Publicystyka

Trzy billboardy za Szczucinem, Małopolskie

Piotr Palutkiewicz
materiały prasowe
Rządzący, którzy ignorują panujące w podlegających im instytucjach patologie, nie mają prawa dziwić się, że nieoświecony lud nie docenił wybudowanych dróg czy nowych stadionów – pisze publicysta.

Oglądając ubiegłoroczny, obsypany nagrodami film Martina McDonagha „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri", można odnieść wrażenie, że opowiedziana w nim historia jest przerysowana. W małym amerykańskim miasteczku dochodzi do brutalnego gwałtu i morderstwa na nastolatce. Pomimo upływu kolejnych miesięcy od zdarzenia, śledztwo prowadzone przez lokalną policję nie posuwa się naprzód. Matka ofiary rozpoczyna własną krucjatę, mającą na celu odnalezienie oprawców jej córki.

Natrafia jednak na opór miejscowych stróżów prawa, lokalnych instytucji oraz społeczności. Policja, zamiast poszukiwać sprawców morderstwa, zaczyna walczyć z matką ofiary, która podważa ich kompetencje. Dochodzi do nadużyć władzy, brutalnych pobić, ujawnienia zmowy lokalnych instytucji reprezentowanych przez członków miejscowej sitwy i wszelkich patologii przez nią reprezentowanych.

Każdemu, kto ogląda ten film oraz posiada silne ideały republikańskie, nasuwa się myśl, że skala absurdów, patologii instytucji państwa, przemocy oraz zacietrzewienia lokalnej społeczności jest tak silna, że nie może mieć miejsca w cywilizowanym kraju, będącym ostoją republikanizmu – Stanach Zjednoczonych. Obserwując również rozwój polskich instytucji i postępy naszej młodej demokracji, można odnieść wrażenie, że sytuacja opisana w filmie nie mogłaby się zdarzyć nawet w Polsce. Jest jednak inaczej.

Gorzej niż w Missouri

W tym tygodniu, po 20 latach od morderstwa Iwony Cygan, rozpoczyna się proces osób oskarżonych o dokonanie tego czynu. Dlaczego historia ze Szczucina w Małopolsce jest nie tyle podobna, ile o wiele bardziej bulwersująca, tragiczna i konieczna do zrozumienia, niż ta przedstawiona w filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"? Ponieważ, kto głęboko nie zastanowi się nad historią z południa naszego kraju, nie powinien zabierać głosu na temat zmian w polskim sądownictwie czy przyczynach wciąż nieodżałowanej przegranej elit liberalnych w wyborach 2015 roku.

Przypomnijmy, w sierpniu 1998 roku przypadkowy przechodzień przy wale Wisły w niewielkim Szczucinie w Małopolsce natrafia na zwłoki siedemnastoletniej dziewczyny. Sprawcy upozorowali napaść seksualną. Sekcja zwłok jako przyczynę śmierci wykazała uduszenie.

Śledztwo w sprawie zabójstwa Iwony wszczęła prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej. Rodzice zamordowanej wprost mówili, że prokurator prowadzący sprawę traktował ich jak intruzów i wzbudzał w nich strach. Przesłuchano 250 świadków. Nikt nic nie wiedział. Nikt nic nie pamiętał. Bezpośrednio po zabójstwie nie ustalono sprawcy. Śledztwo zostało umorzone.

Historia ze Szczucina już w tym momencie staje się bardziej frustrująca niż ta fikcyjna w „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". W amerykańskiej produkcji tamtejszy szeryf Bill Willoughby zapewnia matkę ofiary, że zrobiłby wszystko, aby złapać sprawcę. Inaczej niż w przypadku zabójstwa w Szczucinie, gdzie od początku w sprawie pojawiał się wątek zacierania śladów przez lokalną policję.

W aktach sprawy znajdują się przykłady potwierdzające dziwne przypadki braku kompetencji lokalnych stróżów prawa i prokuratury. Późniejsze dochodzenie wykazało, że na etapie oględzin doszło do licznych zaniedbań. Zaskakuje na przykład fakt, że ubrania Iwony Cygan, które miała na sobie w chwili zabójstwa, zostały zwrócone matce ofiary. Następnie w jej domu pojawił się policjant, by znów je odebrać.

Tym razem bez pokwitowania. Później dowód zaginął w niejasnych okolicznościach. Kim był policjant? Nie wiadomo. Jest to jednak najmniej tragiczny wypadek, który jest związany z tą sprawą.

Iwona Cygan w dniu zaginięcia była widziana przez trzech mężczyzn: Krzysztofa B., Tadeusza D. i Jerzego B. Ten ostatni zmarł krótko po zabójstwie Iwony. Sprawa morderstwa nastolatki stała się tematem magazynu kryminalnego „997". W reportażu padła informacja o nagrodzie ufundowanej przez wójta gminy Szczucin w wysokości 20 tys. zł dla osoby, która przyczyni się do ujęcia sprawców zabójstwa dziewczyny. Po emisji programu drugi świadek, Tadeusz D., miał się chwalić, że zdobędzie nagrodę, bo wie, kto zabił Iwonę. Następnego dnia zniknął. Jego ciało zostało wyłowione z Wisły kilka miesięcy później. Prokuratura uznała to za wypadek lub samobójstwo. Śledztwo umorzono.

Ślepota Temidy

W 2012 roku ze służbowej broni zastrzelił się Andrzej J., jeden z niewielu miejscowych policjantów, któremu ufała rodzina ofiary. W 2014 roku śmierć poniósł Marek Kapela, który również twierdził, że wie, kto zabił Iwonę. Ciało mężczyzny zostało znalezione w klęczącej pozycji, z głową przygniecioną dwoma 50-kilogramowymi żelbetonowymi przęsłami ogrodzenia. Prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej umorzyła śledztwo, nie dopatrując się w jego śmierci udziału osób trzecich. Kolejno odnaleziono zwłoki Wojciecha Sołtysa, który miał być skonfliktowany z jedną z osób pojawiających się w śledztwie.

Sześć niewyjaśnionych zgonów w czterotysięcznym Szczucinie. Poza Iwoną Cygan, pięć kolejnych ofiar na przestrzeni 16 lat. Zero postawionych zarzutów. Kilkunastu ministrów sprawiedliwości vel prokuratorów generalnych nadzorujących w imieniu obywateli polską prokuraturę. 15 ministrów spraw wewnętrznych czuwających nad policją. Osiem rządów reprezentujących niemal całe spektrum polskiej sceny politycznej. Czy mogli nie dostrzec kilku tragedii w małym, odległym od Warszawy Szczucinie?

Przez lata powstały setki artykułów prasowych na temat zbrodni w tej miejscowości. Rodzice ofiary wystosowali dziesiątki apeli do wszystkich możliwych władz i instancji, wykazując liczne nieprawidłowości organów ścigania i nadzoru nad instytucjami prawa.

Wykazali całą gamę nieprawidłowości w śledztwie, udowodnili zakłamanie i zmowę milczenia lokalnej sitwy, wypomnieli niewyjaśnione śmierci świadków. Wszystko pozostało bez odzewu, niczym w produkcji McDonagha. Rodzice Iwony Cygan w odróżnieniu od amerykańskiego dramatu nie postawili jednak fizycznie trzech billboardów obnażających tę bulwersująca historię.

Billboardy postawił ktoś inny – sztaby wyborcze ogólnopolskich partii politycznych. Billboardy stanęły nie tylko w Szczucinie, ale w tysiącach małych polskich miast, uświadamiając nieprzekonanych, że żyją w kraju, który odniósł niesamowity sukces na niemal każdym polu.

Kraju wyróżniającym się na świecie. Kraju, w którym niewdzięczne jest podważanie i niedocenianie tych sukcesów. Tym bardziej że mieszkańcom Szczucina postawiono przed oczami inny namacalny symbol polskiego sukcesu – dostęp do autostrady A4.

Gmina Szczucin w Małopolsce okazała się jednak niewdzięczna. W wyborach parlamentarnych w 2015 roku na Prawo i Sprawiedliwość oddano ponad 56 proc. głosów. Platforma Obywatelska zdobyła 8,65 proc. Wynik ten nie wyróżnia się znacząco w regionie północno-wschodniej Małopolski.

Kilka miesięcy później, gdy nowy rząd dokonywał zmian w ustawach o Trybunale Konstytucyjnym czy ustroju sądów, nikt ze Szczucina nie udał się pod najbliższy sąd, aby zapalić znicz w obronie niezależności systemu polskiego sądownictwa. Ku rozpaczy elit, lamentujących nad tym, że ignoranckie społeczeństwo nie broni dokonań polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Milczące liczby

Po 19 latach umarzań i wznowień śledztwa, w grudniu 2017 roku krakowska prokuratura na podstawie działań tzw. Archiwum X Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie skierowała do sądu akt oskarżenia w sprawie zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem Iwony Cygan. Zapoznanie się z zebranym w tej sprawie materiałem czyni ją jeszcze bardziej bulwersującą i podważa wszelkie wyobrażenia na temat polskiego państwa w jego odległych peryferiach.

Oprócz głównych oskarżonych, Pawła K. i jego ojca Józefa K., na ławie oskarżonych zasiądzie 15 innych osób, w tym 14 byłych i obecnych funkcjonariuszy policji. Niemal cały personel szczucińskiej komendy policji.

Oburzać może również lokalna zmowa milczenia. Dziś wychodzi na jaw, że Iwona Cygan przed śmiercią była bita i torturowana w miejscu publicznym, w lokalnym barze, w obecności kilkunastu osób, w tym funkcjonariuszy szczucińskiej policji. Co więcej, lokalni policjanci zacierali ślady zbrodni. Prokuratura z kolei umarzała każdy z kolejnych wątków tej sprawy. Przez lata nikt nie odważył się przemówić. Nawet teraz, gdy wydaje się, że wszyscy uwikłani w sprawę znajdują się w areszcie, mieszkańcy nie chcą się na ten temat wypowiadać.

Nie mamy podstaw, by mieć wobec szczucinian poczucie wyższości. Na ich miejscu zachowalibyśmy się tak samo. Mieliśmy tylko szczęście nie urodzić się w tym miejscu i w tym czasie. To lokalne realia wytworzone przez państwowe instytucje doprowadziły tamtejszą społeczność do takiego zachowania. Mieszkańcy Szczucina zmuszeni zostali zachowywać się adekwatnie do środowiska, w jakim przyszło im żyć. Latami byli zastraszani przez podmioty, które miały ich bronić.

Mieszkańcy nie mieli najmniejszych podstaw, by ufać policji, prokuraturze czy politykom. Ten, kto odważył się złamać lokalne zasady, ginął. I nie łudźmy się, że to odosobniony przypadek, że dziś w Polsce nie ma dziesiątek podobnych spraw.

Wszystko po staremu

Od miesięcy opinię publiczną bulwersuje śmierć Igora Stachowiaka na komendzie wrocławskiej policji. Do tej pory poza konsekwencjami służbowymi nie postawiono nikomu zarzutów.

Tutaj również oprawcy nie ponieśliby nawet odpowiedzialności zawodowej, gdyby nie prywatna walka toczona przez ojca ofiary, który również musiał postawić swoje „trzy billboardy", występując we wszystkich możliwych polskich mediach.

Ile jest takich przypadków każdego roku w Polsce, gdzie rodzice i bliscy ofiary czują strach, bezsilność czy brak kompetencji, aby walczyć o sprawiedliwość z patologicznymi, wrogo im nastawionymi instytucjami państwa? Ile jest przypadków pobicia na komendach, które nie kończą się tak tragicznie? Ile na komendach policji jest wymuszeń zeznań, o których mówią później podejrzani w wielu rozprawach karnych?

Jeśli rządzący będą ignorować nawet najmniejsze patologie w podległych instytucjach, niech nie będą zdziwieni podczas wieczoru wyborczego, że znów nieoświecony lud nie docenił wybudowanych dróg, nowych stadionów, wysokiego poziomu nominalnego PKB czy (tutaj nowość) dodatkowych 500 zł miesięcznie przetransferowanych z budżetu państwa.

Bo jeśli komuś brakuje możliwości, znajomości, odwagi, aby postawić swoje „trzy billboardy", to nie znaczy, że nie rozprawi się z rządzącymi jedynym dostępnym sobie sposobem – przy urnie wyborczej. I dotyczy to każdej władzy, która toleruje patologie w swoich instytucjach.

Warto o tym pamiętać po tej jesieni, gdy kolejni publicyści będą komentować wyniki wyborów samorządowych. Warto już dziś pomyśleć o mieszkańcach i aktywistach w stolicy, którzy przez lata walczyli za pomocą swoich „trzech billboardów" o sprawiedliwość dla mieszkańców reprywatyzowanych kamienic. Niech rządzący i wspierające ich elity już teraz przypomną sobie te lata, gdy mijali bez emocji „billboardy" mówiące o patologiach stołecznego ratusza, lokalnych sądów, notariuszów czy te mówiące o śmierci Jolanty Brzeskiej.

Wielu przedstawicieli władzy od lat ignoruje niczym policja w Ebbing, Missouri, osoby, które te bulwersujące sprawy wypominają. ©?

Autor jest założycielem i prezesem Instytutu Inicjatyw Gospodarczych i Konsumenckich Instigos

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL