fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nowy dialog z Ukrainą

Adobe Stock
Przez prawie 30 lat III RP nie stworzyła Polskiego Instytutu Historycznego w Kijowie, jaki proponował jeszcze Giedroyc. A wizyty polskich dziennikarzy na Wschodzie sponsorują... niemieckie fundacje.

Czym dla Polski ma być Ukraina za 25 lat? Optymalnie – politycznym sojusznikiem w możliwie szerokim spektrum spraw, zakotwiczonym w strukturach NATO i UE, względnie w innych sojuszach, których Rzeczpospolita będzie uczestnikiem. Krajem, w którym polskie firmy będą mocno obecne, obie strony będą dla siebie kluczowymi partnerami handlowymi, a kultura polska będzie rozpowszechniona. Państwem, które odzyska okupowane przez Rosję tereny – Krym i część Donbasu.

Osiągnięcie tych celów zależy jednak nie tylko od sytuacji nad Dnieprem. Ważna jest też zdolność polskich środowisk, które doceniają znaczenie relacji z Ukrainą, do efektywnej pracy zarówno z polską opinią publiczną, jak i z politykami. A także od efektywnych działań dyplomatycznych państwa polskiego na Ukrainie.

Trudne zadanie

Tymczasem w polskiej debacie publicznej prawie nie rozważa się problemu, jak utrzymać społeczną legitymizację do prowadzenia polityki wspierania Ukrainy, realizowanej niezmiennie od 1991 r. A staje się to coraz trudniejsze. Jak bowiem tłumaczyć pomoc dla Kijowa w kwestiach związanych z bezpieczeństwem oraz integracją europejską, gdy zachowanie partnera ukraińskiego jest odbierane przez część opinii publicznej jako lekceważenie Polski? Według CBOS 41 proc. Polaków darzy Ukraińców niechęcią. Jak przekonać ich, że jest to państwo ważne i przyjazne, gdy od niemal dwóch lat mamy zakaz prowadzenia prac ekshumacyjnych w tym kraju, a liczne działania w ukraińskiej polityce historycznej mają otwarcie konfrontacyjny charakter?

Historia nie wyczerpuje relacji dwustronnych, ale to spory historyczne dominują w mediach, wykrzywiając obraz sąsiada. A ukraińska polityka pamięci wpływa destrukcyjnie na pole manewru każdego, co warto podkreślić, polskiego rządu wobec Ukrainy. Objaśnianie, dlaczego należy angażować się na rzecz państwa, którego władze promują wizję historii relatywizującą zbrodnie wojenne oraz przypisującą Polakom rolę wielowiekowego oprawcy Ukraińców, jest zadaniem trudnym i zniechęca polityków do zajmowania się problemem Ukrainy w ogóle.

Stabilny rozwój relacji z Ukrainą będzie wymagał uporania się z jeszcze jednym wyzwaniem – jak dalej przekonywać własny naród do kon- sekwentnej polityki podwyższania putinowskiej ekipie kosztów łamania prawa międzynarodowego. Wszak zyski z zajmowania stanowiska unijnego „hamulcowego" relacji z Rosją nie muszą być dla niewprawnego oka oczywiste, a straty mogą się wydawać duże. Cóż z tego, że np. obiektywnie sankcje antyrosyjskie nie wpływają negatywnie na gospodarkę RP, gdy w wyobrażeniach części wyborców powstają obawy przed utratą rzekomo intratnego rosyjskiego rynku zbytu. Również subiektywne odczucie pewnych wyborców, że imperialna „stalinowska" Rosja i nacjonalistyczna „banderowska" Ukraina są siebie warte, może osłabiać determinację polityków do wspierania Ukrainy. Podobnie jak obawa przed wspieraniem potencjalnie groźnego konkurenta dla polskiego rolnictwa, już zresztą wyrażana coraz intensywniej przez silne lobby rolnicze w naszym kraju.

Potrzeba solidarności

Przede wszystkim należy sobie uświadomić, że władze ukraińskie tym bardziej skłonne będą do wygaszania sporów dotyczących historii, w tym do zniesienia zakazu ekshumacji, im silniejszy będzie w Polsce konsensus w kwestii strategii wobec Ukrainy, w tym wobec spraw o podłożu historycznym. Nad Dnieprem bowiem dostrzegany jest brak zgody w Polsce w tym względzie. Zniechęca to władze Ukrainy do rozwiązania nabrzmiałych problemów na tle historii, w nadziei na „przeczekanie" niewygodnego im rządu.

Płynie z tego dość oczywisty wniosek, że warunkiem skutecznej polityki jest zdolność różnych środowisk do wspólnego działania ponad wewnętrznymi animozjami. Strategia ignorowania odczuć części społeczeństwa, czułego na kwestie historyczne, w szczególności lekceważenie problemu rzezi wołyńskiej, doprowadziła do radykalizacji tych środowisk i zdobycia przez nie w ostatniej dekadzie realnego wpływu na procesy polityczne. Można tylko przewidzieć, iż prędzej czy później jakiś ruch polityczny już oficjalnie wywiesi na sztandary hasła niechęci do ukraińskich imigrantów oraz antyukraińską i nacjonalistyczną wizję historii.

W tej sytuacji rzeczą pilną jest ustalenie przynajmniej w środowiskach rozumiejących wagę relacji z Ukrainą, niezależnie od ich sympatii politycznych, pewnego kodeksu postępowania w sprawach związanych z polityką wschodnią. Jako minimum życzyć należałoby sobie zaprzestania przyprawiania gęby ukrainofobów, nacjonalistów lub agentów Kremla osobom, które podkreślają znaczenie dialogu historycznego dla współczesności, tudzież tym, którzy mają odmienne poglądy na temat historii Polski, Rusi i współczesnej Ukrainy niż te zawarte w pracach ukraińskich historyków albo polskich ukrainofilów. Taki pakt wydaje się osiągalny, zwłaszcza że alternatywą dla waśni w tym obozie będzie wzrost znaczenia środowisk antyukraińskich.

Więcej pracy organicznej

Środowiska aspirujące do wpływu na polską politykę wobec Ukrainy winny sobie nie tylko dobitnie uświadomić związek między nastrojami społecznymi w Polsce a polem manewru w polityce zagranicznej, ale także rozszerzyć swój program oddziaływania na społeczeństwo: polskie i ukraińskie. Samoupajające odwołania do zmitologizowanej historii: „Unia Hadziacka", Sojusz Piłsudski–Petlura, czy hasło „Nie ma wolnej Polski bez niepodległej Ukrainy", podobnie jak lęk przed wspólnym nieprzyjacielem – Moskwą, już dawno nie wystarczają. O konkretnych rozwiązaniach można podyskutować, ale widać, że istnieje potrzeba dostosowania metody dialogu i instrumentarium działania do zachodzących zmian.

W polsko-ukraińskim dialogu obserwujemy przerost formy, zwłaszcza tej konferencyjnej, nad pracą organiczną. Przez prawie 30 lat III RP nie stworzyła Polskiego Instytutu Historycznego w Kijowie, proponowanego jeszcze przez Giedroycia (dla porównania Niemcy mają takich instytutów dziesięć, w tym od 1993 r. w Warszawie). Nie powołano również Centrum Polsko-Ukraińskiego Dialogu i Porozumienia, które inicjowałoby działania sprzyjające dialogowi z Ukrainą i o Ukrainie, na wzór projektów o Rosji realizowanych przez Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.

Nie mamy nawet portalu informującego w sposób profesjonalny Ukraińców o polskich debatach politycznych, dyskusjach ideowych, historii czy sprawach gospodarczych, a przez to ułatwiających zrozumienie sąsiada. Wizyty polskich dziennikarzy w Kijowie czy seminaria ukraińskich analityków o problemach stosunków z RP są zaś sponsorowane przez... niemieckie fundacje. A przecież państwo polskie powinno posiadać instrumenty pozwalające na realizację profesjonalnej dyplomacji publicznej w stosunku do Ukrainy w skali adekwatnej do znaczenia tego kraju dla Polski.

Łukasz Adamski est wicedyrektorem Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia

Wojciech Konończuk jest kierownikiem zespołu ds. Ukrainy, Białorusi i Mołdawii Ośrodka Studiów Wschodnich

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA