fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Andrzej Duda nie mógł, a jednak poleciał. Co zdarzyło się w Babimoście?

Andrzej Duda
fot. Jakub Szymczuk/ KPRP
Niezgodny z przepisami lot z prezydentem RP na pokładzie tuszowali urzędnicy i szefowie instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo oraz władze PLL LOT - stenogramy ich rozmów ujawniła Wirtualna Polska.

Powrót prezydenta Andrzeja Dudy z Zielonej Góry do Warszawy 2 lipca 2020 r., na finale kampanii wyborczej, odbył się ze złamaniem najważniejszej reguły – samolot z głową państwa wystartował po zamknięciu lotniska i zakończeniu pracy przez kontrolę ruchu lotniczego.

Lotnisko w Babimoście czynne było wówczas do 22. O tej samej godzinie pracę kończył kontroler (zgodnie z prawem nie może zostać w pracy nawet pięć minut dłużej). Kolumna z prezydentem pojawiła się na lotnisku o 21.55. Samolot nie miał prawa wzbić się w powietrze, a jednak o 22.12 odleciał. Kapitan statku powinna odmówić lotu, jednak tego nie zrobiła.

Portal Wirtualna Polska ujawnił we wtorek, jak grupa państwowych urzędników, po tym kiedy sprawą zaczęli interesować się dziennikarze, próbowała ukryć ten incydent. Dowodem są ujawnione rozmowy na komunikatorze WhatsApp. Rozmowa „jak wybrnąć z kłopotu” toczyła się między szefem LOT Rafałem Milczarskim, Januszem Janiszewskim, prezesem Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, dwoma ministrami (Marcinem Horałą i Maciejem Małeckim), Marcinem Kędryną, dyrektorem biura prasowego Kancelarii Prezydenta RP. Z zapisu rozmów wynika, że każdy zdawał sobie sprawę, że lot nie powinien się odbyć. Do mediów ma iść nieprawdziwy komunikat. „Dyskusja skupia się przede wszystkim na tym, jak ukryć przebieg wydarzeń, które mogłyby zaszkodzić Andrzejowi Dudzie w kampanii prezydenckiej” – podkreśla WP.

Z rozmowy między wieżą a pilotem wynika, że na kapitan jest wywierana presja, by lecieć (choć lotnisko było już od kilku minut zamknięte). Pilot mówi: „Wiem, ja rozumiem, no z tyłu nas też naciskają, dlatego pytam, żeby ewentualnie rzucić hasłem jakimś”.

Sprawę incydentu bada Państwowa Komisja Badania Wypadków. Kapitan statku, która zdecydowała się wystartować wbrew przepisom, „nie zgłosiła incydentu, co w efekcie doprowadziło do utraty nagrań z kabiny tamtego lotu”.

LOT tłumaczy, że „wewnętrzne postępowanie wykazało brak naruszeń przepisów prawa lotniczego. Popełniono za to błąd w zastosowaniu instrukcji operacyjnej, który powstał w wyniku niejednoznacznej komunikacji z wieżą kontroli lotów”.

– Po katastrofie smoleńskiej, która powinna być nauczką do końca życia, promowaliśmy asertywność. Ta historia pokazuje, że już tak nie jest. Łamanie wydawałoby się drobnych procedur buduje grunt pod przyszłe wypadki – mówi nam Tomasz Siemoniak, były wicepremier i minister obrony rządu PO–PSL.

Przypomina podobną sprawę, gdy premier Donald Tusk poleciał do Afganistanu. W drodze powrotnej, z międzylądowaniem na zatankowanie w Armenii, zaczął padać śnieg. – To wstrzymało lot o trzy minuty. Ale lotnisko zamknięto i nigdzie nie polecieliśmy – mówi.

– Obowiązuje jedna podstawowa zasada: decyduje i ostatnie zdanie zawsze powinien mieć, i w dobrze zorganizowanych państwach ma, dowódca statku powietrznego – mówi Wojciech Łuczak, wiceprezes Agencji Lotniczej Altair. – Po tragedii smoleńskiej jako grupa analityków lotniczych zabiegaliśmy u prezydenta Komorowskiego o wprowadzenie bardzo ścisłych procedur lotów najwyższych osób w państwie. Po to, by jakakolowiek decyzja polityczna nigdy nie wpływała na decyzje, które w przypadku lotów ma podejmować wyłącznie kapitan statku powietrznego. Nie wiem, czy te procedury wprowadzono – wskazuje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA