fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Bartkiewicz: Premier Kaczyński – projekt ryzykowny

Fotorzepa/Jerzy Dudek
Objęcie przez Jarosława Kaczyńskiego teki premiera miałoby – z punktu widzenia PiS i samego Kaczyńskiego – sens jedynie wtedy, gdyby pojawiła się potrzeba osłaniania rządu przed atakami z prawej strony.

PiS wielokrotnie w czasie trwającej kadencji parlamentu udowadniał, że jeśli partii tej na czymś zależy, potrafi działać błyskawicznie (czasem za szybko nawet dla osób z obozu dobrej zmiany – casus pierwszej próby zreformowania sądownictwa i weta prezydenta Andrzeja Dudy). W temacie rekonstrukcji rządu pośpiechu jednak nie widać. Przeciwnie: cała operacja wygląda jak gra na czas – do pewnego momentu używana jako temat zastępczy, obecnie upchnięta w szufladzie z napisem „Sprawy na jutro”.

Według najnowszych sygnałów płynących od polityków PiS, rekonstrukcja może nastąpić dopiero na przełomie grudnia i stycznia. PR-owo to nawet niezły moment (nowy rząd na nowy rok), ale sęk w tym, że jest to już co najmniej trzeci termin wskazywany przez zainteresowanych – przy czym każdy kolejny odsuwał sprawę w czasie.

Być może owo opóźnienie bierze się stąd, że to, czego od jakiegoś czasu wszyscy się po rekonstrukcji spodziewają – czyli zmiana w fotelu premiera – wiąże się dla PiS z poważnym ryzykiem. Jarosław Kaczyński jest niewątpliwie faktycznym liderem obozu dobrej zmiany, ale nigdy nie był jego twarzą. Ba – w czasie kampanii wyborczej był wręcz w drugim szeregu, wypychając na pierwszy plan przyszłego prezydenta i przyszłą premier. To rozwiązanie się sprawdziło i sprawdza się do dziś – o czym świadczą choćby rankingi zaufania do polityków, w których prezydent Duda i premier Szydło otwierają zestawienie polityków, którym ufamy, podczas gdy Kaczyński jest od lat w czołówce polityków, którym ufamy nieco mniej. Jak wiadomo lepsze jest często wrogiem dobrego – choć w tym przypadku trudno przypuszczać, by Kaczyński był rzeczywiście lepszym – z perspektywy PiS – premierem niż Szydło.

Powodów jest co najmniej kilka. Nieufność okazywana przez ankietowanych Kaczyńskiemu nie bierze się znikąd. Prezes PiS ma skłonność do bardzo radykalnych wystąpień, których sednem jest dualistyczne postrzeganie świata (słynne: „My stoimy tam gdzie wtedy, oni tam gdzie stało ZOMO”). Taka wyrazistość niewątpliwie sprawia, że osoby w pełni podzielające poglądy Kaczyńskiego skoczyłyby za nim w ogień – jednak dla osób mniej zaangażowanych ideologicznie jest to pewien problem. Tymczasem Kaczyński jako premier byłby – siłą rzeczy – znacznie częściej zmuszony do publicznych wystąpień. Poseł Kaczyński zabiera głos, wtedy kiedy chce. Premier Kaczyński zabierałby głos również wtedy, gdy premier głos zabierać musi.    

Po drugie – sterowanie obozem dobrej zmiany z tylnego siedzenia to wygodna pozycja do kontrolowania sytuacji w pozornie tylko jednolitym obozie Zjednoczonej Prawicy. W samym PiS-ie są politycy ambitni (Antoni Macierewicz), których dobrze mieć na oku, by zbyt bardzo nie wybili się na niepodległość. Ambicji niewątpliwie nie można też odmówić Jarosławowi Gowinowi i Zbigniewowi Ziobrze, którzy na dodatek dysponują własnymi partiami. Administrowanie krajem to praca zapewniająca zajęcie przez 24 godziny na dobę – a Kaczyński nie ma w partii zastępcy cieszącego się autorytetem na tyle dużym, by bez pomocy prezesa zduszać w zarodku kiełkujące konflikty. Kaczyński, który w latach 90-tych był świadkiem tego, że wystarczyło trzech polityków prawicy w jednym pokoju, by spotkanie zakończyło się powstaniem nowej partii, musiałby więc być jednocześnie w KPRM i na Nowogrodzkiej. A ostatecznie zapewne zabrakłoby go i tu, i tu.

Po trzecie – z obecnej pozycji mentora rządu Kaczyński może przypisywać sobie wszystkie jego sukcesy (tak jak było z programem 500plus, który – jak kilka razy publicznie mówił – sam wymyślił) jednocześnie dystansując się do porażek. Jeśli nie udało się zreformować sądownictwa – to przez Zbigniewa Ziobrę i Beatę Szydło, którzy nie zapewnili odpowiedniej komunikacji z prezydentem. Jeśli Komisja Wenecka przyjechała do Polski za wcześnie – to przez szefa MSZ. Protest rezydentów? To wina ministra Konstantego Radziwiłła – etc. Kaczyński nie mógł się zdystansować tylko od jednej porażki – nieudanej próby zablokowania przedłużenia kadencji Donalda Tuska na stanowisku szefa RE – bo w tym przypadku było jasne, że to on jest inicjatorem całej operacji. Efekt? Jedyny raz w ciągu dwóch lat PiS nieco stracił w sondażach. Gdyby Kaczyński został premierem takie ryzyko wiązałoby się z każdą porażką rządu. Dziś można wyjaśniać porażki schematem „dobry car – źli bojarzy”. Gdy car zaczyna osobiście kierować bojarami, wytrąca sobie z ręki ten atut.

Dlaczego więc w ogóle Kaczyński miałby zostawać premierem. Otóż jest jeden scenariusz, w którym byłoby to zasadne – choć bardzo kosztowne. To scenariusz w którym ceną zgody prezydenta na reformę sądownictwa bliższą temu czego chce PiS, a nie tego czego oczekuje Pałac, byłaby dymisja Macierewicza (oraz – choć to ma chyba w całej rozgrywce mniejsze znaczenie – oddanie dyplomacji w ręce prezydenta i Krzysztofa Szczerskiego). Wypchnięcie Macierewicza z rządu to igranie z demonami polskiej prawicy - a więc jej skłonnością do podziałów. Gdyby Macierewicz odszedł z rządu, a premierem pozostała Beata Szydło, wówczas były już szef MON, a także sprzyjający mu publicyści lokujący się po prawej stronie polskiego dyskursu politycznego, niewątpliwie raz po raz wbijaliby szpilę w rząd (a już na pewno w następcę Macierewicza). O ile jednak krytykowanie Szydło i jej ekipy przyszłoby im zapewne dość łatwo – o tyle krytykowanie Kaczyńskiego byłoby po stokroć trudniejsze, gdyż oznaczałoby kruszenie fundamentu całej Zjednoczonej Prawicy. Premier Kaczyński osłoniłby więc swoim autorytetem rząd przed czarnymi chmurami zbierającymi się po prawej stronie – kosztem ryzyka utraty części terytorium zdobytego na lewo od PiS.

O tym, że rekonstrukcja jest powiązana z kwestią reformy sądownictwa świadczy fakt, że na początku stycznia – a więc wtedy gdy, według najnowszych deklaracji, ma do niej dojść – sprawa ustaw o KRS i SN będzie już rozstrzygnięta. Jeśli więc prezydent tym razem nie użyje weta (w sytuacji, gdy poprawki istotnie zmienią kształt jego projektów może, dla zachowania twarzy, skierować je do TK) – wówczas strona rządowa będzie mogła wywiązać się ze swojej części tego układu.

Jest ironią losu, że w kontekście objęcia stanowiska premiera przez Kaczyńskiego, całą sytuację doskonale opisuje słynny bon mot niedarzonego przez prezesa PiS zbyt wielką estymą Lecha Wałęsy: Kaczyński zapewne premierem być nie chce, ale może musieć nim być.       

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA