fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Poszukiwanie pracy

Po pracę jeździmy do wielkich miast

Adobe Stock
W Polsce co trzeci zatrudniony pracuje poza miejscem swojego zamieszkania – wynika z badań GUS. Wolą mieszkać u siebie, a zarabiać tam, gdzie można.

Do pracy w innej gminie dojeżdża ok. 3,3 mln pracowników, czyli 30,6 proc. ogólnej liczby zatrudnionych – wynika z ostatniej publikacji Głównego Urzędu Statystycznego.

GUS w swoich badaniach nie pytał Polaków o ich sytuację, ale przeanalizował dane Ministerstwa Finansów i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych właśnie pod kątem miejsca pracy i miejsca zamieszkania. Pochodzą one z 2016 r., jednak wydaje się, że jeśli chodzi o skalę takich międzygminnych przepływów, także obecnie może ona być podobna.

Okazuje się, że najmniej ruchliwi są mieszkańcy Podlasia – tylko ok. 50 tys. osób dojeżdża do pracy do innego miasta. Za to największe przepływy pracowników dotyczą Śląska – ok. 510 tys. osób. Tam największym miastem przyjmującym są Katowice (prawie 114 tys. osób rocznie), Bielsko-Biała i Gliwice (po ponad 30 tys.), co ma zapewne związek z prężnie działającym tam przemysłem motoryzacyjnym. Za to najwięcej osób wyjeżdża z takich miast jak Sosnowiec, Bytom czy Zabrze.

Z kolei wśród miast wojewódzkich najwięcej osób spoza miejsca zamieszkania dojeżdża do pracy do Warszawy – ponad 251 tys. Na drugim miejscu pod tym względem znalazły się Katowice, ale sporo pracowników przyjmują też Poznań i Kraków (po ok. 85 tys.) czy Wrocław (ok. 70 tys.). GUS wyliczył również, że do wielkich miast przyjeżdżają przede wszystkim mieszkańcy okolicznych gmin.

– Mamy więc m.in. potwierdzenie nasilającego się w ostatnich latach trendu migracji podmiejskiej – zauważa Tomasz Kaczor, ekspert z Instytutu Prevision. – Poza tym mamy też w Polsce sporo miejscowości, w których nie ma pracy i trzeba ją znaleźć na największym okolicznym rynku pracy. Wielkie miasta stają się takimi lokalnymi centrami grawitacji ekonomicznej – dodaje.

Kaczor zaznacza, że na podstawie przedstawionych badań trudno jednak ocenić poziom mobilności zawodowej Polaków czy prawdziwej wewnętrznej migracji za chlebem. – To określa między innymi, na ile w poszukiwaniu lepszej pracy jesteśmy skłonni przenieść się z miasta do miasta, z jednego końca Polski na drugi – mówi Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC. – Wedle moje oceny nie jest to powszechny trend, co widać chociażby po obecnej sytuacji na rynku pracy – wyjaśnia.

Bo z jednej strony są w Polsce miejsca, gdzie bezrobocie jest praktycznie zerowe, a pracodawcy borykają się z notorycznym brakiem rąk do pracy. Z drugiej zaś są i takie, gdzie panuje nawet 10-procentowe bezrobocie, a płace kształtują się na poziomie minimalnym.

– Barierą we wzroście mobilności zawodowej jest moim zdaniem brak rynku tanich mieszkań na wynajem – uważa Gomułka. – Osobom o niskich kwalifikacjach trudno się przenieść do innego miasta, bo za swoje niskie zarobki nie będzie ich stać na utrzymanie się – mówi obrazowo.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA