fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Janik: Kompromis i dialog

Adobe stock
W demokratycznym państwie prawa nie może być pozakonstytucyjnych ośrodków władzy.

W magazynie „Plus Minus” 22 sierpnia (nr 33/2020) ukazał się tekst prof. Zbigniewa Stawrowskiego „Krajobraz po niedoszłej bitwie”. Zasługuje on na polemikę, z którą jednak mam pewien problem. Z jednej strony Autor eksponuje swój tytuł naukowy, co nakazuje respekt wobec twierdzeń, które głosi. Z drugiej tekst ma charakter stricte polityczny: przyporządkowuje rzeczywistość (w tym konstytucyjną) do potrzeb argumentacyjnych Autora, który wykładając „prawdy oczywiste” zostawia niewiele pola do dialogu i dyskusji, pokazując przy tym temperament polityczny. Będę zatem przede wszystkim polemizował z politykiem. Mając przy tym nadzieje, że profesorskie doświadczenie Autora pozwoli Mu na wyrozumiałość wobec innych poglądów.

Rola prezydenta

Zacznijmy od głównej tezy prof. Stawrowskiego twierdzącego, że Konstytucja dopuszczając kohabitację (prezydent z jednego obozu, a większość sejmowa z innego) czyni wielką krzywdę Polsce. Niepokojąco brzmi fragment, w którym Profesor pisze, że ten mechanizm prowadzi do „bezwładu państwa”, a tym samem stanowi „otwarte zaproszenie naszych rywali i wrogów, by zechcieli skorzystać z naszych kłopotów”, choć jakoś do tej pory im się nie udało. Winien temu jest Aleksander Kwaśniewski, który osobiście skonstruował ten mechanizm i w dodatku był głównym promotorem Konstytucji. Brzmi to oskarżenie nieładnie, widać, że Pan Profesor nie czytał stenogramów z posiedzeń Komisji Konstytucyjnej i nie zna wykładni autentycznej tego zapisu, czyli o co w nim autorom Konstytucji i tego mechanizmu chodziło.

Otóż, Panie Profesorze, nie ma takiej możliwości, mało, wydaje mi się, że źle Pan rozumie mechanizm ustrojowy naszej Konstytucji. Wyjaśniając w skrocie, Konstytucja wprowadza parlamentarno-gabinetowy system rządów w Polsce, z lekkim przechyleniem w stronę modelu kanclerskiego. Polską nie rządzi prezydent lecz premier, w którego ręku są najważniejsze decyzje programowe i personalne. Prezydent występuje tu w roli notariusza i nie ma żadnych instrumentów dyscyplinowania Premiera. Konstytucję trzeba czytać razem z ustawą o Radzie Ministrów i działach administracji rządowej, bo one organizują prace Rady Ministrów i precyzyjnie określają jej zadania i kompetencje. Dodajmy do tego, że premier był do tej pory na ogół rzeczywistym liderem większości sejmowej i praktycznie decydował o pracach parlamentu. Nie znam przypadku, aby marszałek Sejmu sprzeciwił się rządowi, jeśli chodzi o kalendarz i program prac Sejmu. Bywało tylko inaczej wtedy, kiedy rządziła prawica – za czasów premierowania Jerzego Buzka, Kazimierza Marcinkiewicza, Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego – rzeczywisty ośrodek władzy znajdował się poza rządem i poza konstytucyjną odpowiedzialnością. Na Zachodzie, do którego się zaliczamy, taki przypadek raczej nie występuje.

W tym układzie prezydent wyposażony został w narzędzia apelacyjne (od apelowania) i korekcyjne. Może uprzejmie prosić Sejm o ponowne uchwalenie ustawy, może nie dać komuś odznaczenia lub nie nadać stopnia generalskiego, albo nie wysłać w charakterze ambasadora. Ale bez wniosku rządu nie może nic, a nawet większość jego decyzji wymaga kontrasygnaty premiera. Rząd może mu też przyznać taki budżet, że prezydent umrze z głodu. Pan Profesor natomiast pisze, że prezydent „sprawuje władzę zwierzchnią (czyli jaką?) nad aparatem wykonawczym państwa”. Czyli nad czym? Jakież to samoistne kompetencje i zadania ma prezydent, jego Kancelaria czy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego? Kto w aparacie państwa podlega prezydentowi? Kogo samodzielnie prezydent może powołać lub odwołać? Owszem, w niektórych decyzjach potrzebna jest współpraca z prezydentem, ale współczesna demokracja oparta jest o dialog i współdziałanie, o kompromis, i polski przypadek nie jest niczym wyjątkowym we współczesnych państwach.

Casus Aleksandra Kwaśniewskiego

Rodzi się zatem pytanie, po co nam taki prezydent z silną legitymacją społeczną pochodzącą z wyborów bezpośrednich? Tu znowu warto odwołać się do nieoficjalnej wykładni autentycznej. Ustrojodawca rozważał ten problem przez wiele godzin. Zwyciężyło stanowisko, że bezpośrednie wybory prezydenckie są prawem nabytym Polek i Polaków i ze względów doktrynalnych, jak i psychologiczno-politycznych, trudno byłoby im to prawo odebrać. Wskazywano także, że przy słabym zakotwiczeniu w naszej demokracji mechanizmów kontroli i odpowiedzialności, warto wzmocnić instytucję Prezydenta, który powinien być punktem oporu wobec szaleństw większości parlamentarnej. Praktyka dotychczasowych prezydentur w zasadzie nie podważyła tych intencji.

Pan Profesor uważa odmiennie, wskazując na weta Aleksandra Kwaśniewskiego wobec sejmowych decyzji z lat 1997-2001. Przywołuje dwa przykłady: powołanie Instytutu Pamięci Narodowej i ustawę reprywatyzacyjną. W pierwszej sprawie różnimy się politycznie. Ja mam prawo uważać, że powołanie tego urzędu było niepotrzebne. Badania z zakresu najnowszej historii Polski mogły prowadzić uniwersytety, a humanistyka tylko by na tym skorzystała (zakładając, że trafiłyby do niej pieniądze, którymi żywi się IPN). Całą resztę mogła robić prokuratura powszechna, a obszar nadużyć politycznych byłby o wiele mniejszy. Ówczesna większość sejmowa uważała inaczej, szanuję tę decyzję, choć nadal – obserwując instrumentalizację polityczną IPN – jestem wobec niej krytyczny. Więcej, uważam, że zasługi tej instytucji dla dechrystianizacji Polski jeszcze przed nami, choć ostatnio sporo zrobiono. Ale to już nie moje zmartwienie.

Ale znacznie ciekawsze są losy ustawy reprywatyzacyjnej. Prezydenckie weto do tej ustawy poparło 207 posłów, w tym 19 wybranych z list AWS. Nieobecnych było 9 posłów UW i 30 posłów wybranych z list AWS. Jak widać, nawet posłowie ówczesnego politycznego zaplecza rządu nie mieli do niej przekonania. Ale ten sam Aleksander Kwaśniewski nie wahał się, przy jednomyślnym sprzeciwie Klubu SLD, aby zgłosić Leszka Balcerowicza na Prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Założenia a praktyka

Osią polskiej prezydentury jest dialog i kompromis, a nie walka. Prezydent to symboliczny lider procesów porozumiewania się, a nie konkurent w walce o władzę. Ma ku temu stosowne narzędzia: Radę Gabinetową i Radę Bezpieczeństwa Narodowego. W każdej chwili może zaprosić premiera na rozmowę czy spotkać się z każdą formacją polityczną. Od niego zależy czy nad polskim życiem publicznym unosić się będzie duch współpracy czy atmosfera walki na wyniszczenie. Stąd bierze się nieporozumienie pomiędzy mną a prof. Stawrowskim, ale i szerzej pomiędzy sporą częścią opinii publicznej, a praktyką polityczną prezydenta Andrzeja Dudy.

To byłoby na tyle, z jednym wyjątkiem. Profesor z sympatią pochylając się nad obecnym modelem prezydenta-notariusza rządu, odnotowuje „pojawienie się nieprzewidzianego przez konstytucję (co nie znaczy, że nielegalnego) podmiotu realnej władzy” czyli prezesa Kaczyńskiego. Otóż tu się różnimy zasadniczo. W demokratycznym państwie prawnym nie ma i być nie może pozakonstytucyjnych ośrodków władzy. Respektując rzeczywistą rolę i znaczenia Jarosława Kaczyńskiego w obozie władzy, twierdzę, że podobną pozycję mieli w swoich obozach w określonych czasach Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski czy Donald Tusk, ale nigdy nie uciekali od odpowiedzialności definiowanej konstytucyjnie. I zdolni ją byli unieść. Państwo to jednak coś innego niż największy nawet obóz swoich zwolenników.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA