fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Czy Rosja znów przyniesie tu nieszczęście?

W Ałtaju konie żyją na wolności. Jak to stado koni orłowskich.
Rzeczpospolita
Nad wioską maleńka cerkiew z błękitnym dachem. Na razie błota przy niej po pas. Jeszcze pop jej nie błogosławił. Ale to tylko chwila. Niedługo ofiarują świątynkę Bogu. Ruski duch się odrodzi. Zabłyszczy. Zatriumfuje. Takie życie.

Góry Ałtaj po pierwszych śniegach pod koniec września stają się powoli płowe. Co prawda słońce, zwłaszcza wczesnym rankiem, pali jeszcze jak oszalałe, roztapia grubą na palec szadź na szybach samochodów, łapczywie zlizuje zwisające z dachów sople, brutalnie budzi śpiące w budach psy i wygania je na podwórza, ale wszyscy już wiedzą, że ciepłe miesiące w tym roku minęły. Lato, owszem, było, dało na chwilę szanse przyrodzie, a teraz poddaje się z wolna nadchodzącej szybkimi krokami zimie.

Kiedy pojawia się pierwszy śnieg? W górach już w sierpniu. W mieście kilka tygodni później. Przychodzi nagle, z północnym wiatrem, i szybko znika. Dwie, trzy godziny po krótkiej śnieżycy chodniki są już suche, znów na chwilę wraca iluzja lata. Ale to tylko iluzja! – drwią z ludzi zaśnieżone szczyty. Śnieg będzie schodził z dnia na dzień coraz niżej i niżej.

W połowie września szarość granitowych skał Iwanowskiego Grzbietu wciąż jeszcze przechodzi w gęsty granat lasów iglastych, by prześliznąwszy się po feerii kolorów jesiennych brzóz i dębów wylądować w końcu na brunatnych, poszarzałych łęgach i kompletnie już bezbarwnych, pełnych wystających badyli łąkach. To tu przewalają się jeszcze od czasu do czasu stada koni, to tu chowają się przed ludzkim okiem jelenie, to tu zbłądzi czasem osowiały jak przysypiająca w cerkwi baba niedźwiedź. Nic dziwnego, całym sobą czuje, że zima już blisko. Najpierw zabielą się szczyty, potem leżący u ich stóp pas tundry, następnie biały piasek przykryje wierzchołki świerków, jodeł i cedrów, by w końcu metrową powłoką przysypać łąki i doliny. Zacznie się trudny czas dla zwierząt. Niedźwiedzie i borsuki zasną niebawem w gawrach, ale reszta będzie musiała jakoś przeżyć. Dla świń znajdzie się kawałek przytulnego chlewu i trochę kartofli, ale dziki, jelenie i konie będą musiały wygrzebać sobie jakieś korzonki czy resztki trawy spod śniegu. Inaczej nie przeżyją.

Tak, syberyjska zima wydarzy się już za chwilę.

Ludzi mało, dystanse zabójcze. Po kazachskiej stronie, w południowym Ałtaju, ledwie dwa miasta i kilkanaście wiosek, odległości między nimi przepastne, możesz dzień jechać i nie spotkać człowieka, za to przyroda jak marzenie.

Przymykam okno. Mroźne powietrze kotłuje się przez chwilę, a potem roztapia w rozgrzanym jak piec pokoju. Torby spakowane. Ciepłe buty na nogach. Samochód, który ma wywieźć nas w góry, już czeka – Do czasów Piotra I to były tereny praktycznie niezamieszkałe – mówi Grisza, właściciel eleganckiego hyundaia, przy którego lusterku powiewa wstążka gieorgijewska. – Mieszkały tu jakieś prymitywne plemiona, krążyli jacyś dzicy łowcy skórek, ale dopiero carowie sprowadzili tu ludzi. Piotr wysłał w te strony z misją majora Iwana Wasilewicza Lichariewa. Ten zbudował fort w widłach rzek Irtysz i Ulba, z którego szybko wyrosła twierdza. Zamek obsadzono kozakami, a że – wojenni ludzie – nie mieli czego jeść, za łby spędzono tu z terenów dawnej Polski całe wsie starowierców. Nie chcieli po dobremu, dano im pół dnia na zapakowanie furmanek i przywieziono siłą. Pierwsze wioski wokół Ust-Kamienogorska powstały już w latach 30. i 40. XVIII wieku. Chłopi żywili kozaków, a ich dzieci pędzono do kopalni. Służba zaczynała się w siódmym roku życia i trwała 25 lat. 14 dni w sztolniach po 12 godzin, a potem dwa tygodnie odpoczynku. Dzieciaki umierały jak muchy, więc wielu starowierców uciekało w góry, tam, gdzie dziś Katon – Karagaj. Właśnie od tych gór kamiennych nazywano ich Kamieńszczykami. Kiedy zabrakło rąk do pracy, zaczęły się zsyłki. Kopalnie musiały przecież pracować.

{ 2 }

Wiesz, że tu nie było pszczół? Piękne łąki, miliony kwiatów, całe kobierce, a pszczół nie było – opowiada Wasilij, 27-latek, właściciel 200 koni z wioski Konowałowka.

– Nie było pszczół? To niemożliwe. Pszczoły są wszędzie.

– Miodonośnych nie było.

– To skąd się wzięły?

– Starowiercy przywieźli. Przywieźli raz, padły zimą. Przywieźli drugi raz, też padły. W końcu za trzecim razem jakiś rój zimę przeżył i od niego te wszystkie następne. A miody u nas słynne. Wielokwiatowe, ałtajskie. Z dodatkiem kaliny, jarzębiny, porzeczki, cedrowych orzechów. Pasieka to dobry interes! – śmieje się Wasia.

– Właściwie to dlaczego przyjechaliście na konie do Riddera, a nie Katon-Karagaju? – pyta bez pretensji, za to z wyraźnym zdziwieniem. – Wszyscy jadą tam. Tam jest turystyka, nie u nas. Musieliście się pomylić.

– Żadna pomyłka. Mówią, że najpiękniej jest w rezerwacie zachodnioałtajskim, więc jesteśmy tu. A konie jakie u was?

– Dobre, orłowskie. Kłusaki albo mieszańce. Długonożne, piękne, silne, wytrzymałe. Przez cały rok żyją na wolności. Lato i zima na łąkach.

– Ale muszą mieć jakąś stajnię...

– Mają. (śmiech) Ot, od rana do rana, od wschodu do zachodu, od stycznia do grudnia. Pod największym dachem świata. Rodzą się i umierają na tych łąkach. Tylko zimą dokarmiam je owsem, ale resztę roku same sobie radzą, tu ziemi, łąk i chwastów dość.

Ruszamy. Ridder został za nami. W tle widać jeszcze kominy 50-tysięcznej metropolii. To sławny ośrodek kopalnictwa rud metali nieżelaznych. – Samego złota wydobywa się tu 20 ton rocznie – opowiada zwalisty Michał Siergiejewicz Niemcew, lokalna sława, dyrektor maleńkiego muzeum wielkiego kombinatu Kazcynk w Ridderze. – Poza tym cynk, miedź, tantal, a całkiem niedaleko stąd uran. Cała tablica Mendelejewa – chwali się uprzejmy, sepleniący nieco gigant. – Polacy też tu byli – mówi. – Wszyscy pracowali w kopalniach. Wszystkie narody Związku Radzieckiego... Ridder nazywał się za czasów radzieckich Leninogorsk. Pięknie tu było. Kopalnie, lud pracujący, stadion, bloki. Plac Lenina był. A teraz co? Nic nie zostało. Złote godło Kazachów. Oni strasznie lubią złoto.

– Lepiej było zostać w Rosji?

– Nie – odpowiada bystrze Pietia, „gid", czyli przewodnik. – Ruskich strasznie dużo, zadeptaliby tę naszą przyrodę. Przyjechaliby strzelać. W Kazachstanie ludzi mało, pograniczniki leniwe, nikt nam nie przeszkadza. Da się żyć.

– A gdzie zarabia się lepiej? Po tej czy po tamtej stronie granicy?

– To zależy gdzie. W Ridderze lepiej niż po ruskiej stronie, ale gorzej niż w Moskwie.

– No tak, Moskwa stolica – odpowiadam. – Tam żyje się jak nigdzie.

Pietia kiwa głową ze zrozumieniem, ale nie wydaje się do końca przekonany.

{ 3 }

Pierwszy dzień w siodle. Konie orłowskie idą jak z nut. W siodle czujesz się jak w fotelu wygodnego mercedesa. Uprząż prymitywna, upleciona ze sznurów, w końskich grzywach osty i paprochy, ale masz poczucie, że ich kopyta iskry krzeszą, że drżą ich energetyczne grzbiety.

Trzymasz mocno w rękach wodze, a konie aż rwą się do kłusu. Jeden mocniejszy uścisk udami i natychmiast galop. Kasztan Małysz i trzej bracia, o których Wasia mówi „Sieryje", pędzą, gdy tylko nadarzy się okazja. Ale jest ich w istocie mało. Półstep szybko przechodzi w pełne wykrotów łąki. Co chwila rzeczka, rów albo kopiec. Koń musi się wysilić, zejść kilka metrów w dół albo przeskoczyć przeszkodę. Czasem się boi, trzeba nad nim popracować, dać mu odejść, raz jeszcze podprowadzić do błotnistej przeprawy, zmusić do skoku, a potem pogłaskać, nie jest to łatwe. Tym bardziej że inni już kawał drogi z przodu. Trzeba gonić.

Wasia, koniuch, jak go przedstawiają, wyraźnie nie ma do mnie zaufania. Unika spojrzeń. Patrzy z byka. Koso jakoś. Z niechęcią. To jego pierwsza wyprawa. Dotąd z turystami nie jeździł. W siodle całe życie. Spracowane ręce, krótko strzyżone włosy, na twarzy szczecina. Głowa otulona czarną, bawełnianą czapką bez nauszników, zielone moro, na nogach gumiaki. Nie wygląda na króla północnokazachskich stepów.

Wiek? Trudno ustalić. Z zaciętą gębą jedzie na samym początku naszej kawalkady.

– Wasia. A wiesz, co znaczy twoje imię?

– Wiem, co znaczy twoje. Bogusław. To i u nas można zrozumieć – odpowiada zaczepnie.

– No dobrze, ja Bogusław, a ty król.

– Jaki ja tam król.

– Tak. Wasilij to Bazyli, a imię Bazyli pochodzi od greckiego słowa basileus, czyli król.

– Czyli ja król?

– Tak, król Ałtaju.

– A Pietka?

– Pietia to po grecku „skała". „Petrus", jak Chrystus nazwał Szymona apostoła. Nazwał i tak zostało.

– To Pietka szczęśliwy. A Dorota?

– Dorothea. Dar od boga. Też po grecku.

– Masza?

– Masza, to Maria, matka Chrystusa. Po hebrajsku „piękna" lub „wspaniała".

– Tatiana?

– Od rzymskiej Tacjany. Gówno byście znali to imię, gdyby nie Oniegin.

– A co on winien?

– To jego sprawka.

– Oniegina?

– A jak?

Pniemy się coraz wyżej. Trawa gęstnieje. Potem zaczynają się błotniste ścieżki i gęstszy las. Konie coraz przyspieszają, potem zwalniają. Śnieg, który do niedawna wydawał się odległą obietnicą, zmusza konie do większego wysiłku. Kopyta nurkują w zaspach, by potem poderwać się do góry i znów zapaść w zlodowaciałe błoto. Co chwila ścieżkę tarasują leżące pokotem drzewa. Dużo brzóz. Wiele z nich pochyla się nad ścieżką z wygiętymi jak grzbiety pniami. Inne zdążyły upaść. Na niektórych wciąż jeszcze liście, wciąż widać jakieś ślady życia, inne butwieją w błocie wąskiej ścieżki. Intensywnie meandrując, zmuszając konie do nieludzkiego wysiłku, wspinamy się na wzgórze. Śniegu przybywa. I zwalonych drzew.

– To od śniegu – mówi Wasia. – Jak tu spadnie za dużo śniegu w sierpniu czy wrześniu, to brzozy nie wytrzymują. Miękkie drzewo, na dodatek w końcu lata ma jeszcze dużo liści.

Grube poduchy znajdują opór i drzewa się kładą, zwłaszcza gdy przygrzeje słońce i śnieg zwilgotnieje. Dużo tu tego, nikt nie nadąża ze zwożeniem z gór.

– Daleko jeszcze? – pytam z lekka zmaltretowany wrzynającym się w kość ogonową siodłem.

– Już blisko. Do Popiereczki jeszcze godzina, może dwie. Trzeba przejść ten grzbiet, potem wielka łąka, jedna i druga i już zobaczysz wioskę.

Zaciskam zęby. Konie zsuwają się jak bobsleje w dół stromej, skalnej rynny. Idą z wysiłkiem, wolno, z trudem łapiąc równowagę. Dziękuję Bogu, że odpowiedzialność za ta wyprawę dzielimy z koniem na dwoje. Zależy mu na życiu nie mniej niż jeźdźcowi, więc uważa. Z samochodem byłoby inaczej. Ale któż tu się wybierze samochodem?

{ 4 }

Wioskę Popiereczkę, a właściwie Popierecznoje, zbudowali – jak wszystkie okoliczne przysiółki – starowiercy. Przygnano ich tu w 1782 roku, za czasów Katarzyny Wielkiej. Na siłę. Któż chciałby w tym klimacie się osiedlać. Chociaż obiecano im, że nie spotka ich tu los palonych żywcem przez carów braci w wierze. W zamian za zgodę na wygnanie mogli czcić Chrystusa po starowiersku, po swojemu. Osiedlili się i zanim sprowadzili pszczoły, wybudowali swoje krzywe chaty z niebieskimi okiennicami i małą cerkiewkę. Szybko zaprzyjaźnili się z przyrodą. Nauczyli lokalnych ziół i grzybów, poradzili sobie z wnykami na zające i borsuki. Zagustowali w lokalnych jagodach i zaczęli uprawiać ziemię. Ileż jej tu było! Łąki wielkie jak królestwa, strumienie czyste jak kryształ, lasy pełne cedrów i jodeł. Zwierzyna, wysokie trawy, a ziemia tak żyzna, że splunąć wystarczy, by plon dawała.

Tylko lato krótkie, a zima długa i ostra. Wtedy zaspy wielkie jak kopce, domy całkiem znikały w śniegu i trzeba było kopać w lodzie tunele, by przejść z chałupy do chałupy. A wiosną znowu błoto tak głębokie, że tonęły w nim świnie i grzęzły końskie kopyta.

Tak zresztą jest do dziś, choć to jesień, nie wiosna. Na poboczu Popiereczki betonowe ruiny kołchozu. Nikt o to dziś nie dba. Wokół zaniedbanych, rozpadających się płotów gęste zarośla krzaków, pętające się wolno i wyraźnie zdziwione pojawieniem się obcych wielkie prosiaki. Niedaleko od nich kury, a kawałek dalej cmentarzysko starych sowieckich samochodów. Jakieś beznadziejnie wypatroszone, przeżarte rdzą szkielety starych ład i zaporożców. Tu leżą, bo gdzież indziej dla nich miejsce. Do najbliższego złomowiska pół setki kilometrów.

Rozjechana kołami traktorów ulica główna wita koleinami do pasa. Jak się przez to wszystko przedrzeć? Masza potrafi. Jeździ starą toyotą, a właściwie pływa w błocie jak wytrawny rajdowiec. Ale to, co w świecie uchodzi za sztukę, tu jest koniecznością.

– U starowierców, żeby pomieszać krew, wędrowało się po żonę do odległej wioski. Ale wiosek było ledwie kilka... – śmieje się bystra blondynka ubrana w gruby sweter i przedpotopowy kombinezon narciarski. Masza jest psychologiem, ale w Popiereczce kupiła stuletni dom, odremontowała i wynajmuje turystom. Z zewnątrz ruina, ale w środku dwie izby, przestronne i zadbane, z glinianymi piecami i bielonymi ścianami aż kłują w oczy czystością. Chłodny przedsionek, w którym suszą się zioła, ciężkie drzwi i niskie futryny (by gość kłaniał się gospodarzom). Zadbane firanki, fantazyjne ozdoby z korzeni, słomiane zwierzęta na parapetach, ale w podłodze szczeliny, przez które wieje mrozem.

Pijemy herbatę z lokalnych ziół, jemy gęstą jak masło śmietanę, drobną kaszę i solone grzyby. Twaróg o smaku nieporównywalnym z niczym. Masza nalewa kilkuprocentowego miodu.

– To nasz miód. Najlepszy na świecie. Ałtajski. Wiecie, skąd pszczoły?

– Tak, już słyszeliśmy.

– Ale o grzybach nie wiecie. Kurki na przykład, wcale nie najsmaczniejsze, ale podane z cebulą działają jako naturalny środek przeciw pasożytom. Mama mi mówiła. Surojadki już takich właściwości nie mają, ale są smaczniejsze. No i rydze. Te najlepsze, choć długo się je kisi. Grzybów i ziół u nas mnóstwo. Całe lato zbieram.

Pijemy ciemną, aromatyczną herbatę z lokalnych ziół. Dom pełen jest ulotnych zapachów mięty i porzeczki, błękitnych chabrów i miodu.

– Tu ludność była pokorna i pracowita. I tak jest do dzisiaj. Wojen nie było. Tylko modlitwa, praca i natura. Dziś znów jest tak samo, choć właśnie kopią doły na wodociąg. Potrzebny, bo do dziś chodzimy z wodzidłami do rzeki. A woda potrzebna. Do picia, do jedzenia, do bani. Łyczka jeszcze miodunki?

Pachnie jak letnia łąka. Kolorami malw, chabrów i maków. – Czujecie ten zapach w całym domu?

Czujemy. Tym bardziej że za oknem intensywnie paruje gęste błoto.

{ 5 }

Lud tu spokojny, pomieszany – mówi Wasia, obracając się ociężale na siodle. – Najpierw byli starowiercy. Z Polski, więc nazywano ich Polakami. Ale potem wszyscy w te góry uciekali. Głównie zesłańcy. Chcieli wracać do domów, a zostawali w tych dolinach. Potem chowali się tu różni przed władzą sowiecką. Chłopi w czasach rewolucji, biali kozacy, bieżeńcy z kołchozów, złodzieje. W latach 20. działała tu banda. Tu w tych okolicach. Ze stu było bandytów, z wszystkich nacji. Byli Niemcy i Polacy. Uzbrojeni. Uciekali przed władzą sowiecką, napadali na posterunki, cerkwie i wioski. Rabowali co i kogo się dało. Na czele bandy stała kobieta. Maria, z Popiereczki. Tak mówią. Znaleźli w tych górach jakąś pieczarę. Jaskinię znaczy... i schowali w niej cały swój skarb. Złoto, perły, drogie kamienie, cenne ikony. A potem dorwała ich czerwona gwardia. Pięćdziesięciu związano i rozstrzelano koło Białoubijskiego Jaru. Niedaleko stąd. A skarbu nikt nie znalazł. Jaskinia się zawaliła czy co? Szukali wszyscy od tamtych czasów po dziś dzień. I nikt nie znalazł.

– A tę Maszę też rozstrzelano?

– Nie, Maszy nie. Masza zniknęła. Gdzieś przepadła.

– Sama?

– Nie, skąd, z pięćdziesięcioma druhami.

– To może oni zwiali z tym skarbem?

– Nic o tym nie mówiono.

– A ty byś się chwalił, gdybyś skarb znalazł?

– No, nie – mówi Wasia i gwiżdże przez zęby. Na twarzy tajemniczy uśmiech. Czyżby coś wiedział?

W dole doliny, którą się posuwamy, z trzaskiem przelewa się między skałami bystry strumień.

To Biała Uba. 100 km dalej łączy się z hukiem z leniwym biegiem wielkiego Irtyszu. Nad brzegami gęste łęgi, śmierdzące zgnilizną stare zakola i bobrze żeremia. Pełno tu zresztą śladów po bobrach. Całkiem świeże i stare ślady na drzewach świadczą o możliwościach gryzoni. – Gdyby mogły, zżarłyby cały las. Kiedyś ich nie było, a teraz są – mówi Wasia.

Nad rzeczką ognisko. Pełno tu suchych patyków. Konie przywiązujemy do giętkich pni leszczyny. Woda na herbatę gotuje się w osmolonym kociołku. Chleb, pasztet, kiełbasa. Kilka garści cukru. Jest chłodno, wilgoć atakuje od rzeki. Przewierca się przez ciepłe spodnie i grube swetry. Dłonie marzną, stają się powoli granatowe, trzeba więc trzymać je przy ogniu ogniska, ale wtedy w twarz bucha dym. Cieplej, ale butów nie wysuszysz, nasiąkły wodą od dziesiątków strumieni przekraczanych w bród przez konie. Trzeba będzie wysuszyć, kiedy już dotrzemy na miejsce.

Znów w drodze. Konie przedzierają się na północ, w kierunku rosyjskiej granicy. Tam serce zachodnioałtajskiego rezerwatu. Z biełoubijskiego kordonu rusza się w górę, dociera do przełęczy liniejskiej, za którą przewalają się wody Czarnej Uby. Konie stąpają z wolna pomiędzy spalonymi pniami drzew. Patrzysz w lewo, jeden poczerniały pień obok drugiego. Patrzysz w prawo, znów kikuty. Pioruny musiały bić w tę górę jak oszalałe.

– Co to za uroczysko? – pytam Pietię.

– Chyba bez nazwy, ale tam, za rzeką, jest Wasiliewski ług.

– Coś dziwnego z tymi spalonymi drzewami. Może w stoku góry jest jakaś ruda albo co? Ruda żelaza przyciąga pioruny, które walą w drzewa, zwykle modrzewie.

– Może trzeba szukać tu złota?

– Tak, tu jest złoto. Grube na rękę złote żyły w skałach.

– Masz kilof? – uśmiecham się do Pietii szczęśliwy z rozszyfrowanej zagadki.

Zbliża się Wasia.

– Widziałeś te nadpalone pnie? – pytam.

– Tak, pożar tu był wielki jeszcze w czasach sowieckich. Te drzewa go pamiętają.

Mrużę oczy. Wizja przyciągającego pioruny złotego stoku staje się nagle dziecinnie głupia. Śnieg przylepia się do policzków, a krople wody spływają za kołnierz. Biełoubijski kordon już blisko.

{ 6 }

Ciężko tu żyć w górach. A byłoby jeszcze ciężej, gdyby nie bania. Rozkładamy się na deskach przy gotującej się wodzie. Nad paleniskiem rozgrzane kamienie. Czasem pluska się na nie wodą i wtedy do izby wali gorąca para. Ścieka pot, otwierają się pory przesuszonej skóry. Powoli gotują się włosy. A pary coraz więcej. Gorąco bucha z pieca i jeśli cię na to jeszcze stać, bierzesz brzozowe witki i okładasz nimi plecy.

W powietrzu czuć żywiczny aromat. Żar sięga coraz głębiej, przenika do płuc, wątroby, serca i chce ci się już tylko krzyczeć. Polewasz się lodowatą wodą, ale wciąż masz poczucie, że mitochondria gotują się w gorącej plazmie komórek, i wtedy walisz w drzwi i wypadasz do chłodnego przedsionka. Dla odważnych beczka z deszczówką, dla prawdziwych bohaterów zimne nurty rzeki. Kładziesz się na zimnych kamieniach strumienia, a wytopiona przed chwilą z lodowca woda z czułością obmywa twoje rozgotowane we wrzątku mięśnie. Odpoczywasz. Potem kolacja w ogrzanym piecem pokoju. Dwie szklanki wódki na dobranoc i sen. Takie życie.

Kordon to kilka skromnych domków pośrodku rezerwatu. Pracuje tu kilku facetów w gumiakach. Wojskowe mora, uszanki, niegolone twarze i świergoczące na wietrze uśmiechy. Mówią mało, tylko szczerzą złote zęby, choć jest ich naprawdę niewiele. Ałtajski zefir świetnie wie, jak między nimi zatańczyć...

Konie gotowe, ruszamy. Śniegu z początku niewiele, ale im bardziej w górę, im wyższych poziomów sięgamy, tym głębsze stają się zaspy, konie muszą tańczyć jak baletnice. Jakoś im to nie przeszkadza. – Przyzwyczajone! – krzyczy Wasia i pędzi do przodu.

Nagle zatrzymuje się, spinając konia w miejscu. Pochyla się nad ścieżką. Czyta świeże ślady.

– Niedźwiedź szedł tędy. Dziesięć, piętnaście minut temu. Pięciolatek.

Jedziemy w górę tropem niedźwiedzia. Potem znajdujemy nowy i kolejny. – Dużo ich tu, choler. Od tego roku nie wolno strzelać, ale dawniej sporo strzelano. Jest taki jeden gieroj, co zastrzelił ponad 300 niedźwiedzi.

– Brakonier? – pytam.

– Nie, żaden kłusownik. Legalny myśliwy. Jeździł z dewizowcami. I cholery zabijał.

– A niebezpieczne te wasze niedźwiedzie?

– Skąd, nikogo nie zabiły. Te ruskie, zza „Koksowego hrybietu", tak, ale nasze nie. One zresztą, te ruskie, inaczej wyglądają. Nasze bure, znaczy brunatne, a tamte czarne z białym podgardlem. Zabić potrafią.

Jedziemy coraz głębiej w góry. Mijamy „Kamienną rzekę" i „Czapkę Monomacha", półokrągłe wzgórze pokryte gęstym cedrowym lasem, jak głowa ruskiego świętego. Potem już coraz bliżej Czarnoubijskiego kordonu, tropy niedźwiedzi coraz gęstsze, śniegu coraz więcej. Raz po raz musimy zejść ze szlaku, bo konie zapadają się po brzuch w śniegu. Boimy się, że połamią nogi. Jedziemy w te miejsca, gdzie względnie bezpiecznie. Na koniec sukces, przed nami chatynka kordonu.

Maleńki domeczek. Obok drewniana bania i przyklejony do strumienia zlewozmywak z kranem.

– Tu myć się można latem – mówi Siergiej, leśniczy.

Teraz z kranu, a właściwie z pojemnika z lejkiem zwisa gruby sopel. Tu już zima.

W chatce leśniczego dwa koty. Stary, burawy tygrys Gosza i czarny maluch Wasia. Gosza to światowa legenda. Każdy, kto tu bywa, go fotografuje. Ma swoich fanów w Ameryce i Rosji. Jest królem tej doliny. Na kolanach łagodny jak pluszowy miś, ale kiedy zostaje tu sam (leśniczowie bywają tu okresowo), rządzi tym lasem jak tygrys. Poluje na ptaki, wiewiórki i zające. Zabójcą jest bezwzględnym. Zabijał również wszystkich kocich konkurentów. Wasia jest pierwszym maluchem, który złamał jego brutalne serce. Tuli się do niego i daje mu brykać. Wasia, mały kotek, miauczy cicho. Może kiedyś będzie następcą Goszy, a stary o tym wie?

{ 7 }

Na końskich siodłach zimno. Wracamy, wypatrując jeleni i niedźwiedzi. Biełoubijski kordon już niedaleko. Blisko bania i ludzie, których świat obchodzi się cudownie bez telefonów komórkowych, internetu, supermarketów i elektryczności. Mają w kordonie jakąś starą prądnicę, ale używają jej głównie do cięcia drewna w tartaku. W ogrzewanych piecem pokojach ciepło jak w tropikach. Pocę się pod kocem jak wydra, więc wstaję i uchylam okno. Na zewnątrz pachnąca lodową wilgocią noc. Kilka metrów od nas pasą się konie, wygrzebując spod śniegu jakieś przemrożone porośla.

W tle pokryte białym lasem góry, a ponad nimi pełne spadających gwiazd niebo. Komety mijają się wzajem jak rzędy samochodów na zatłoczonym skrzyżowaniu środkowego Manhattanu. Gwiazdy tak gęste, że tworzą wrażenie rozlanej na granacie nieba śmietany. Słyszę huk pękających gwiazdozbiorów, galaktyczne oklaski witające narodziny supernowych, szmer kosmicznego pyłu, który przedziera się w kierunku ziemi. Nigdy nie byłem tak blisko nieba. Ale nagle pojawia się gęsta jak mleko mgła i zasłania niebo. Czuję się rozczarowany, trzeba wrócić do łóżka.

Kładę się spać z głową pełną obaw. Przed nami droga powrotna do ciepłego domu Maszy w Popiereczce i do jej przytulnego pieca. Kolejne dni w siodle, a śniegu wciąż więcej i więcej. Ale trzeba podjąć te podróż, nikt nie zwalnia z obowiązku powrotu.

Sen coraz głębszy i słodszy. Widzę ałtajskie niedźwiedzie. Widzę cmentarz, tuż za brodem szalejącej o tej porze rzeczki, z ukrytym grobem Marii, herszta lokalnej bandy, która śpi w syberyjskiej ziemi otulona sznurami pereł i ze złotymi pierścieniami na palcach. Ktoś powiedział, że przepadła w przepaści dziejów, ale ona wróciła do swojej wioski, by złożyć zmęczoną głowę na lokalnym cmentarzu. Śpi, jak jej przodkowie, ojcowie i dziadowie, i trzyma w zmurszałej trumnie słynny skarb, o którym marzą lokalni gieroje.

W tle, nad wioską maleńka cerkiew z błękitnym dachem. Widać ją jednak świetnie. Ilu ludzi pomieści? Dwudziestu? Pięćdziesięciu? Nie więcej.

Na razie błota przy niej po pas. Jeszcze pop jej nie błogosławił. Jeszcze swiaszczennik nie przyjechał. Ale to tylko chwila. Niedługo będą. Wódki się z miejscowymi napiją. Ofiarują świątynkę Bogu. Ruski duch się odrodzi. Zabłyszczy. Zatriumfuje. Takie życie.

Czas wracać. Oczy się zamykają. Nie ma sił na kolejne dni w siodle. Na kolejne krajobrazy.

Kazachstan, ale i Syberia.

Ludzie biali i Azjaci.

Starowiercy, prawosławni i muzułmanie.

Żyją zgodnie i w przyjaźni.

Bez kanalizacji i bez marketingu.

Cenią sobie te skrawki elektryczności, które mają.

Daleko od świata, jak ich odpowiednicy za tysięcznym oceanem.

Nie chciałbym, żeby ich świat zniknął, żeby nauczyli się jak my brutalnego Zachodu.

A Rosja? Czy przeszkodzi? Nie wiem.

Czy zamiesza? Przykryje ten świat stalinowskim całunem? Poruszy góry, kamienie, przyniesie nieszczęście i wojnę? Znów będą wymierać stada i ludzie? W tym dziewiczym zakątku świata wydaje się to niemożliwe. Czy się wydarzy?

{ 8 }

Jak było w tym Związku Radzieckim? – pytam M., rdzennego Kazacha, który uprawia w Astanie wielką politykę. – Co myślicie o Moskwie? Nie boicie się powtórki? Ani trochę?

– (głośne westchnienie)

– A może to przyzwyczajenie. Jak do starych gaci, albo koszuli? Naprawdę macie zaufanie?

– Mamy obyczaj wśród Kazachów. Musimy pamiętać swoich przodków siedem pokoleń wstecz. Chodzi o to, by uniknąć związków z krewnymi. Teraz to szczególnie ważne, bo jest nas mało. Przeżyliśmy wielki głód. Sowieci zarządzili kolektywizację. Stada zapędzili w wielkie sowchozy. Zwierzęta umierały, bo nikt ich nie przepędzał na nowe pastwiska. Tłoczyły się strasznie, w jednym miejscu, aż zaczęły zdychać. Szybko została ich jakaś jedna trzecia. A po zwierzętach umierali ludzie. Może jedna trzecia populacji legła obok zwierząt. Pamiętam opowieść matki, jak jechali pochować jej ojca, mojego dziadka. Zmarł w czasach kolektywizacji. Po latach odnaleziono jego ciało. Rodzina wybrała się w step, by dokonać pochówku. Siedzieli ciemną nocą w stepie. Gdzieś daleko wyły wilki. Świecił wielki, jak uzbecki melon księżyc. Ale było to martwe, trupie światło. Siedzieli w głuchym stepie i nagle ktoś spojrzał w stronę podenerwowanych koni. Wierzgały, parskały, coś je niepokoiło. I wtedy babka powiedziała, że to on przyszedł, dziadek, a właściwie jego dusza. Wszyscy spojrzeli w stronę koni i w poświacie księżyca zauważyli cień zgarbionego człowieka. Nie, nikogo w stepie nie było. Tylko my, wykopany grób i konie. A z nimi ta ciemna, posępna postać. Milczeliśmy. Księżyc wciąż rozrzucał promienie, w których cień dziadka zyskał nagle aureolę. Ale chwilę później, tak jak przyszedł, zniknął. »Doczekał się rodziny. Teraz odejdzie w spokoju« – powiedziała babcia. »Jego duch znów jest wolny« – dodała matka. Rankiem przenieśliśmy szczątki do grobu i usypaliśmy kopiec. Dziadek odszedł miedzy bliskimi. Mogliśmy wracać do domu. Wtedy sowieckiego domu.

– A dziś?

– Dziś ten dom jest nasz.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA