fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Listy lewicy zależą od decyzji PSL

tv.rp.pl
Robert Biedroń zamierza iść sam do Parlamentu Europejskiego.

To, czy powstanie lewicowa lista do Parlamentu Europejskiego, zależy od decyzji, którą podejmie w drugiej połowie stycznia Polskie Stronnictwo Ludowe. Mimo że ludowcy deklarują się jako centryści, to oni – jeśli zdecydują się na samodzielny start, mogą sprawić, że SLD, Razem, Zieloni oraz reszta lewicowych organizacji będzie zmuszona do dogadania się i pójścia wspólnie.

Ludowcy to (po wchłonięciu przez KO Nowoczesnej) najbliższy partner polityczny Platformy, były rządowy koalicjant i – co równie ważne – zaprzysięgły przeciwnik PiS. Prezes Władysław Kosiniak-Kamysz wie jednak dobrze, że zbyt bliskie relacje z największą partią opozycyjną grożą anihilacją, więc lawiruje od wyborów samorządowych i nie daje jednoznacznej odpowiedzi, co do udziału PSL we wspólnym froncie anty-PiS. I choć PO uruchomiła potężny szantaż moralny pod hasłem, „kto nie z nami, ten gra dla Jarosława Kaczyńskiego”, opór innych organizacji opozycyjnych jest potężny, zresztą tak jak i strach przed omsknięciem się pod próg wyborczy. Dlatego coraz bardziej prawdopodobne jest, że ludowcy zdecydują się na wariant budowania listy anty-PiS, przynajmniej w majowych wyborach do PE. Do rozstrzygnięcia w tej sprawie ma dojść w pierwszej połowie stycznia.

Dla SLD, któremu najbliżej jest do dogadania się z PO, obecność PSL na wspólnych listach do PE, jest kluczowa. Uprawdopodobnia bowiem tezę, że najważniejsze jest porozumienie ponad podziałami, w celu zwiększenia szans na wygraną z PiS. Bez PSL powstałoby wrażenie, że Sojusz zapisał się do liberalnego obozu w nadziei na pewne mandaty do europarlamentu, bo sam boi się porażki.

A po doświadczeniach, jakie spotkały Włodzimierza Czarzastego po wyborach samorządowych, kiedy działacze SLD w kilku ośrodkach wymówili mu właściwie posłuszeństwo z powodu braku porozumienia z Koalicją Obywatelską co do wspólnych list, będzie on musiał postępować niezwykle ostrożnie. – Włodek wie, że jeśli za mocno przeciągnie strunę, to może dojść do wariantu, jaki zrealizowała Kamila Gasiuk-Pihowicz w Nowoczesnej – mówi „Rzeczpospolitej”, jeden ze stołecznych działaczy SLD.

Ten właśnie przykład najczęściej podają ci, którzy nie chcą, by SLD znalazło się na wielkiej liście opozycji. Rozłam w Nowoczesnej dobitnie pokazał, że szef PO, Grzegorz Schetyna gotów jest wobec partnerów na każdy wariant – także wrogiego przejęcia.

W efekcie na lewicy trwa proces oswajania się z wizją wspólnej listy, przed świętami odbywały się rozliczne spotkania „śledzikowe”, podczas których delikatnie sondowano się wzajemnie i zawiązywano wstępne sojusze.

To sytuacja nowa na lewicy, która do tej pory rozmawiać ze sobą nie bardzo umiała. SLD zachowywało się patriarchalnie, Razem jak zbuntowany nastolatek, a reszta (np. Zieloni czy Unia Pracy), w ogóle nie miała siły przebicia, by cokolwiek komukolwiek proponować. Tym razem jest trochę inaczej.

To oczywiście wcale nie znaczy, że wszyscy chcą wspólnych list i z każdym są gotowi je budować. Część działaczy pozaparlamentarnej lewicy nie wyobraża sobie pójścia z SLD w jakiejkolwiek koalicji i marzy, żeby Sojusz dogadał się raczej z PO, zostawiając po lewej puste miejsce. Ale po wynikach wewnętrznego referendum w Razem, które dało zarządowi mandat do rozmów koalicyjnych, przesądzone jest raczej, że nie zdołają oni zablokować listy z udziałem SLD, jeśli tylko taka realna możliwość się pojawi.

W całej tej układance – nieprzypadkowo – nie pojawia się postać Roberta Biedronia. Zdaniem innych organizacji, jest już oczywiste, że Biedroń dogadywać się nie chce, stawia na sprawdzenie własnej, nowej marki, a wybory do PE nadają się do tego doskonale. Rozmowy, które do tej pory się odbywały, toczone były ze strony jego ludzi raczej pro forma. Nie wyklucza to zresztą późniejszych negocjacji, na razie jednak determinacja Biedronia do samotnego startu, pod własnym szyldem wydaje się ogromna.

Wszystko to oznacza, że w wyborach do PE po stronie opozycji pojawić się mogą aż trzy lub cztery listy: Koalicja Obywatelska, PSL, Lewica i Ruch Roberta Biedronia. Gdyby wszystkim udało się przekroczyć próg wyborczy, podkopałoby to pozycję dwóch największych graczy – PiS i KO. Ale każda porażka mniejszych partii będzie oznaczać premię dla zwycięzców.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA