któremu ostatnio zbyt wygodnie stało się w centrum sceny politycznej. Taki chadecki blok, ukonstytuowany wokół PSL, miałby szansę na 7–8 proc.

Podobnie jak blok lewicowy, który zresztą najtrudniej chyba byłoby zbudować. Ciężko bowiem wyobrazić sobie współpracę między Biedroniem, Czarzastym a Zandbergiem, ale przecież, po pierwsze, jest to możliwe, jeśli do wszystkich dżentelmenów dotrze jej konieczność, a po drugie, nie jest ona zupełnie niezbędna. Jeśli SLD wolałby pozostać z KE, to wokół Wiosny mogłyby zacząć orbitować inne środowiska, stowarzyszenia, NGO o proweniencji lewicowej (np. Zieloni). Wszak lewicowy elektorat nie wyparował z Polski w ciągu ostatniej dekady. Warto byłoby stworzyć dla niego ciekawą propozycję programową i personalną. Wymagałoby to od liderów wyobraźni i odwagi, ale jeszcze nie otrzymaliśmy ostatecznego potwierdzenia, że ich nie mają.

Wyborcze fatum nad ekipą Korwina?

Nie można też zapominać o Konfederacji. Gdyby w ostatniej elekcji do PE uzyskała nieco ponad 60 tysięcy więcej głosów, uczestniczyłaby w podziale mandatów. Sytuacja z poprzedniej niedzieli przypomina tę z wyborów do Sejmu w 2015 roku, gdy formacji, której przewodził Janusz Korwin-Mikke, zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów, by osiągnąć próg wyborczy. Czyżby nad drużyną kontrowersyjnego polityka wisiało wyborcze fatum? A może do trzech razy sztuka? Sforsowanie przez Konfederację 5-procentowej klauzuli zaporowej wydaje się całkiem realne, zwłaszcza w obliczu zadyszki Kukiz'15. Być może część środowisk związanych dotychczas z tym parlamentarnym aktorem zainteresuje się dającą widoki na lepsze jutro Konfederacją. Mogłoby się wydawać, że scenariusz, w którym Konfederacja wchodzi do Sejmu, jest atrakcyjny dla PiS. W rzeczywistości wcale tak być nie musi, wszak jeśli Konfederacja może komuś odebrać wyborców, to najbardziej prawdopodobne jest to, że Prawu i Sprawiedliwości.

Liderzy opozycji powinni zatem zrezygnować z koncepcji budowania anty-PiS-u, która w wyborach do Parlamentu Europejskiego nie przyniosła zakładanych efektów. O wiele więcej korzyści może przynieść wspomniana strategia debipolaryzacji sceny politycznej, gdyż dwublokowość, jak widać, służy PiS-owi.

Dominująca pozycja tego ugrupowania nie jest obecnie przez nikogo kwestionowana, ale jego siła wynika także ze słabości innych. Obowiązujący w Polsce system wyborczy dobitnie to potwierdza. Wszak beneficjentem strat ponoszonych przez najsłabsze ugrupowania jest przede wszystkim najsilniejsza w danym czasie formacja. Zatem im więcej głosów zostanie zmarnowanych (oddanych na komitety, które nie osiągną progu wyborczego), tym większe korzyści odniesie PiS, zdobywając procentowo o wiele więcej mandatów niż głosów. Z kolei im więcej ugrupowań weźmie udział w podziale sejmowego tortu, tym bardziej zbliżony do ideału proporcjonalności będzie wynik wyborów.

Uzyskanie przez PiS jesienią ponad 40-procentowego poparcia wcale nie musi oznaczać, że zdobędzie bezwzględną większość mandatów w Sejmie. Warunek jest jednak taki, że, poza okrojoną KE, swoich przedstawicieli na Wiejską wprowadzi kilka innych podmiotów startujących pod szyldami: PSL, SLD, Wiosny czy Konfederacji. Konsekwencją wspomnianej debipolaryzacji sceny parlamentarnej może być zatem jej pluralizacja. To zaś oznacza zmniejszenie liczby głosów zmarnowanych.

PiS z Konfederacją lub ludowcami

Przypomnijmy, w 2015 roku PiS zdobyło poparcie nieco ponad 37 proc. głosujących, a przełożyło się to na ponad 50 proc. mandatów poselskich. Jednym z powodów tego był fakt, że prawie 17 proc. głosów oddano na ugrupowania, które nie osiągnęły klauzuli zaporowej. Nakreślony wyżej scenariusz przewiduje zaś, że „zagospodarowane" byłoby ponad 90 proc. głosów (przykładowo w 2007 roku było to 95,68 proc.), a wtedy ponad czterdziestoparoprocentowe poparcie może nie zapewnić większości bezwzględnej w Sejmie.

Czy jest to możliwe? Wiele zależy od liderów opozycji, którzy przede wszystkim muszą odpowiedzieć sobie na pytanie o zasadniczy cel, jaki zamierzają osiągnąć. O ile w demokracji większościowej pierwszy na mecie zawsze jest zwycięzcą, o tyle w modelu proporcjonalnym wcale tak być nie musi, a rywalizacja na poziomie wyborczym nie przekreśla współpracy na poziomie parlamentarnym czy nawet gabinetowym.

Jakie są wnioski z powyższych rozważań? Możliwe jest takie rozłożenie głosów w wyborach, nawet przy obowiązywaniu metody d'Hondta, że PiS będzie musiało dobierać sobie koalicjanta. W najgorszym wypadku byłyby to połączone siły Konfederacji i Kukiz'15. Dla Polski mogłyby się okazać katastrofalne, ale dla dzisiejszej opozycji zbawienne – szybciej bowiem władza by się kompromitowała i korodowała, dając nadzieję na przedterminowe wybory i prawie gwarantując zwycięstwo w 2023 roku.

W scenariuszu nieco bardziej optymistycznym współkoalicjantem PiS stałoby się PSL. Nie można bowiem wykluczyć, że Kaczyński wolałby taki scenariusz niż męczenie się z Korwinem, Braunem czy Kukizem. Wówczas destrukcyjne pomysły zaplecza PiS byłyby korygowane przez pragmatycznych ludowców i dla polski taki rząd byłby lepszy niż samodzielna władza Kaczyńskiego lub jego współpraca z populistami z Konfederacji i Kukiz'15.

Jest wreszcie dla opozycji scenariusz najbardziej korzystny – że ich zsumowane mandaty dadzą liczbę większą niż 231. Wówczas możliwe stałoby się ukonstytuowanie gabinetu złożonego ze Zjednoczonej Lewicy, zmodyfikowanej KE oraz bloku ludowo-chadeckiego skupionego wokół PSL. To chyba najtrudniejsze do osiągnięcia, ale i tak bardziej prawdopodobne niż wiara, że jak tylko do obecnej KE dołączą kolejne partie, partyjki i stowarzyszenia, to takie Zjednoczone Siły Opozycji pokonają PiS.

Zaklinanie rzeczywistości jest dobre w magii, a powtarzanie wciąż nieudającego się eksperymentu było podstawą alchemii, ale w polityce przynosi znikome rezultaty. Nie jest zadaniem politologów namawiać do czegoś polityków, ale raczej pokazywać im, oraz – co ważniejsze – wyborcom, konsekwencje poszczególnych rozwiązań. Taki właśnie był nasz cel. Co z tezami naszego artykułu zrobią politycy opozycji, pozostaje już w ich mocy.

Autorzy są politologami, doktorami habilitowanymi na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA