fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kołodko: Militaryzm i głupota

rp.pl
Politycy roztrwaniają nasze wspólne pieniądze na fanaberie militarne, zwłaszcza na zakupy broni, która przecież nigdy nie zostanie użyta – twierdzi ekonomista Grzegorz W. Kołodko.

Długofalowy i szybki wzrost gospodarczy – podstawa rozwoju społeczno-ekonomicznego – wymaga spełnienia co najmniej pięciu warunków. W szczególności chodzi o otwartość gospodarki, makroekonomiczną stabilizację, wysoką stopę oszczędzania i inwestycji, dojrzałe rynkowe instytucje oraz kompetentne i zdeterminowane rządy. Szczęśliwie trzem z nich zadość czynimy, z dwoma natomiast mamy poważne kłopoty.

Wciąż zbyt niski jest relatywny poziom oszczędności i inwestycji w odniesieniu do dochodu narodowego. Nade wszystko zaś trudno przypisać rządowi kompetencje i determinację w realizacji polityki sprzyjającej dynamicznemu rozwojowi. Obok tak fundamentalnych błędów, jak obniżenie wieku emerytalnego czy zaniechanie przystąpienia do obszaru wspólnej waluty euro, dowodzi tego marnotrawienie coraz to większych środków na bezproduktywne wydatki wojskowe.

Czas chaosu

Rozpętana została zimna wojna. Skoro ta poprzednia – pomiędzy Wschodem ze Związkiem Radzieckim na czele a Zachodem z USA – zakończyła się mniej więcej 30 lat temu, w wielkiej mierze dzięki historycznym osiągnięciom polskiego Okrągłego Stołu, które przyspieszyły upadek muru berlińskiego, to tę obecną można określać jako drugą. Rozpętał ją Zachód, który tym razem jej nie wygra. Nikt jej nie wygra; pytanie tylko, kto jakie poniesie straty moralne, polityczne i gospodarcze.

Obecna zimna wojna toczy się przede wszystkim pomiędzy USA i ich niektórymi sojusznikami – niekiedy wielce serwilistycznymi, co odnosi się także do Polski – a Rosją i zwłaszcza Chinami. Obok wojny handlowej pomiędzy rywalizującymi dwiema największymi gospodarkami świata istotnym jej elementem jest nakręcająca się spirala zbrojeń. Niestety, coraz więcej państw daje się wciągać do tej wirówki, narażając własne społeczeństwa na koszty, które są źródłem olbrzymich dochodów sektora militarno-przemysłowego oraz jego politycznego i medialnego zaplecza.

Aczkolwiek Polska w światowej grze ekonomicznej niewiele znaczy – wytwarzamy zaledwie 0,88 proc. światowego produktu brutto, skądinąd relatywnie mniej niż w 1989 r. – to nasze znaczenie w geopolityce jest zasadniczo większe. Zamiast wykorzystywać to pro publico bono, rządy podczas kilkunastu minionych lat zaangażowały się w politykę bynajmniej niesłużącą polskiej sprawie. Bo przecież nie jej sprzyja nieumiejętność dobrego ułożenia sobie stosunków zewnętrznych z bliższymi i dalszymi sąsiadami, zwłaszcza z Rosją i Chinami. Nie jej przede wszystkim służy niemądre zwiększanie wydatków wojskowych, bez wątpienia pod silną presją Stanów Zjednoczonych.

Współczesny świat bynajmniej nie jest bezpieczny. To swoisty czas chaosu, kiedy nie sprawdzają się stare recepty na spokój i pokój, a nowych nie starcza. W sferze gospodarczej skompromitował się neoliberalizm, doprowadzając do światowego kryzysu gospodarczego i pogłębiając do nieakceptowalnych granic nierównomierności w podziale dochodów i majątków. W sferze politycznej nie sprawdza się liberalna demokracja, czego jaskrawymi przykładami jest chociażby bałagan związany z brexitem czy też szkodliwe dla globalnej gospodarki działania administracji prezydenta Donalda Trumpa.

Odpowiedzią na nieudacznictwo neoliberalizmu jest fala nowego nacjonalizmu, który bynajmniej nie jest remedium na trapiące ludzkość bolączki gospodarcze i społeczne. To czas chaosu, w którym narasta potencjał społecznego wybuchu. Światu grozi nie tylko postępująca destabilizacja, lecz wręcz anarchizacja i kolejne rewolucje. Tym bardziej trzeba uciekać do przodu, w stronę społecznej gospodarki rynkowej, inkluzyjnej globalizacji i pokojowej reinstytucjonalizacji światowego ładu. Trzeba tworzyć nowy globalny porządek w miejsce bałaganu, który nas otacza. Druga zimna wojna, miast przyczyniać się do poprawy sytuacji, tylko go pogłębia.

Lojalność to wspaniała cecha. Ani chybi należy ją również cenić w stosunkach międzynarodowych, w ramach zawieranych sojuszy, ale nie może się to sprowadzać do służalczości. W polityce obowiązuje przede wszystkim imperatyw lojalności wobec własnego narodu, czego zaprzeczeniem jest serwilizm wobec politycznych i ekonomicznych interesów innych państw i obcych interesów. Nie można przechodzić obojętnie wobec ulegania naciskom, które stosują USA wobec krajów skłonnych oprzeć modernizację swych systemów telekomunikacyjnych typu 5G na zaawansowanej technologii dostarczanej przez chińską firmę Huawei. Czymże innym jak nie szantażem jest grożenie sojusznikom z NATO, Włochom, że w przypadku dopuszczenia do instalacji systemu 5G zostaną wykluczone z udziału w wymianie informacji wywiadowczych, albo stawianie Polski wobec alternatywy: amerykańska baza wojskowa (zupełnie zbyteczna) albo chińska technologia Huawei (bardzo przydatna).

Tym bardziej ciekawy jest przypadek Turcji, której Amerykanie zagrozili zablokowaniem dostaw myśliwców F-35, jeśli sfinalizują zakup systemu antyrakietowego S-400 od Rosji. Najlepiej byłoby, gdyby zaniechać jednego i drugiego, i zablokować nakręcanie kosztownej spirali zbrojeń. I przy okazji koniunktury lobby militarno-przemysłowo-polityczne na Zachodzie i Wschodzie.

Wbrew racji stanu

To zdumiewające, z jaką łatwością i ogromną przewagą głosów przyjęta została ustawa przesądzająca ogromne zwiększanie wydatków militarnych w Polsce (ustawa z 29 września 2017 r. o zmianie ustawy o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finansowaniu Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej). Uchwalono ją bez mała jednomyślnie, a raczej jednogłośnie i chyba jednak bezmyślnie... Ustawa przesądza bowiem o zwiększeniu udziału wydatków „na finansowanie potrzeb obronnych" z obecnych i tak wygórowanych 2 proc. PKB do 2,5 proc. w roku 2030. Co więcej, prezydent Andrzej Duda składa deklaracje, że do poziomu 2,5 proc. powinniśmy dojść już w 2025 roku.

Nadgorliwa Polska się chwali, że podobnie jak pięć innych państw NATO – Stany Zjednoczone (3,5 proc.), Grecja (2,27), Estonia (2,14 proc.), Wielka Brytania (2,10) oraz Łotwa (2) – już wydaje na wojsko nie mniej niż 2 proc. PKB, podczas gdy inni zachowują się rozsądnie i nie ulegają amerykańskiemu dictum. Czując się bezpiecznie, Niemcy utrzymują wydatki na poziomie 1,24 proc. PKB, Włochy 1,15, a Hiszpania i Belgia nawet poniżej jednego procentu. To tę drugą grupę państw należy naśladować.

Oczywiście, aby w warunkach demokracji śrubowanie niepotrzebnych wydatków militarnych było możliwe, trzeba otumanić społeczeństwo, czemu służy zwłaszcza nasilająca się rusofobia i straszenie społeczeństwa innym „czarnym ludem". Nic dziwnego zatem, że taki kierunek polityki nie jest – jak dotychczas – oprotestowywany przez społeczeństwo. A powinien być, gdyż temu społeczeństwu szkodzi, marnotrawiąc część jego zasobów finansowych. Gdy bowiem do świadomości społecznej dotrze, że brakuje pieniędzy na zatrudnienia pielęgniarek i lekarzy, na zasłużone podwyżki wynagrodzeń nauczycieli i ludzi kultury, na walkę ze smogiem i skażeniem środowiska, bo środki publiczne pochłaniają „potrzeby obronne" i „zobowiązania sojusznicze", to ludzie znów wyjdą na ulice.

Przyjmując, że tempo wzrostu PKB do 2030 r. będzie wynosić (realnie, nie licząc skutków inflacji) średnio rocznie 3,5 proc., co jest możliwe przy dobrej polityce gospodarczej, a udział wydatków na „potrzeby obronne" będzie sukcesywnie rósł do poziomu 2,5 proc. PKB, pochłonie to w sumie aż 740 mld zł. Jeśli poziom 2,5 proc. PKB miałby być osiągnięty już w roku 2025, kwota ta wzrośnie do 770 mld! Gdyby zaś utrzymać ten wskaźnik w dotychczasowej wysokości, 2 proc., kosztowałoby to nas już „tylko" 640 mld.

Polscy hojni militaryści i nieroztropni politycy wszak już przesądzili, że ma być to z górą 100 mld więcej. Ale skoro ponoć jedynie podatki i śmierć są nie do uniknięcia, to warto zablokować ten proces i wręcz zamrozić wydatki wojskowe na obecnym, niemałym przecież poziomie ok. 45 mld zł rocznie. Wówczas w 2030 r. wyniosłyby one 1,4 proc. PKB, i tak więcej niż obecnie w co drugim państwie członkowskim NATO.

Dobrym początkiem takiego zwrotu w polityce byłoby odejście od planów ulokowania w Polsce stałej amerykańskiej bazy wojskowej. Ta fanaberia – a w istocie prowokacja wobec Rosji i łamanie zawartego z nią przez NATO porozumienia w 1997 r. w sprawie nielokowania wojsk USA w państwach graniczących z Rosją – ma nas kosztować rocznie mniej więcej tyle, ile rządowi brakuje na podwyżki płac oczekiwane przez nauczycieli.

Takie zamrożenie wydatków wojskowych zaoszczędziłoby nam do 2030 r. prawie ćwierć biliona, aż 230 mld zł (cały czas licząc w cenach stałych 2019 r.). Bez wątpliwości bylibyśmy nie tylko bezpieczni, lecz cieszylibyśmy się wyższej klasy kapitałem ludzkim, lepszym zdrowiem i czystszym środowiskiem. O to idzie wielka gra! Gdzie zatem są politycy, którzy z jednej strony potrafią to zrozumieć, z drugiej natomiast mają dosyć odwagi, aby bronić autentycznych interesów społeczeństwa? Czy zaiste potrafią poruszać się jedynie między militaryzmem i głupotą?

Mądrość i odwaga

Polska – ze swoimi historycznymi doświadczeniami i współczesną pozycją geopolityczną – mogłaby odegrać chlubną rolę w hamowaniu wyścigu zbrojeń. Można było do tego wykorzystać przewodniczenie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, wzywając do odwrócenia spirali zbrojeń i samemu demonstrując w tej materii dobry przykład, zamrażając wydatki na tzw. obronę narodową. Niestety, znowu potrząsanie szabelką bierze górę. Inni z tego powodu zacierają ręce, pęcznieje im bowiem kasa, a polskie społeczeństwo coraz bardziej będzie musiało zaciskać pasa, bo te współczesne szabelki są coraz bardziej kosztowne.

Nie trzeba być ekonomistą, by wiedzieć, że zwiększanie udziału wydatków militarnych o 0,5 pkt proc. automatycznie pociąga za sobą zmniejszenie ich o tyleż w innych sektorach. To arytmetyka przesądza, że udziały zawsze sumują się do 100 proc. Niech zatem politycy – nie tylko prezydent i rząd PiS, lecz także ich opozycjoniści, którym nie starcza odwagi i mądrości, by ostro przeciwstawić się tej polityce – powiedzą, gdzie chcą uszczknąć te dziesiątki miliardów, które mają iść na wydatki zbrojeniowe, czyli koniec końców na nakręcanie koniunktury koncernom produkującym broń i wzmacnianie pozycji kompleksu militarno-przemysłowo-politycznego z amerykańskim na czele. Czy ma to się dokonać kosztem wydatków na oświatę i kulturę, czy może na ochronę zdrowia i środowiska naturalnego?

Przed nami kolejne wybory – parlamentarne i prezydenckie. Trzeba zatem pytać kandydatów, co mają w tej sprawie do powiedzenia. Doprawdy, szkoda marnować głosy na tych, którzy roztrwaniają nasze wspólne pieniądze na fanaberie militarne, zwłaszcza na zakupy broni, która przecież nigdy nie zostanie użyta. Bezpieczeństwo Polski zależeć będzie od spójności społecznej i konkurencyjności gospodarki, od jakości kapitału ludzkiego i poziomu dyplomacji, od umiejętnego rozgrywania naszej pozycji geopolitycznej po to, aby poprawiać pozycję geoekonomiczną. Do tego potrzeba – bagatela! – mądrości i odwagi. Niestety, brakuje ich jeszcze bardziej niż pieniędzy w naszej publicznej kasie.

Autor jest członkiem Academii Europaea, wykłada na Akademii Leona Koźmińskiego, w latach 1994–1997 i 2002–2003 był wicepremierem i ministrem finansów

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA