fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wołodymyr Zełeński. Fenomen, który zmieni ukraińską politykę

Wszedł tak wysoko, że może już tylko spaść? Wołodymyr Zełenski w drodze na zaprzysiężenie w siedzibie Rady Najwyższej, Kijów, 20 maja 2019 r.
shutterstock
Oczekiwania wobec nowej władzy na Ukrainie są ogromne i właściwie nie do spełnienia. Cudu nie będzie, oby jednak Ukraińcy zrozumieli, że jedynym wyjściem dla nich jest długi marsz ku państwu praworządnemu i zdrowej gospodarce.

Na razie nic nie wiadomo" albo „odpowiem za pół roku" – to typowe odpowiedzi ukraińskich ekspertów, których pytałem w Kijowie, co czeka Ukrainę w najbliższym czasie. Faktycznie, wybór Wołodymyra Zełenskiego i jego pierwsze decyzje są prawdziwym politycznym trzęsieniem ziemi nad Dnieprem i zupełnie nie wiadomo, co się wyłoni, gdy kurz już opadnie. Większą wiedzę będziemy mieli po przyspieszonych wyborach parlamentarnych w lipcu, jak chce prezydent, albo w normalnym terminie w październiku, jak przewidywał kalendarz polityczny.

Zełenski podjął decyzję o rozwiązaniu Rady Najwyższej, ale nie ma jasności, czy miał do tego prawo. Sąd Konstytucyjny jak do tej pory się nie wypowiedział, ale z każdym dniem wydaje się bardziej prawdopodobne, że inni politycy podejmą wyzwanie rzucone przez nowego prezydenta i staną do wyborów w wakacje. Wszak zaufanie do obecnego parlamentu deklaruje raptem 12 proc. Ukraińców, a ideę nowych wyborów popiera aż 70 proc. – czy sąd odważy się więc stanąć w poprzek takich nastrojów w społeczeństwie?

Dopiero po tych wyborach będziemy wiedzieli, kto sprawuje władzę na Ukrainie: czy skupi ją w swoich rękach Zełenski (jeśli w ogóle jest on samodzielnym politykiem), czy też jego partia, Sługa Narodu, będzie zmuszona poszukać koalicjanta.

Liczy się wola, a nie prawo

Zełenski na swą inaugurację przyszedł pieszo, a urzędnikom zalecił, by zamiast jego portretu w swych gabinetach powiesili zdjęcia bliskich – to tanie gesty, ale wciąż przysparzają mu sympatii. Można na nie kręcić głową, że to tylko forma, ale jednak na Ukrainie ma ona znaczenie. To kraj, w którym liderzy polityczni są naprawdę oderwani od społeczeństwa. Żyją w olbrzymich posiadłościach, otaczają się armiami ochroniarzy, a po mieście poruszają się w wielkich limuzynach o czarnych szybach. W efekcie teraz wszyscy politycy muszą pokazać, że oni także potrafią być normalnymi ludźmi. Mer Kijowa Witalij Kliczko na uroczystość zaprzysiężenia nowego prezydenta wybrał się więc na rowerze – tak jak poruszał się Zełenski w serialu „Sługa narodu".

Te gesty to drobiazgi, ale nie sposób nie dojrzeć, że ukraińska polityka normalnieje. Ostatnie wybory były tego najlepszym przykładem. Ich zwycięzca nie był znany na długo przed głosowaniem, a sam proces wyborczy przebiegł praktycznie bez zastrzeżeń – to należy jeszcze zapisać na plus byłemu prezydentowi Petro Poroszence (a także szefowi MSW Arsenowi Awakowowi), który nie uciekał się do żadnych sztuczek, nie starał się wykorzystać adminresursu (administracji państwowej), by ten podrasował wynik. Także sposób przekazania władzy przeszedł gładko.

Pierwsze kroki Zełenskiego burzą trochę ten idylliczny obraz. Wspomniana decyzja o przyspieszeniu wyborów budzi sprzeczne opinie prawników. Naruszeniem prawa była nominacja na szefa administracji prezydenta Andrieja Bogdana. Ten wytrawny prawnik z niejednego pieca już chleb jadł. Współpracował z prozachodnimi pomarańczowymi, potem z rządem za czasów prorosyjskiego Wiktora Janukowycza, ostatnio był zaufanym prawnikiem Ihora Kołomojskiego, oligarchy uważanego za patrona Zełeńskiego. Wspomniana praca dla niebieskich formalnie wyklucza możliwość zajmowania państwowych stanowisk – obowiązuje bowiem prawo zabraniające ludziom „umoczonym" w rządy Janukowycza pełnić ważne funkcje aż do 2024 roku.

Zełenski Bogdana jednak potrzebuje, bo w jego ekipie brak ludzi, którzy wiedzą, jak funkcjonuje państwo. – Ani Kołomojski, ani Zełenski nie spodziewali się wygrać tych wyborów. Nie szykowali się do przejęcia władzy – tłumaczy politolog Wołodymyr Fesenko. – Nowy prezydent dysponuje bardzo słabym zapleczem. Po prostu nie ma ludzi. W jego obozie nie ma nawet uzgodnionego kandydata na stanowisko premiera. Brak także polityków znających się na armii i na dyplomacji. Teraz dopiero odbywa się poszukiwanie kandydatów na kandydatów.

Co do Bogdana, jest on też zapewne „bezpiecznikiem" Kołomojskiego. Jednak tego rodzaju nihilizm prawny jest psuciem państwa, które zresztą do tej pory nigdy nie funkcjonowało należycie. Zełenski jako komik potrafił wyśmiewać się z władzy, ale najwyraźniej ma małe pojęcie o jej sprawowaniu. Pokazał to też przykład z referendum, które chciał rozpisać w sprawie zawarcia pokoju w Donbasie, ale w ogniu krytyki zaczął twierdzić, że chodzi jedynie o konsultacje. Clue sprawy polegało na tym, że w ukraińskim prawie brak ustawy wykonawczej pozwalającej na organizację referendum, o czym głowa państwa powinna wiedzieć. Nowy prezydent jednak często, jak można oczekiwać, będzie się odwoływał do demokracji bezpośredniej, będącej istotą postpolityki, która często idzie w poprzek tradycyjnych reguł gry.

Kołomojski jak Bieriezowski?

Nad Dnieprem obecnie wszystkich interesują relacje oligarchy Ihora Kołomojskiego z Wołodymyrem Zełenskim. To bowiem między innymi ten miliarder, skonfliktowany z Petro Poroszenką, stoi za zwycięstwem komika. Początkowo, co prawda, projekt Zełenski był operacją mającą napsuć krwi ówczesnemu prezydentowi, ale z czasem przybrał tak realnych kształtów, że stał się politycznym faktem.

Kołomojski nie byłby jednak sobą, gdyby nie próbował skonsumować jakoś sukcesu Zełenskiego. Kością niezgody między oligarchą a Bankową (ulica gdzie mieści się siedziba prezydenta) była kwestia Privatbanku, który państwo za Poroszenki znacjonalizowało, czyli odebrało biznesmenowi. Już teraz Kołomojski może spać spokojnie i czekać, aż bank wróci w jego ręce albo dostanie grubą rekompensatę.

Niemniej wybory wygrał Zełenski, a nie Kołomojski, i to sprawia, że siłą inercji prezydent może wyrywać się spod wpływu oligarchy. „Konflikt między Zełenskim a Kołomojskim to kwestia czasu" – ocenia w tygodniku „Nowoje Wremia" Mustafa Najem, były dziennikarz, obecnie deputowany. Ten sam, od którego wpisu na Facebooku zaczęła się rewolucja godności w 2013 r.

Zełenski bowiem otoczony jest także innymi grupami wpływu. Sporo do powiedzenia mają jego partnerzy biznesowi, z którymi stworzył medialny sukces Studia Kwartał 95. To ludzie, jak bracia Sierhij i Boris Szefirowie, z którymi współpracuje od wielu lat. To także jego żona Elena. Z Zełenskim związani są też mniej lub bardziej niezależni eksperci, jak choćby Serhij Łeszczenko, kiedyś dziennikarz śledczy „Ukraińskiej prawdy", do niedawna deputowany proprezydenckiej frakcji w Radzie Najwyższej. Łeszczenko zasłynął ze śledztw, które obnażały niecne postępki oligarchów. Trudno się spodziewać, by Kołomojski za nim przepadał.

Inną grupę wpływu stanowić będą ludzie powstającej partii Sługa Narodu. To na razie największa niewiadoma, z kim Zełenski chce budować tę siłę polityczną. Partia, będąc bytem wirtualnym, króluje na razie w sondażach, co jest efektem wygranej Zełenskiego w wyborach prezydenckich. Do budowy tej formacji zabrał się politechnolog Dmytro Razumkow, który ogranicza tu wpływy Kołomojskiego i ma dbać, by zbyt wielu jego ludzi nie znalazło się na biorących miejscach.

W odpowiedzi miliarder ubezpiecza się i montuje drugą partię, która być może odbierać będzie wyborców ugrupowaniu Zełenskiego. Stoją za nią merowie dużych miast – Giennadij Kernes rządzący Charkowem i Giennadij Truchanow z Odessy.

Sam Kołomojski zachowuje się trochę tak, jakby to on wygrał wybory. Szczodrze udziela poprzez media rad Zełenskiemu. „Ostatnim oligarchą, który tak swobodnie i lekko poczynał sobie z władzą, był Borys Bieriezowski w pierwszych latach rządów Putina" – zauważa Najem. Jak wiemy, rosyjski oligarcha najpierw uciekł z kraju, a po latach znaleziony został martwy w swojej łazience. Oczywiście Władimir Putin przyszedł do polityki ze służb specjalnych, a Zełenski z kabaretu – nie wszystkim jednak musi być do śmiechu, gdy zacznie naprawdę rządzić.

Chcemy zmian – już i natychmiast!

Jeszcze większym wyzwaniem niż intrygi pałacowe dla nowego prezydenta będą nastroje społeczne. Ukraińcy są narodem niecierpliwym i roszczeniowym. W ponad 25-letniej historii samostijnej Ukrainy, poza Leonidem Kuczmą, który sprawował urząd prezydenta dwie kadencje, żaden polityk i żadna partia nie utrzymali się przy władzy po kolejnych wyborach. Wielu za to musiało oddać władzę przedwcześnie, niektórych ze stołków prezydenta i premiera zrzucała rewolucyjna fala. Zełenski, co prawda, twierdzi, że po pięciu latach sam odejdzie, niemniej jakoś te pięć lat musi zapełnić, skoro deklaruje, że chce, aby po tym czasie Ukraińcy dalej go lubili.

Nie będzie to łatwe. Społeczeństwo nad Dnieprem chce niemalże natychmiastowej poprawy swej sytuacji. Ukraińcy chcą więcej zarabiać i mniej płacić – zwłaszcza za energię (podsyca te nastroje Kołomojski, sam zainteresowany w obniżce cen energii dla swych przedsiębiorstw). Wzrost zarobków, choć odczuwalny, jest zdaniem Ukraińców zbyt powolny i niewystarczający. Dziś średnia pensja wynosi niemal 380 dolarów, ponaddwukrotnie więcej niż w kryzysowym roku 2015, ale wciąż jest to mniej niż przed rewolucją w 2013 r.

Jednocześnie lada dzień ma być otwarty w Kijowie salon Bentleya, a nowy model Porsche 911 kusi nabywców z billboardów. Mercedesy, bmw i infiniti na nikim tu nie robią wrażenia – a mówimy o kraju w kryzysie i toczącym wyczerpującą wojnę.

Różnice w statusie majątkowym zaczynają drażnić ludzi. Stąd zresztą sukces Zełenskiego. Fesenko: – Głos na niego był głosem przeciw starym elitom politycznym i gospodarczym i przeciw państwu, które te elity, pomajdanowe i antymajdanowe, zbudowały.

Bo że coś jest nie tak – widać gołym okiem. Trudno zliczyć w Kijowie i dużych miastach luksusowe butiki i restauracje, o jakich warszawiakom się nie śniło, a jednocześnie mer Kijowa chwali się w mediach, że z partnerskiego miasta Monachium stolica Ukrainy otrzymała w prezencie 15 wozów do odśnieżania.

Spełnianie oczekiwań społeczeństwa to prosta droga do konfliktu z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, właściwie najważniejszą instytucją, która pomaga rządowi w Kijowie w reformach. Niespełnienie oczekiwań oznaczać musi rozczarowanie. Wtedy ludzkie gesty „normalnego człowieka" nie wystarczą.

Zapowiadane przyspieszone wybory są dla Zełenskiego ucieczką do przodu. Na razie kraj ogarnięty powyborczą euforią i szykujący się do nowych wyborów będzie czekał na ostateczne rozstrzygnięcie – badania socjologów pokazują, że ponad połowa Ukraińców wierzy, iż wreszcie będzie lepiej. Nastroje te panują zarówno na wschodzie, jak i zachodzie kraju. Gdy jednak Zełenski zdobędzie władzę – społeczeństwo szybko wystawi mu rachunek.

Kolejny majdan

Nie wiadomo dziś, jakie poglądy na wiele spraw mają Zełenski i jego otoczenie. Ludzie budujący partię Sługa Narodu, mówią, że będzie ona głosiła poglądy libertariańskie – może to znaczyć wszystko i nic. Najważniejsze pytanie dotyczy wojny w Donbasie i relacji z Rosją. Na razie Zełenski nie powiedział na ten temat niczego konkretnego. I prawdopodobnie do wyborów parlamentarnych nie usłyszymy wiele więcej. Ta nieokreśloność była w czasie kampanii prezydenckiej atutem Zełenskiego.

Z czasem jednak decyzje będzie trzeba podejmować – a każda decyzja ma zawsze zwolenników i przeciwników. Stara klasa polityczna też w końcu zewrze szeregi. Do wyborów szykują się pogrobowcy Partii Regionów, ani Petro Poroszenko, ani Julia Tymoszenko też nie zamierzają schodzić z ringu, wyborcy na zachodzie mogą zaś przerzucić swoje głosy na właśnie ogłoszoną inicjatywę polityczną Swiatosława Wakarczuka, popularnego lidera grupy Okean Elzy.

Opór „starego systemu" Zełenski napotkał już, próbując przeforsować nową ordynację wyborczą, która zakładała zniesienie okręgów jednomandatowych (na Ukrainie część deputowanych wybiera się z list partyjnych, a część w okręgach jednomandatowych) i obniżenie progu wyborczego do 3 proc. Powstająca partia Sługa Narodu jest marką, która przyciąga wyborców, ale w okręgach jednomandatowych liczą się przede wszystkim nazwiska kandydatów i to, czy są znani wyborcom lub potrafią szczodrze częstować kiełbasą wyborczą. Takich kandydatów Zełenski nie ma. A każdy, kto się doń zgłosi – będzie miał swoją cenę.

Przy czym oba systemy są tak samo korupcjogenne. W jednym wariancie potencjalny kandydat przekupuje partię, by ta wpisała go na biorące miejsce, w drugim – wyborców i lokalną administrację.

Tak czy inaczej partia Zełenskiego może nie odnieść tak spektakularnego sukcesu, jak on sam w wyborach prezydenckich. Z każdym tygodniem rozczarowanych może przybywać. Socjologowie radzą, by za podstawę prognoz brać wynik Zełenskiego z pierwszej tury. Druga stała bowiem pod hasłem: „wszyscy przeciw Poroszence", a prawdziwe poparcie dla komika zostało wyrażone dwa tygodnie wcześniej. W efekcie partia Zełenskiego może być zmuszona szukać koalicjanta. A to oznacza na pewno jakieś ustępstwa.

Prezydent ma więc mniej więcej pół roku, aby utrzymać poparcie i potem dokonać szybkich zmian. Nie będzie mu tego ułatwiał Jurij Łucenko, obecny prokurator generalny, który w przeciwieństwie do wielu urzędników nie zamierza dobrowolnie odejść z funkcji. A prokuratura jest Zełenskiemu potrzebna – formalnie, by oczyścić kraj z przestępców, nieformalnie, by walczyć z oponentami; przeciwko samemu Poroszence szykowanych jest kilka spraw.

Wszystko to może skończyć się tym, że Zełenski, choć sam w polityce nowy, ale otoczony już gromadką starych wyjadaczy z Kołomojskim na czele, wsiąknie w system i stanie się jego częścią. Złość przeciw błaznowi, który sięgnął po władzę w imię narodu, może chyba przybrać tylko formę kolejnej rewolucji.

Jeździć, rozmawiać, przekonywać

Trzeba kupować rosyjskie akcje, póki nisko stoją – mawiał przed laty Stanisław Stomma, gdy Rosja w latach 90. XX w. była ogarnięta kryzysem, a jej pozycja międzynarodowa słaba. Dziś nisko stoją akcje Ukrainy Zełenskiego. Zamiast znanego w świecie Poroszenki przyszedł nieznany szerzej komik. – Szukali ukraińskiego Macrona, a znaleźli Zełenskiego – tak to ujmuje Wołodymyr Fesenko. Kijów jest dziś osamotniony, w Europie mówi się o nim mało, a w świecie praktycznie w ogóle.

Jest pewnym paradoksem, że Polska, które wspierała demokratyczne rewolucje nad Dnieprem, właściwie zawsze lepsze relacje miała z politykami takimi jak Kuczma czy Janukowycz. Dojście do władzy proeuropejskich i reformatorskich (przynajmniej werbalnie) sił zaś kończyło się zawsze iskrzeniem na linii Kijów–Warszawa. Nie inaczej było ostatnio. W tym sensie prezydentura Zełenskiego to tabula rasa, a więc szansa na ułożenie sobie zdrowszych relacji. Trzeba tylko wykonać parę życzliwych gestów – szansa na pierwszy, czyli obecność Andrzeja Dudy na inauguracji nowego prezydenta, już została zaprzepaszczona. Wielu komentatorów pochwalało tę nieobecność, twierdząc, że Ukraińcy może wreszcie zrozumieją, że Warszawa nie będzie ich żyrować bez końca za nic. To nieporozumienie, akurat obecność prezydenta na tej ceremonii nic by Polski realnie nie kosztowała, a mogła zaskarbić nam przyjaciół w otoczeniu nowego prezydenta. Powinniśmy to rozumieć, bo sami często dajemy się złapać na ładne gesty, za którymi nie idą konkrety. Petro Poroszenko miał w swym telefonie numery wielu ważnych polityków w Europie, Zełenski prawdopodobnie ich nie ma – kto pierwszy do niego zadzwoni, ten wygra.

– To szansa na reset w stosunkach ukraińsko-polskich i ułożenie sobie zdrowszych relacji – przekonuje wysokiej rangi przedstawiciel ukraińskiego MSZ.

W Kijowie nikt już nie pamięta, kiedy był tam ostatnio premier polskiego rządu, za to mówi się o niedawnym poparciu Warszawy w sprawie przywrócenia Rosji głosu w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Jest to interpretowane jako sukces Moskwy i pierwszy krok ku normalizacji stosunków Europa–Rosja i łagodzenia sankcji.

– Najważniejszy problem to kryzys zaufania między przywódcami i rządami obu krajów – tłumaczy nasz kijowski rozmówca z ukraińskiego MSZ. – A przecież stosunki są bardzo dobre: w tym roku Polska wyprzedziła Rosję i jest już najważniejszym partnerem Ukrainy, jeśli chodzi o nasz eksport.

Nawet jeśli Zełenski odejdzie po pierwszej kadencji, jego fenomen trwale zmieni ukraińską politykę. Zapewne pozostanie w niej jego partia, a już na pewno ludzie, którzy przyszli wraz z nim do wielkiej polityki. Trzeba się więc z nowym prezydentem liczyć i traktować go oraz jego otoczenie poważnie. Chcąc nie chcąc, warto dostrzec w nim szansę na polepszenie relacji polsko-ukraińskich. Nie jest on typem banderowca, nie jest też politykiem prorosyjskim – jest gdzieś pośrodku. Tak jak duża część jego elektoratu. Nie ma on też oficjalnych związków z Wołodymyrem Wiatrowiczem, szefem ukraińskiego IPN, a to oznacza, że w kwestiach historycznych łatwiej będzie cokolwiek osiągnąć.

Warto więc przerzucać mosty do otoczenia Zełenskiego – szukać tam ludzi, z którymi można się porozumieć. Okazuje się, że ludzie, którzy piszą kabaretowe skecze, mogą też tworzyć historię. Podobno są plany, by analogiczny do „Sługi narodu" serial nakręcić dla rosyjskiego widza. No, to by dopiero zrobiło się ciekawie...

Andrzej Brzeziecki jest redaktorem naczelnym „Nowej Europy Wschodniej", członkiem rady Ośrodka Studiów Wschodnich. Autor dziękuje Fundacji Batorego

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA