fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polskie Orły

Trzy starty Polaków na Euro: pech, rozczarowanie, niedosyt

Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski – nasi bohaterowie mistrzostw Europy 2016 we Francji
PAP/DPA
Z jedenastu meczów rozegranych w finałach mistrzostw Europy Polska wygrała tylko dwa, a w żadnym nie strzeliła więcej niż jednej bramki.

Latem 2006 roku, po przegranych mistrzostwach świata w Niemczech, prezes PZPN Michał Listkiewicz postanowił zatrudnić trenera z zagranicy. Wybór padł na 64-letniego Holendra Leo Beenhakkera, od ćwierć wieku czołowego trenera świata.

Jego ówczesna sytuacja była nieco podobna do tej, w jakiej dziś znalazł się Paulo Sousa. Nie znał zupełnie polskich zawodników i naszych realiów, a na przygotowania do pierwszego meczu eliminacyjnego miał półtora miesiąca. Mimo że początkowo stroił fochy, dając do zrozumienia, że musi pracować na peryferiach piłkarskiej cywilizacji, to szybko zorientował się, że oceniał Polskę i Polaków niesprawiedliwie.

Polski sztab Beenhakkera

Przede wszystkim musiał dostosować się do wymogów stawianych przez Listkiewicza. Prezes zgodził się tylko na jednego asystenta wybranego przez Beenhakkera. Był to bardzo znany w branży trener bramkarzy Holender Frans Hoek, jednak razem z nim pracował Andrzej Dawidziuk ze szkoły w Szamotułach. Pozostali współpracownicy musieli być Polakami. Na różnych etapach pracy byli to czołowi lub dobrze rokujący polscy trenerzy: Bogusław Kaczmarek, Dariusz Dziekanowski, Adam Nawałka, Jan Urban, Rafał Ulatowski, Radosław Mroczkowski i Andrzej Zamilski.

Było jeszcze coś, czego szczęśliwie nie doświadcza Paulo Sousa. Beenhakker musiał zmagać się z rozmaitymi atakami, lub przynajmniej niechęcią grupy polskich trenerów, uważających, że nie jest od nich lepszy, a na jego miejscu powinien być ktoś z naszych rodaków. Za nieformalnego przywódcę opozycji wobec Beenhakkera uważany był Antoni Piechniczek. Miał on jeden, ale bezsporny argument: prowadził reprezentację na dwóch mundialach, z których pierwszy zakończył na trzecim miejscu, a Beenhakker nie wygrał na mistrzostwach ani jednego meczu.

Po stronie polskich trenerów stanęła część dziennikarzy. Zwłaszcza ci, którzy uważali, że powinni mieć wpływ na rozmaite decyzje dotyczące powołań, a Beenhakker nie zamierzał się z dziennikarzami bratać, bo na odległość wyczuwał w ich tekstach interesy trenerów i agentów piłkarzy.

Holendrowi nie było więc łatwo, bo sam sobie zadania nie ułatwiał. Kiedy Polska przegrała z Finlandią, został ostro zaatakowany. Nie poprawił jego sytuacji remis z Serbią przy Łazienkowskiej i wymęczone wyjazdowe zwycięstwo nad Kazachstanem.

Przeciwnikiem w czwartym meczu była Portugalia z młodym Cristiano Ronaldo i europejskimi gwiazdami. Teksty żegnające Beenhakkera zostały przygotowane. A on coraz więcej wiedział, coraz lepiej dogadywał się z zawodnikami, w efekcie Polska rozegrała jeden z najlepszych meczów i po dwóch golach Euzebiusza Smolarka pokonała w Chorzowie Portugalię 2:1. Wydarzyło się coś, co mało kto brał pod uwagę.

Od tej pory wszystko szło jak z płatka. Atmosfera znacznie się polepszyła, krytyka przycichła, po zwycięstwie nad Belgią pierwszy raz awansowaliśmy na finały mistrzostw Europy. Tygodnik „Wprost" przyznał Beenhakkerowi tytuł Człowieka Roku 2007.

Stało się jednak to samo, co na mundialach w Korei i w Niemczech. Coś poszło nie tak w przygotowaniach, skoro po kontuzji Jakuba Błaszczykowskiego tuż przed rozpoczęciem turnieju trener nie wezwał na jego miejsce zawodnika testowanego w ostatnich meczach, tylko takiego, którego w ostatnich miesiącach powołał zaledwie raz. Tym piłkarzem był ofensywny pomocnik Herthy Berlin Łukasz Piszczek.

Przed turniejem Piszczek wyjechał z rodziną na wyspę Rodos. Tam dotarła do niego wiadomość, że ma się pilnie stawić na zgrupowaniu w miasteczku Bad Waltersdorf. W piątek bawił się piłką i opalał na greckiej plaży, a w niedzielę, w Klagenfurcie, walczył przeciw reprezentacji Niemiec.

Przegraliśmy 0:2, co nikogo nie zaskoczyło. Emocje zaczęły się w drugim meczu, z gospodarzami, na ich stadionie narodowym w Wiedniu. Dobrze było do 90. minuty. Artur Boruc fantastycznie bronił w kilku sytuacjach sam na sam. Polska prowadziła 1:0 po strzale Rogera Guerreiro. Był on Brazylijczykiem, któremu prezydent Lech Kaczyński przyznał „szybką ścieżką" polski paszport.

Bramka padła ze spalonego, ponieważ jednak dla nas, a nie dla przeciwnika, specjalnie tego nie roztrząsano. W doliczonym czasie gry angielski sędzia Howard Webb dopatrzył się faulu Mariusza Lewandowskiego na Sebastienie Proedlu. Trzeba dużo złej woli, żeby tak zinterpretować przepychanie się w walce o piłkę.

Ivica Vastic wykorzystał jedenastkę, Austria dzięki temu zremisowała, my zostaliśmy na ostatnim miejscu. „Mecz o honor" z Chorwacją przegraliśmy 0:1. Kończyliśmy turniej w poczuciu krzywdy wyrządzonej przez sędziego.

Kibice chcieli Franza

W kwietniu 2007 roku UEFA przyznała Polsce i Ukrainie prawo organizacji mistrzostw Europy 2012. Turniej odbywał się w czasie, kiedy na czele rządu stał Donald Tusk.

Dla kogoś, kto lubił „haratać w gałę" i robił to dobrze, Euro w Polsce stawało się nie tylko osobistą przyjemnością i satysfakcją. Dla Platformy Obywatelskiej była to szansa na pokazanie sprawności organizacyjnej kraju. Biorąc pod uwagę drogi, lotniska, stadiony, hotele – nowe lub modernizowane – które powstały przy okazji Euro 2012, to był sukces. Tylko piłkarze wszystko zepsuli.

Trenerem, który miał poprowadzić reprezentację do sukcesu, był Franciszek Smuda. Postawił na niego prezes PZPN Grzegorz Lato. Wybór został przyjęty ciepło, ponieważ Smuda od czasów wprowadzenia Widzewa do Ligi Mistrzów cieszył się opinią wybitnego trenera.

Był pierwszym selekcjonerem, który nie musiał walczyć o awans do turnieju w eliminacjach. Od października 2009 roku do czerwca 2012 reprezentacja rozegrała 34 mecze międzypaństwowe, ale ani jednego o punkty. Smuda mógł wybierać rywali i próbować zawodników, jednak w spotkaniach towarzyskich nie podlegali oni żadnej presji.

Trener sięgał po najlepszych, nie kierował się sentymentami, ale zrobił też coś, czego na taką skalę do tej pory nie było. Postawił na pięciu zawodników mających polskich rodziców lub przodków, ale nieutrzymujących dotychczas z Polską trwałych kontaktów. To Adam Matuszczyk (1.FC Koeln), Sebastian Boenisch (Werder Brema), Eugen Polanski (1.FSV Mainz) i Damien Perquis (FC Sochaux). Piątym był debiutujący za kadencji Beenhakkera Ludovic Obraniak (Lille).

Smuda miał nadzieję, że gracze występujący w Bundeslidze i Ligue 1 podniosą poziom reprezentacji. Owszem, grali dobrze, ale nie na tyle, żeby pomóc. W dodatku część kibiców traktowała ich z nieufnością, powtarzając sformułowanie, jakiego użył wobec nich jak zawsze elegancki Jan Tomaszewski: „farbowane lisy". W meczu otwarcia Euro na Stadionie Narodowym początkowo wszystko szło jak należy. W 17. minucie Jakub Błaszczykowski dośrodkował z prawego skrzydła, a Robert Lewandowski strzelił głową swoją pierwszą bramkę na tym stadionie.

Los nam sprzyjał, bo w 44. minucie stoper Sokratis Papastathopoulos otrzymał czerwoną kartkę. Wcześniej po kontuzji zszedł Avram Papadopoulos, więc na drugą połowę Grecy wychodzili bez dwóch podstawowych środkowych obrońców, w dziesiątkę i ze stratą gola.

Komfortowa sytuacja chyba uśpiła Polaków. W 50. minucie Grecy wyrównali. W 69. Wojciech Szczęsny sfaulował rywala, dostał czerwoną kartkę, ale karnego szczęśliwie obronił Przemysław Tytoń. Smuda jakby usnął na ławce. Nie przeprowadził żadnej zmiany, Polacy stracili rezon i dobrze, że utrzymali remis.

Drugi mecz z Rosją też skończył się remisem. Tym razem to przeciwnicy pierwsi strzelili bramkę. Po przerwie Polacy atakowali tak ładnie, szybko i w różnorodny sposób, że Rosjanie mogli tylko wybijać piłkę. Piękny gol Błaszczykowskiego przyniósł remis. Po takim występie można było z optymizmem czekać na trzeci występ, we Wrocławiu przeciw Czechom. Pierwszy raz od mundialu w roku 1986 w trzecim meczu Polacy mieli walczyć nie o honor, tylko o awans.

Czesi grali mądrze, my nerwowo. Jedna strata piłki na naszej połowie zakończyła się bramką dla gości. Tak żegnaliśmy się z turniejem. Gospodarz odpadł już po pierwszej rundzie. Nazajutrz, na placu Defilad w Warszawie piłkarzom dziękowało za grę kilka tysięcy kibiców.

Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek grali już w Borussii, ale nie mieli jeszcze tak mocnych pozycji jak nieco później. Innych gwiazd nie było. Franciszek Smuda odszedł honorowo wkrótce po turnieju, mimo że obowiązywał go jeszcze kontrakt z PZPN. Nie stracił wiele ze swojej popularności.

Nietrafiony karny

W roku 2016, we Francji, reprezentacja rozegrała najlepszy ze wszystkich trzech turniejów. Adam Nawałka zbudował drużynę z kręgosłupem: Łukasz Fabiański lub Wojciech Szczęsny, Kamil Glik, Grzegorz Krychowiak, Arkadiusz Milik, Robert Lewandowski, z bardzo dobrą prawą stroną – Łukasz Piszczek, Jakub Błaszczykowski. A był jeszcze wielki talent: 22-letni Piotr Zieliński.

Każdy z nich miał silną pozycję w swoim znanym zagranicznym klubie. To była przyzwoita europejska drużyna. Nawałka dla dobra wspólnego dokonał zmiany kapitana, zastępując Błaszczykowskiego Lewandowskim. Wdzięku w tej procedurze za dużo nie było. „Lewego" bardzo to podbudowało, „Kubę" załamało, tym bardziej że zmieniał klub i borykał się z kontuzjami. Z tego powodu w roku 2014 ani razu nie wystąpił w reprezentacji. Do turnieju przygotowywał się sam i zrobił to perfekcyjnie. W meczach z Ukrainą i Szwajcarią zdobył dwie bramki i został uznany za najlepszego zawodnika polskiej drużyny na turnieju.

Najdziwniejsze było to, że bardzo wysoko w tej nieformalnej klasyfikacji znalazł się Michał Pazdan. W lidze, jako zawodnik Legii, często irytował nieudanymi zagraniami. We Francji imponował, skutecznie zatrzymywał nawet Cristiano Ronaldo, co skłoniło kibiców do nazwania Polaka „ministrem obrony narodowej".

Kluczem do sukcesu stało się zwycięstwo nad Irlandią Północną w pierwszym meczu. Dzięki temu Polacy nie musieli grać z nożem na gardle. Nawet Niemcy, aktualni mistrzowie świata, pokonani dwa lata wcześniej w Warszawie, nie byli tak groźni jak dawniej. Zremisowaliśmy z nimi po wyrównanej grze, a potem pokonaliśmy Ukrainę.

Dwa kolejne mecze, ze Szwajcarią i Portugalią, okazały się wyjątkowe, ponieważ pierwszy raz reprezentacji do rozstrzygnięcia potrzebne były dogrywka i rzuty karne. Ze Szwajcarią udało się wygrać. O porażce z Portugalią zadecydował niecelny strzał Błaszczykowskiego.

Dziesięć dni później Portugalczycy zostali mistrzami, a my wracaliśmy z podniesionymi głowami. Nie przegraliśmy żadnego z pięciu meczów, konfliktów z szatni nie widać było na boisku. Kiedy obrońca Fabian Schaer ostro sfaulował Lewandowskiego, pierwszym, który biegł wymierzyć Szwajcarowi sprawiedliwość, był Błaszczykowski. Wydawało się, że wreszcie mamy drużynę na miarę oczekiwań. Upłynęły dwa lata i podczas mundialu w Rosji okazało się, że jednak nie mamy. Ani drużyny, ani trenera.

Mecze Polaków na mistrzostwach Europy

- 2008, AUSTRIA I SZWAJCARIA

Klagenfurt, Polska - Niemcy 0:2

Wiedeń, Prater, Polska – Austria 1:1, gol: Roger Guerreiro

Klagenfurt, Polska – Chorwacja 0:1

- 2012, POLSKA I UKRAINA

Warszawa, Stadion Narodowy, Polska – Grecja 1:1, gol: Robert Lewandowski

Warszawa, Stadion Narodowy, Polska – Rosja 1:1, gol: Jakub Błaszczykowski

Wrocław, Polska – Czechy 0:1

- 2016, FRANCJA

Nicea, Polska – Irlandia Płn. 1:0, gol: Arkadiusz Milik

Saint Denis, Stade de France, Polska – Niemcy 0:0

Marsylia, Stade Velodrome, Polska – Ukraina 1:0, gol: Jakub Błaszczykowski

St. Etienne, Polska – Szwajcaria 1:1, rzuty karne 5:4, gol: Jakub Błaszczykowski

Marsylia, Stade Velodrome, Polska – Portugalia 1:1, rzuty karne 3:5, gol: Robert Lewandowski

Razem: 11 meczów – 2 zwycięstwa, 6 remisów, 3 porażki. Bramki 7:9.

Strzelcy: 3 – Błaszczykowski, 2 – Lewandowski, 1 – Roger, Milik.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA