fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Sławomir Sowiński: Teraz waży się wynik wyborów

Sztab Andrzeja Dudy gra jedną melodię: o wzorowej współpracy prezydenta z rządem
twitter
Myśląc o sukcesie, kandydaci muszą szukać pomysłów na II turę.

Mocne wejście do prezydenckiej batalii Rafała Trzaskowskiego nadało jej nową dynamikę, zawracając ją jednocześnie w dobrze znane dwubiegunowe koleiny polskiej polityki. Tendencje ostatnich sondaży pozwalają bowiem sądzić, że – jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego to – o zwycięstwo w prezydenckiej elekcji znów powalczą kandydaci PO i PiS, a do jej rozstrzygnięcia potrzebna będzie II tura.

Warto też zauważyć, że choć sztaby Andrzeja Dudy i Rafała Trzaskowskiego na razie zajęte są głównie walką o wynik I tury, to myśląc o ostatecznym sukcesie, już teraz realizować powinny skuteczny pomysł na turę II. Bo choć kampanijna I i II tura wyborów prezydenckich dość zasadniczo się od siebie różnią (w pierwszej gra się generalnie „na skrzydła”, w drugiej „do centrum”), to decydującą II turę, w znacznej mierze, wygrywa się (lub przegrywa) już w I.

Co zatem może zdecydować o losach tak bardzo dziś prawdopodobnej II tury? Swoją rolę odegrają zapewne widowiskowe pojedynki „1 na 1”, jakimi w II turze stają się prezydenckie debaty. Nie można też oczywiście wykluczyć roli przypadku czy mimowolnej gafy, bo podchwycona przez media i konkurencję tuż przed metą odebrać może decydujące kilkaset tysięcy głosów.

Dziś jednak kluczowy – a w każdym razie będący w zasięgu obu sztabów – wydaje się pomysł na skuteczne wychodzenie poza własne polityczne opłotki. Bo to tam, i to właśnie już teraz, szukać trzeba ewentualnego sukcesu w II turze.

Mówiąc precyzyjniej. Aby myśleć o sukcesie, sztaby Andrzeja Dudy i Rafała Trzaskowskiego, w swych wyborczych melodiach, polaryzujące tony (skierowane do politycznych mateczników) harmonizować powinni także z inną polityczną nutą. Wyraźną melodyczną linią, którą już dziś usłyszeć powinni, po pierwsze, wyborcy twardo na razie stojący za innymi kandydatami, a po drugie, niemała grupa wyborców, która prezydencką elekcją zainteresować się może dopiero w II turze. Jak pokazuje praktyka polskich elekcji prezydenckich po roku 1990, między I a II turą wyborców zawsze, a czasem zdecydowanie, przybywało. W roku 2015 grupa ta liczyła wyjątkowo dużo, bo aż 2 mln osób.

Co oznacza to dla sztabu prezydenta Dudy? Z ostatnich sondaży oraz jesiennych wyników parlamentarnych PiS można wnosić, że w I turze urzędujący prezydent może liczyć nawet na 7 do 8 mln głosów. Tyle tylko że do zwycięstwa w II turze będzie potrzeba ich znacznie więcej. Ostrożnie szacować można, że przy 60–65 proc. frekwencji poprzeczka dla zwycięzcy zawieszona będzie bowiem na wysokim poziomie, plus minus 9,5 mln głosów.

Gdzie sztab Andrzeja Dudy szukać może owego – co najmniej – półtora miliona dodatkowych głosów? Naturalnym kierunkiem jest tu oczywiście część elektoratu Władysława Kosiniaka-Kamysza oraz Krzysztofa Bosaka. Dlatego słychać na przykład, że prezydent Duda prezentuje się jako „patron polskiej wsi”.

Teoretycznie wsparcie tych elektoratów powinno wystarczyć. Tyle tylko że obciążeniem dla takiego wyborczego manewru jest nawet nie sama prezydentura Andrzeja Dudy, co praktyka i wizerunkowy bagaż całego obozu „dobrej zmiany”. Część wyborców presesa PSL nie będzie bowiem zapewne w stanie zaakceptować obrazu monowładzy jednej partii, jaki unosi się nad polską polityką po roku 2015. Młodzi zaś wolnorynkowcy z Konfederacji mogą mieć duży problem ze stanięciem pod sztandarem gospodarczego etatyzmu, którym prezydent Duda i PiS zadają się nieść coraz wyżej i coraz dumniej.

Jeszcze bardziej praktyka i wizerunek „dobrej zmiany” przeszkadzać może w zdobyciu nowych wyborców ostatniej godziny. Wiele wskazuje bowiem na to, że ich wyborczą aktywność dopiero w II turze budzi – dostrzeżona np. w wynikach I tury – nadzieja na zasadniczą polityczną zmianę.

Trudno w tej perspektywie zrozumieć, czemu sztab urzędującego prezydenta gra dziś w zasadzie jedną tylko – i jakby skomponowaną przy ul. Nowogrodzkiej – melodię o wzorowej współpracy swego kandydata z rządem, zamykając tym samym, dzień po dniu, przestrzeń na opowieść o samodzielnej prezydenturze, która korygować by mogła chropowatości „dobrej zmiany”. Tym samym wyręczając niejako sztaby konkurentów.

Inaczej wygląda to po stronie Rafała Trzaskowskiego. On – jeśli oczywiście wyraźnie pokona Szymona Hołownię i prezesa PSL – w I turze liczyć może na 5–6 milionów głosów. Dlatego w jego przypadku ewentualne – a nigdy przecież nie pewne – przepływy elektoratu innych kandydatów opozycji mogą okazać się stanowczo niewystarczające.

Jego więc szansą w II turze wydaje się budzenie nowych nadziei, nowych wyborców, na nową polityczną jakość. Nadziei, które na swych sztandarach nieśli do tej pory głównie Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz. Republikańskich nadziei na prawdziwą dobrą zmianę, która wzmacnia, a nie zawłaszcza instytucje państwa, która solidarności społecznej nie myli z logiką walki klas, która rewolucji obyczajowej nie zastępuje tą polityczną, a współczesnej historii Polski nie dzieli na tę całkowicie mroczną sprzed roku 2015 i tę pełną blasku później.

I choć – powtórzmy – Rafał Trzaskowski będzie musiał w ewentualnej II turze nowych głosów zdobyć znacznie więcej niż jego konkurent, to jego sztab wyzwanie to zdaje się rozumieć znacznie lepiej niż sztab prezydenta Dudy. Widać to było w sobotę w Poznaniu, ale widać było to także wcześniej. Unikanie kwestii aksjologicznych, oferta racjonalnej współpracy z rządem, kampanijny ukłon pod adresem polityk społecznych PiS czy odwołanie się do energii pierwszej Solidarności, połączone z politycznym dynamizmem i ostrą, ale punktową krytyką błędów „dobrej zmiany” – to przemyślany pomysł na to, jak dzień po dniu, już teraz, otwierać pole wizerunkowego manewru w ewentualnej wyborczej dogrywce.

Tam, gdzie mamy do czynienia z głębokim politycznym rebrandingiem, a polityk dotąd raczej liberalny bierze do ręki sztandar republikanizmu, tam pojawia się oczywiście ważne pytanie o wiarygodność. Stawiać je zapewne będą i stawiać powinny media oraz polityczni konkurenci. Tyle tylko że jak pokazuje praktyka, kilka tygodni wyborczej kampanii, to często zbyt mało czasu, by szerokie kręgi wyborców zyskały na nie właściwą odpowiedź.

Autor jest politologiem, dr. hab. nauk społecznych, pracownikiem Instytutu Nauk o Polityce i Administracji UKSW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA