fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Toaletowa wojna Baracka Obamy

Fot. Sara D. Davis
Getty Images/AFP
W Ameryce trwa nowa wojna światopoglądowa. Rozpoczęła się od okólnika wydanego przez administrację Obamy, który nakazuje zapewnienie transseksualnym uczniom swobody wyboru toalety najlepiej odpowiadającej ich tożsamości płciowej.

Korespondencja z Chicago

Pomimo że do końca kadencji zostało mu osiem miesięcy, prezydent Barack Obama nie zwalnia tempa. Nazywany już przez niektórych „imperialnym" prezydentem – ze względu na naciąganie prawa i rozszerzanie władzy kosztem Kongresu – obecny lokator Białego Domu wykorzystuje swe prerogatywy do wcielania w życie radykalnego lewicowego programu.

W siódmym roku rządów prezydenta Baracka Obamy sytuacja gospodarcza Ameryki jest taka sobie: niemrawy wzrost gospodarczy nie przekracza rocznie 2 proc. PKB, pomimo statystycznie spadającego bezrobocia, płace i przeciętne dochody wcale nie rosną, szaleje polityczny populizm.

Jednak prezydent, nominalny lider amerykańskiej Partii Demokratycznej – stronnictwa lewicowego postępu – stawia na sprawy związane z seksualnością. Już w 2012 r. zapewnił sobie reelekcję w dużej mierze dzięki głosom kobiet (głównie singielek lub samotnie wychowujących dzieci) przestraszonych wizją „wojny z kobietami", jaką mieli rzekomo prowadzić rywale z Partii Republikańskiej.

Remedium miała być „opieka" państwa nad kobietami „od kolebki aż po trumnę", której jednym z głównych czynników miały być... bezpłatne środki antykoncepcyjne czy powszechny dostęp do aborcji. Obowiązek ich zapewnienia zgodnie z rządowymi zapisami w ustawie o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym (tzw. Obamacare) spoczywał na wszystkich pracodawcach, nawet na instytucjach prowadzonych przez Kościół katolicki, oficjalnie sprzeciwiający się antykoncepcji i aborcji.

Mroczne czasy już za nami

Już po reelekcji okazało się, że Obama jest gorącym orędownikiem tzw. jednopłciowych związków małżeńskich. Przed wyborami, nie do końca pewny wyniku, nie afiszował się z ich poparciem, ale i tak wyręczyła go liberalna większość w Sądzie Najwyższym, która w czerwcu 2015 r. zalegalizowała je na całym terytorium Stanów Zjednoczonych.

W ostatnim roku swej prezydentury Obama znów wyszedł naprzeciw oczekiwaniom wpływowego i bogatego (chętnie sypiącego groszem dla sprzyjających im polityków) środowiska LGBT (lesbijek, homoseksualistów, biseksualistów i osób transseksualnych) – mocą prezydenckich uprawnień wmieszał się w spór o to... z jakich toalet mogą korzystać transseksualiści.

Bitwa o toalety czy – bardziej dosadnie – współczesna „wojna o kible" zaczęła się w stanie Karolina Północna. Stanowy parlament uchwalił, a gubernator podpisał ustawę zobowiązującą mieszkańców do korzystania z toalet zgodnie z płcią zapisaną w akcie urodzenia. Była to odpowiedź na inicjatywę środowisk LGBT, aby umożliwić osobom transseksualnym korzystanie z toalet zgodnie z odczuwaną przez nich „tożsamością seksualną".

Od momentu wejścia w życie w marcu tego roku ustawa zwana HB2 stała się symbolem walki o swobody seksualne. Aktywiści LGBT wytoczyli najcięższe działa, krzycząc o jawnej dyskryminacji. W ślad poszła akcja bojkotu: koncerty w Karolinie Północnej odwołali m.in. Bruce Springsteen, Demi Lovato i Pearl Jam, firmy PayPal i Deutsche Bank zrezygnowały z rozszerzenia swej działalności w stanie, a do nacisków przyłączyła się nawet koszykarska liga NBA.

Do akcji wkroczył też rząd federalny, który ustami podlegającej Obamie prokurator generalnej zażądał zaniechania działań będących „bezpośrednim naruszeniem prawa federalnego, które zakazuje dyskryminacji ze względu na płeć czy tożsamość seksualną". – Nie tak dawno były stany, w tym Karolina Północna, które miały inne znaki nad toaletami, dystrybutorami z wodą czy w innych miejscach publicznych, znaki podkreślające różnice. Te mroczne czasy są już dawno za nami – powiedziała pani prokurator Loretta Lynch, porównując HB2 do ustaw wprowadzających segregację rasową na amerykańskim Południu.

Za słowami poszły czyny: pozew sądowy przeciw władzom stanu i groźba cofnięcia setek, jeśli nie kilku miliardów dolarów subwencji na stanowe programy i uczelnie. Gubernator Pat McCrory nie podporządkował się zaleceniom rządu federalnego, oskarżył go o „bezpodstawne i brutalne przekroczenie uprawnień" oraz złożył kontrpozew sądowy. Jak stwierdził, w uchwalonej ustawie chodzi o ochronę prawa do korzystania z toalet publicznych bez narażania się na obecność tam osób płci przeciwnej, a administracja Obamy – ze względów ideologicznych – wkracza w kompetencje zarezerwowane dla stanu oraz próbuje zmienić definicję słowa „płeć".

Ponieważ podobne w wymowie projekty ustaw pojawiały się już wcześniej w innych stanach, rząd federalny postanowił działać prewencyjnie. Wybór padł na stanowe placówki edukacyjne, na które Waszyngton ma duży wpływ dzięki subwencjom budżetowym. Administracja Obamy wydała 13 maja tego roku okólnik z nakazem zapewnienia transseksualnym uczniom swobody wyboru toalety czy szkolnej szatni, która najlepiej odpowiada ich tożsamości płciowej. Wszystko utrzymane w „duchu poszanowania praw osób transseksualnych i ich ochrony przed dyskryminacją i molestowaniem".

Każdy dystrykt szkolny, który się nie podporządkuje, musi się liczyć z krokami prawnymi ze strony administracji Obamy oraz utratą federalnej subwencji. Ten krok Białego Domu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem polityków Partii Demokratycznej, mobilizując ich do działań we własnym zakresie. I tak miasto Nowy Jork – twierdza demokratów – ruszyła z pierwszą tego typu akcją społeczną „Już nie ma co więcej wracać do tego, czy różowe czy niebieskie" (kolory, którymi tradycyjnie oznacza się przy urodzeniu odpowiednio dziewczynki i chłopców) głosi hasło. Kolejne to wezwanie do działania: „używaj toalety zgodnie z tym, kim się czujesz" – głosi slogan podparty autorytetem burmistrza metropolii.

Drwina, przerażenie, niedowierzanie

Tymczasem w kręgach konserwatywnych okólnik już stał się obiektem jednocześnie drwiny (popularny internetowy mem głosi: „Demokrata Kennedy: postawiliśmy mężczyznę na Księżycu. Demokrata Obama: wstawiliśmy faceta do damskiej toalety", na innym postać Ronalda Reagana głosi: „Siedem lat Obamy i nikt nie wie, z jakiej toalety ma korzystać"), przerażenia (że rząd federalny agresywnie angażuje się w wojnę kulturową, grożąc stanom realnymi sankcjami finansowymi), ale i niedowierzania, że amerykańska lewica nie zwalnia tempa w swoim wysiłku na rzecz radykalnej przemiany Stanów Zjednoczonych.

Przyszła też odpowiedź oficjalna – oto 12 stanów rządzonych przez polityków Partii Republikańskiej pod wodzą konserwatywnego Teksasu wystąpiło na drogę prawną przeciwko administracji prezydenta Obamy. Prokurator generalny Teksasu Ken Paxton przygotował pozew, zarzucając administracji federalnej, że chce „zamienić placówki oświatowe w całym kraju w laboratoria wielkiego społecznego eksperymentu", a sam okólnik jest sprzeczny z Konstytucją USA, aktami Kongresu (rząd federalny dobrowolnie interpretuje sobie pojęcie płci), a przede wszystkim przeczy zdrowemu rozsądkowi. „Bitwa o kible" trafi więc na wokandę sądową i pewnie jeszcze o niej nieraz usłyszymy.

Niekryjący konserwatywnych poglądów aktor James Woods rzucił, że gdy „świat walczy z islamskim terroryzmem, głodem i chorobami, demokraci walczą o prawa mężczyzn do siusiania w damskich toaletach". Po czym dorzucił krótko: „szaleństwo". Jednak można powiedzieć, że w tym szaleństwie jest metoda. A diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, czyli zapisach okólnika.

Dokument deklaruje, że celem jest „zapewnienie studentom transseksualnym możliwości przebywania w przyjaznym i niedyskryminującym środowisku szkolnym". Założenie piękne i szlachetne, pod którym mógłby się podpisać każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek, któremu obce są pokusy zbyt szybkiego oceniania i szufladkowania bliźnich, a co dopiero prześladowania kogoś za sposób, w jaki żyje.

Ale ośmiostronicowy, napisany prawniczym żargonem, pełen przypisów dokument zawiera zapis, który przywołuje do porządku: „jako warunek otrzymania finansowania ze środków federalnych szkoła zgadza się, że nie wykluczy, nie będzie oddzielać, odmawiać przywilejów czy w inny sposób traktować odmiennie osób ze względu na ich płeć". Słowem – grozi wstrzymaniem subwencji, na co żaden zdroworozsądkowy dyrektor szkoły pozwolić sobie nie może, więc musi postępować tak, aby to nieszczęście budżetowe go nie dotknęło.

Okazja dla dewiantów

W świetnej analizie okólnika autor konserwatywnego portalu TheFederalist.com Glenn T. Stanton rozkłada na czynniki pierwsze ideologiczną wymowę rządowej regulacji. Otóż według biurokratów o „tożsamości seksualnej" ucznia decyduje jego „wewnętrzne przekonanie", a szkoły „muszą traktować uczniów zgodnie z ich tożsamością seksualną, nawet jeśli dokumentacja czy dokumenty tożsamości wskazują na inną płeć".

Oznacza to, że to sam zainteresowany decyduje, jakiej jest płci i w konsekwencji z jakiej toalety korzystać. W ten sposób wybór jest całkowicie subiektywny i nie może podlegać ocenie innych, co oznacza kompletny chaos w toaletach i brak jakiejkolwiek szansy na intymność.

Tu dochodzimy do głównego punktu krytyków rządowej interwencji w sposób organizowania toalet: pod pretekstem tolerancji odmienności seksualnej różnego rodzaju dewianci zyskają możliwość podglądania lub popełniania niecnych czynów, głównie z młodymi dziewczętami. I wreszcie argument, że okólnik przeczy zdrowemu rozsądkowi: według szacunków samych aktywistów LGBT dorosłe osoby transseksualne stanowią 0,3 proc. całej populacji, a wśród młodzieży (choćby ze względu na nieukształtowane do końca emocje) pewnie jeszcze mniej. – To po prostu niesprawiedliwe i niemądre powiedzieć 99,9 proc. dziewcząt, że nie mają prawa do bezpieczeństwa i zwykłej godności w toaletach, pod prysznicami czy w szkolnych przebieralniach – stwierdził Stanton.

Jednak takie argumenty najwyraźniej nie trafiają do ludzi, których jedyną troską jest nieustanna walka z rzeczywistymi (bo fakt, że pojedyncze przypadki przemocy wobec osób transseksualnych się zdarzały) czy wyimaginowanymi prześladowaniami.

– Co się dzieje, gdy masz transseksualne dzieci lub przyjaciół w szkole, gdzie podlegają one ostracyzmowi czy ktoś się nad nimi znęca? To dla nich bardzo trudne. Chodzi o to aby tym dzieciakom stworzyć środowisko, w którym będą traktowane z czułością i godnością – tak zachwalał regulację Obama podczas jednego z publicznych wystąpień.

Ale agenda środowisk LGBT wykracza poza kwestie dostępu do toalet. Oto politycy Partii Demokratycznej (wsparci przez kilkudziesięciu republikanów) w Izbie Reprezentantów chcą ratyfikować dekret Obamy z 2014 r. zakazujący wszystkim firmom prywatnym, które mają kontrakty z rządem federalnym, jakiejkolwiek „dyskryminacji" ze względu na „orientację seksualną czy tożsamość płciową".

Za słusznymi hasłami walki z dyskryminowaniem innych ludzi kryje się jednak agresywna akcja postępowców, którzy nie wahają się przed wlepianiem sążnistych kar. W stanie Nowy Jork już teraz można otrzymać grzywnę do... ćwierć miliona dolarów za to, że mówi się do kogoś np. „pani", gdy on życzy sobie „pan".

Żart? Nie za bardzo, bo w kraju prawniczej wolnoamerykanki wiąże się z realnymi kosztami. Ot, choćby dla dystryktu szkolnego z Oregonu, który musiał wypłacić 60 tys. dolarów tytułem odszkodowania za dyskryminację dla pewnej transseksualnej nauczycielki albo nauczyciela (choć tego do końca nie wiadomo).

Otóż ten pracownik edukacji kazał się zwracać do siebie per „oni", gdyż jest kimś pomiędzy. Gdy pracownicy w szkole tego nie uczynili, posłał/a pozew sądowy o „nękanie" poprzez nieużywanie formy adekwatnej do jego/jej tożsamości seksualnej i dostał/a czek na 60 tys. dolarów.

Jak widać, pojęcie dyskryminacji stale się rozszerza. Więc skoro może nią być brak „neutralnej płciowo toalety", następnym logicznym krokiem może być zmuszenie do budowania w nowych budynkach publicznych trzech rodzajów toalet zamiast dotychczasowych dwóch (dla pań i panów). Tak jak to ma już miejsce w Białym Domu, gdzie w kwietniu 2015 r. oddano do użytku pierwszą „neutralną płciowo" toaletę.

Zdaniem wielu konserwatystów kolejnym etapem tak pojmowanej krucjaty na rzecz walki z dyskryminowaniem będzie atak na wolność religijną. Poprzez specjalne podniesienie rangi w prawie kwestii „tożsamości płciowej" w krótkim czasie dojdzie do zderzenia z gwarantowaną przez Konstytucję USA wolnością wyznawania religii, której konsekwencją może być twierdzenie, że Bóg stworzył człowieka jedynie w dwóch postaciach: kobiety i mężczyzny.

Kolejny krok to postępowanie sądowe, które może zostać rozstrzygnięte przez lewicowych sędziów na niekorzyść wyznawców wolności wiary. Już teraz obywatele USA, piekarze czy cukiernicy są karani drakońskimi karami finansowymi za odmowę uczestniczenia – wraz ze swoimi wyrobami – w uroczystościach zaślubin par jednopłciowych. I w tym wypadku nie pomaga tłumaczenie, że wiara chrześcijańska kieruje ich przekonaniem, iż małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety. „Jeśli Amerykanie, nasze organizacje, rządy lokalne nie mogą nawet nazwać mężczyzny mężczyzną, to w ogóle nie mamy żadnej wolności" – zauważył na marginesie sporu o toalety jeden z publicystów.

Okólnik pokazuje bowiem najlepiej, jak działa stale poszerzający swe władztwo Wielki Rząd (przeciwieństwo „władzy ograniczonej"), który wkracza niemal w każdą dziedzinę z motywowaną ideologicznie gorączką regulacyjną. Przecież te dokładne, gdy trzeba, i specjalnie nieostre, gdy wymaga tego cel, przepisy są wręcz idealnym polem do interpretacji i ewentualnych pozwów sądowych. Ale czyż nie o to chodzi?

Inżynieria społeczna

W świecie tworzonym przez prawników inni prawnicy znajdują zajęcie, a czasem nawet zdobywają fortuny. Zdrowy rozsądek? Ależ kogo to obchodzi w stale rozrastającej się biurokracji ideologów i prawników, pracujących w pocie czoła nad coraz to nowszymi regulacjami za pensje wypłacane z pieniędzy podatników? Urzędników, którzy dysponując siłą państwa, mają także przemożny wpływ na firmy prywatne, zwłaszcza duże korporacje, które nie chcąc ryzykować swoich kontaktów z rządową biurokracją, często włączają się w akcje „prostowania" niepokornych.

„Bitwa o toalety" to doskonały przykład na to, że aparat państwa służący lewicowej ideologii potrafi kruszyć wolę większości wyrażonej w procesie demokratycznym (w tym wypadku w wyborze parlamentu i gubernatora stanu Karolina Północna), a zastosowane środki ocenia się pod względem skuteczności jako narzędzi inżynierii społecznej.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA