fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

SPD szuka miejsca na skrajnej lewicy

Norbert Walter-Borjans i Saskia Esken nieoczekiwanie wygrali głosowanie wśród członków partii i kilka dni temu przejęli władzę w SPD
AFP
Pragnąc uniknąć marginalizacji, niemieccy socjaldemokraci nie wahają się sięgać po idee z portfela populistów.

Co się dzieje w Niemczech co 11 minut? – brzmiało standardowe pytanie Saskii Esken na zgromadzeniach partyjnych SPD. – W tym czasie dziedziczonych jest 8 mln euro – przypominała wszystkim nowa obecnie współprzewodnicząca SPD, najstarszej niemieckiej partii politycznej, sugerując, że należy opodatkować spadki.

Drugim współprzewodniczącym jest Norbert Walter -Borjans, o którym pani Saskia mówi, że znalazł się u jej boku, bo jest zwolenniczką równouprawnienia i „dlatego pragnę dać szansę mężczyźnie".

Państwo bardziej opiekuńcze

Takie uwagi brzmią mało poważnie i tak są traktowane przez niemieckie media, ale mają zwrócić uwagę na fakt, że w SPD dokonuje się gruntowne przewartościowanie idei. Nowe okazały się na tyle porywające, że to właśnie para Esken–Walter-Borjans zdobyła największe poparcie ponad 400 tys. członków SPD w trwającym kilka miesięcy procesie wyłaniania nowego kierownictwa. Co ciekawe, jednoznacznie za radykalnie lewicowym programem opowiedzieli się Jusos, czyli młodzieżówka SPD. A to jedna piąta członków partii, która może liczyć obecnie na 15 proc. poparcia, pozostając w tyle za AfD.

Nadzieje związane z kursem nowego kierownictwa partii znajdującej się od lat na równi pochyłej są ogromne.

– Kluczem do jej odrodzenia ma być mocny skręt w lewo i próba powrotu do dawnej SPD z czasów, gdy była jednoznacznie kojarzona jako obrońca klasy robotniczej – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Jochen Staadt, ekspert z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Dość przypomnieć, że SPD dopiero w 1959 roku zerwała z marksizmem, akceptując niemiecki model kapitalizmu.

Propozycje programowe nowej pary przewodniczących sprowadzają się do podniesienia podatków dla bogatych, zarzucenia całej dotychczasowej polityki równoważenia budżetu i sięgnięcia po pożyczki na sfinansowanie programów społecznych. Ma ich być nie tylko więcej, także te, które już obowiązują, mają objąć większą grupę obywateli.

Dla przykładu warunki wypłat zasiłków dla bezrobotnych mają zostać złagodzone tak, aby cały program był dostępny dla szerszego grona potrzebujących. Co więcej, program ten miałby się już nie nazywać Hartz IV. To nazwa pochodząca z czasów kanclerza z ramienia SPD Gerharda Schrödera, który kilkanaście lat temu przesunął partię na prawo, co było jedną z przyczyn jej trwającej do dzisiaj zapaści.

Proponowana nowa nazwa zasiłku to Bürgergeld, czyli świadczenie obywatelskie, co kojarzyć się ma z ideą obywatelskiego dochodu podstawowego gwarantowanego nawet bez pracy.

Zapłacą bogaci

Nowe kierownictwo SPD  wysyła czytelny sygnał, że państwo socjalne, do którego zmierza, będzie czymś więcej niż obecny model państwa opiekuńczego opartego na zasadach społecznej gospodarki rynkowej.

Wyraźnie populistyczny tandem na czele SPD proponuje też podwyższenie płacy minimalnej do 12 euro za godzinę (teraz 9,19). Na przeszkodzie rozwojowi infrastruktury czy sieci komunikacyjnych i walce z ociepleniem klimatycznym nie powinny też stać żadne ograniczenia budżetowe. Potrzeby inwestycyjne państwa na najbliższe dziesięć lat ocenia się przy tym na 500 mld euro.

Nową pozycją w budżecie ma być opodatkowanie fortun, a także przywrócenie dawno zarzuconego podatku spadkowego. Ma to zapewnić dochód 9 mld euro rocznie. Dodatkowo wprowadzone ma zostać ograniczenie szybkości na autostradach 130 km/h.

I rzecz niezmiernie obecnie ważna: na pięć lat powinny zostać zamrożone czynsze w całym szeregu miast. Ponad dwie trzecie mieszkańców niemieckich miast mieszkania wynajmuje.

Strategia na przyszłość

Zdaniem Jochena Staadta taki program ma dwa zasadnicze cele. Pierwszy to zahamowanie odpływu członków i zwolenników z SPD do innych ugrupowań, zwłaszcza do Zielonych wyrastających na drugą siłę polityczną w Niemczech. Drugi cel sprowadza się do otwarcia nowego rozdziału w powojennej historii Niemiec w postaci możliwości zawarcia koalicji rządowej SPD z postkomunistami z Die Linke (Lewicy).

Nowe propozycje programowe socjaldemokratów niewiele się już różnią od założeń Lewicy. Zresztą część jej członków to dysydenci z SPD z czasów zwrotu w prawo kanclerza Schrödera. Przyłączenie się do takiego sojuszu Zielonych dałoby tzw. koalicji czerwono-czerwono-zielonej (SPD-Lewica-Zieloni) realne szanse na przejęcie władzy po zakończeniu obecnej, czwartej kadencji Angeli Merkel. Ale to sprawa dość dalekiej przyszłości.

Merkel niezagrożona

– Nie dostrzegam silnego zagrożenia dla trwałości obecnej koalicji mimo zgłaszanych przez SPD zastrzeżeń i żądań – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Thomas Poguntke z uniwersytetu Heinricha Heinego w Oberstdorfie. Jego zdaniem nawet wyjście SPD z koalicji nie doprowadzi do upadku rządu, bo zawsze pozostaje alternatywa w postaci rządu mniejszościowego CDU/CSU, tym bardziej że budżet na przyszły rok został już uchwalony. To w sytuacji gdy w ramach procedury konstruktywnego wotum zaufania kandydatowi opozycji na nowego szefa rządu nie uda się zdobyć większości w Bundestagu. A taki układ sił panuje obecnie w parlamencie. Przedterminowe wybory byłyby jedynie możliwe, gdyby po ewentualnym opuszczeniu koalicji przez SPD sama pani kanclerz uruchomiła ciąg wydarzeń prowadzących do elekcji. Zapowiada jednak, że chce dotrwać do końca kadencji za niemal dwa lata.

Nie bez znaczenia w całej układance jest objęcie przez Niemcy przewodnictwa w UE w drugiej połowie 2020 roku. – Nie tylko CDU/CSU nie zaryzykują takiego rozwoju wydarzeń, w którym to nie zaprawiona w bojach unijnych Angela Merkel miałaby reprezentować w tym czasie Niemcy – mówi prof. Poguntke.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA