fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Wyścig z pokoju, czyli kolarstwo przed laptopem

AFP
E-sport przechodzi właśnie kolejną ewolucję. Do kanapowych graczy dołączają sportowcy, którzy nie wychodząc z domu, naprawdę przelewają litry potu, by zwyciężyć w wirtualnej rywalizacji. To może być zmiana pokoleniowa.

W kolarstwie wybuchła rewolucja, której spodziewano się od lat. Katalizatorem stała się pandemia. Ograniczenie możliwości wyjścia z domów, zakaz wchodzenia do lasów i organizowania imprez sportowych spowodowały, że kolarze zaczęli się ścigać wirtualnie. Jako jedna z nielicznych dyscyplina ta okazała się nieźle przygotowana na czasy powszechnej izolacji. Przy niesprzyjającej pogodzie kolarze od lat ćwiczyli na tzw. trenażerach – wytwarzających opór prostych urządzeniach za kilkaset złotych przystawianych do tylnego koła. Dzięki sprzężeniu ich z aplikacjami w smartfonie czy komputerze kolarze mogą nawet zdalnie rywalizować. W wersji podstawowej wystarczy już czujnik prędkości podpięty do koła zapiętego w trenażer oraz odpowiednia aplikacja. Program na podstawie informacji o użytkowniku – jego wzroście, masie ciała – oraz liczbie obrotów koła oblicza, z jaką prędkością ten się porusza i jaką moc generuje. Dzięki temu, choć jazda odbywa się w czterech ścianach, towarzyszy jej realny wysiłek. Na dodatek wszystko można dość precyzyjnie odwzorować w wirtualnym świecie.

Pierwsze tego typu wyścigi transmitowała już stacja Eurosport. W kwietniu rozegrano „Wyścig z pokoju", który odbył się na aplikacji Zwift, i choć przeznaczony był głównie dla amatorów, to wzięli w nim udział także znani kolarze i sportowcy z innych dyscyplin – np. skialpinista Andrzej Bargiel. W innych takich wyścigach brali udział m.in. Robert Kubica czy Anita Włodarczyk. Pod koniec kwietnia całkowicie wirtualnie, za pośrednictwem aplikacji Bkool, odbył się Ronde van Vlaanderen – jeden z belgijskich klasyków, zaliczany do tzw. pięciu monumentów. Rywalizowali w nim czołowi kolarze zawodowi świata, a zwyciężył Greg van Avermaet z polskiej ekipy CCC. A w maju zorganizowano zawodowy i wirtualny pięcioetapowy TourForAll, który wygrał Louis Meintjes.

– Już od dwóch lat przybywa osób jeżdżących na Zwifcie. W tym roku w marcu, kwietniu i maju, mimo naturalnego końca sezonu, jest ich jeszcze więcej dla każdego typu aktywności w naszej aplikacji: zwykłej jazdy, zaplanowanych jednostek treningowych, wyścigów, jazd grupowych – mówi Daniel Wojtyna, przedstawiciel Zwifta na Polskę. I przyznaje, że użytkowników jest dwa–trzy razy więcej niż przed rokiem. Angielska aplikacja nie jest jedyna – jej konkurentami są m.in. Bkool, RGT, Rouvy czy Sufferfest. – W treningach i wyścigach na naszej platformie zdecydowanie częściej niż kiedyś biorą udział zawodowcy. Dotychczas mieli bardzo dobre warunki do treningów np. na zgrupowaniach, a z trenażera korzystali raczej w ostateczności lub podczas rozgrzewki – podkreśla Wojtyna.

Istnieją też „wewnętrzne" wyścigi organizowane dla poszczególnych grup zawodowych, będące dla nich formą treningu; niektóre także były transmitowane. Niemal wszyscy kolarze z czołowych ekip mają konta na platformie Zwift.

Społeczność i talenty

Sukces wirtualnego kolarstwa wziął się nie tylko z potrzeby rywalizacji i treningu mimo ograniczeń epidemiologicznych. Jego podwaliną jest też chęć nawiązywania więzi społecznych. – Tworząca się wokół Zwifta społeczność jest jego bardzo ważną cechą. To nie jest tylko aplikacja i narzędzie do treningów, ale także coś w rodzaju platformy społecznościowej, bo pozwala na kontakt i prawdziwą rywalizację z innymi kolarzami z całego świata. Społeczności w dużej mierze tworzą i sugerują wyścigi, więc kolarze mają realny wpływ na to, co się dzieje i jak rozwijają się wydarzenia. Polska społeczność Zwifta skupiona na profilu na Facebooku jest największą w Europie, większą nawet niż niemiecka czy skandynawska. Wprawdzie w innych krajach więcej osób korzysta z tej aplikacji, ale u nas ci korzystający w 90–95 proc. należą do grupy na FB – mówi Wojtyna. W tym roku pedałowało równocześnie na tej platformie rekordowo ponad 35 tys. osób z całego świata. Średnio zalogowanych w tym samym czasie jest ok. 10 tys. osób.

Joe Friel, amerykański trener kolarstwa i autor znanej książki dotyczącej treningu, pisał, że być może potencjalnie najlepszy kolarz na świecie ma nadwagę, siedzi właśnie przed telewizorem i je czipsy. Nie został mistrzem, bo nigdy nie miał okazji spróbować tej dyscypliny albo nie natrafił na dobrego trenera. Aplikacje kolarskie mogą pomóc w wyławianiu talentów i to już się dzieje. – Żeński tradycyjny zespół kolarski Canyon zorganizował rywalizację i jego zwyciężczyni otrzymała roczny kontrakt zawodowy w szosowej grupie. Program wyławiania młodych talentów funkcjonował także w południowoafrykańskiej ekipie NTT. Zwycięzcy trafiali później do drużyn młodzieżowych – zwraca uwagę Wojciech Pszczolarski, brązowy medalista mistrzostw świata z 2017 r. i dwukrotny mistrz Europy w kolarstwie torowym. On sam w każdą sobotę maja bierze udział na trenażerze w amatorskim Orlen e-Tour de Pologne, wyścigu głównie dla amatorów.

Inną formę zdalnego treningu i rywalizacji (głównie dla kolarzy i biegaczy) zapewnia Strava. To aplikacja do smartfona, która monitoruje czas, intensywność i ślad treningu (za pomocą GPS). To ostatnie jest bardzo ważne, bo dzięki temu użytkownicy po przebiegnięciu czy przejechaniu trasy mogą później zaznaczyć jej fragment, tworząc tzw. segment. Każda kolejna osoba, która go pokona, zostanie sklasyfikowana (chodzi o szybkość). Dzięki temu można prowadzić pasjonujące korespondencyjne pojedynki o to, kto najszybciej pokonał dany odcinek. Strava organizuje też tzw. wyzwania, w których biorą udział kolarze z całego świata – trzeba np. przejechać jak najwięcej kilometrów czy pokonać jak najwięcej metrów w pionie w danym czasie.

Nie tylko kolarze mogą rywalizować zdalnie, wkładając to prawdziwy wysiłek fizyczny. Nie jest to jednak wciąż tak rozwinięte jak w przypadku cyklistów. Namiastką rywalizacji dla kierowców są symulatory – takie wyścigi też się odbywały i były transmitowane w telewizji, ale zawodnicy nie są tu poddawani przeciążeniom, tak istotnym w prawdziwym wyścigu, więc nawet najlepiej odzwierciedlające rywalizację symulatory są dalekie od realiów. Odbywają się też nieoficjalne zawody w darta (rzutki) dzięki podpiętym do sieci tablicom z czujnikami. Podobny do kolarstwa potencjał mogłoby mieć wioślarstwo, ale wirtualne treningi i rywalizacja dzięki aplikacjom i ergometrom dopiero raczkują. Istnieje też wersja Zwifta dla biegaczy – konieczna jest bieżnia i odpowiedni czujnik montowany na kostce.

Kolarstwo zjedzie z szos?

Kiedyś z aplikacji jak Zwift, RGT czy Bkool korzystała tylko garstka zapaleńców. Pomimo gwałtownego wzrostu zainteresowania wciąż jest to ułamek tradycyjnego kolarstwa zawodowego. Nasi rozmówcy wskazują jednak, że kierunek został już nadany i kwestią czasu jest, gdy ściganie się na trenażerach z pomocą aplikacji będzie realną alternatywą dla dotychczasowych wyścigów. – To już powoli się dzieje. UCI (Międzynarodowa Unia Kolarska – red.) ubiegła pandemię, bo już podczas kolarskich mistrzostw świata w Yorkshire we wrześniu ubiegłego roku podpisano ze Zwiftem umowę dotyczącą rozgrywanych co roku mistrzostw świata pod banderą UCI. Na razie nie wiadomo jeszcze, jakie będą reguły, np. czy kwalifikacje będą w domach i tylko finały będą rozgrywane w jednym miejscu, oczywiście na trenażerach. Na świecie są już de facto zawodowe grupy, które zrzeszają najlepszych kolarzy na Zwifcie i płacą im za ściganie – zaznacza Wojciech Pszczolarski.

Zdaniem Daniela Wojtyny ściganie w świecie wirtualnym staje się już alternatywą dla tradycyjnych zawodów. – E-kolarstwo dopiero raczkuje, ale będzie się bardzo szybko rozwijać, bo zdecydują o tym czynniki ekonomiczne: sponsorzy chcą odpowiedniej ekspozycji swoich logotypów w mediach, a skoro nie ma wyścigów na zewnątrz, to korzystają z wirtualnych zawodów, które są transmitowane, są dobrze graficznie odwzorowani, widać logotypy sponsorów. Organizacja takich zawodów jest także tańsza, więc będą się one odbywać – prognozuje przedstawiciel firmy Zwift.

Pytanie tylko, czy widzowie będą chcieli oglądać e-kolarstwo, pozbawione przecież wspaniałych widoków i walorów krajoznawczych, które niosą tej dyscyplinie dodatkową wartość. – Moim zdaniem tak, bo ścigają się prawdziwi zawodnicy, wykonują prawdziwy wysiłek, nie jest to jedynie kontrolowanie wirtualnych postaci, jak w grach, typowych e-sportach. Symulacja jest całkiem wiernym odzwierciedleniem realnego ścigania. Oczywiście nie należy e-kolarstwa traktować jako lepszego. Nie przekonuję, że świat wirtualny jest lepszy, bo realny sport to też atmosfera, specyfika miejsca, pogoda, historia itp. Widzę przestrzeń dla obu rodzajów wyścigów: tradycyjnych i na aplikacjach, to będzie powszechne nawet po pandemii. Wirtualne wyścigi nie muszą być wtedy traktowane jako gorsze, jako substytut czy namiastka. Ekipy kolarskie mogą mieć zespoły ścigające się tu i tu – uważa Wojtyna.

Sceptyczny wobec nowego rodzaju kolarskiej rywalizacji jest Maciej Jeziorski, trener kolarstwa i dwukrotny zwycięzca klasyfikacji generalnej Pucharu Polski w kolarstwie górskim. – E-ściganie należy traktować jako zabawę i urozmaicenie treningów. Taka forma rywalizacji daleka jest od prawdziwych wyścigów, gdzie oprócz samego stosunku generowanej mocy do masy ciała liczy się coś znacznie więcej. Spryt, technika, taktyka, umiejętność poradzenia sobie w różnych warunkach atmosferycznych itp. To wszystko sprawia, że wyniki w świecie rzeczywistym są bardziej nieprzewidywalne. W dużej mierze właśnie za tę nieprzewidywalność kochamy sport. To się nigdy nie zmieni. Prawdziwe, pełne emocji wyścigi są tylko w realu – przekonuje.

Kolarstwo to dyscyplina od dekad borykająca się z nielegalnym wspomaganiem, dopingiem, głównie farmakologicznym. Ta bolączka przeniosła się wraz z kolarzami do świata wirtualnego. Nie chodzi tylko o to, że zawodnik może wspomagać się lekami, ale może także oszukiwać aplikację. Wystarczy, że na przykład zaniży deklarowaną masę ciała, co diametralnie podbije prędkość osiąganą przez niego w wirtualnym wyścigu. Aplikacje weryfikują jednak osiągnięcia kolarzy specjalnymi algorytmami, porównują je z poprzednimi wynikami (chodzi głównie o wskaźnik osiąganej mocy do masy ciała) i jeśli system uzna, że odchylenia są zbyt duże, gracz dostaje ostrzeżenie lub dyskwalifikację. Poza tym kolarze znają się z realnych tras i mniej więcej wiedzą, jakich wyników mogą się po sobie spodziewać. Elektroniczny doping jest jednak zagrożeniem, z którym ten rodzaj sportu będzie musiał się uporać, aby móc się rozwijać i stać poważną alternatywą dla tradycyjnych zawodów. 

Wirtualna jazda, realny wysiłek

Trenażery są w kolarstwie od dawna, w ostatnich latach stawały się coraz bardziej zaawansowane, teraz ich sprzedaż wystrzeliła dzięki pandemii i rozwojowi aplikacji symulujących jazdę. – Od początku pandemii zainteresowanie trenażerami rosło z tygodnia na tydzień, aż do połowy kwietnia. Największy wzrost sprzedaży nastąpił w tygodniu, w którym wprowadzono stan epidemii. Na Allegro kupiono wtedy aż o 2500 proc. więcej trenażerów niż w tym samym okresie w 2019 r. Nasi klienci zdecydowanie zareagowali na brak możliwości uprawiania sportu na świeżym powietrzu – mówi Paulina Kazimierska z Allegro.


Bardziej skomplikowane trenażery interaktywne, które mierzą moc wytwarzaną przez kolarza i zmieniają opór w zależności od ukształtowania wirtualnego terenu, kosztują około 4 tys. zł. Te najtańsze to wydatek rzędu kilkuset złotych. Są też takie, które zmieniają wysokość przedniego koła, aby lepiej odwzorować podjazd. Sterowania rowerem w wersji szosowej jednak nie ma, choć w kolarstwie górskim jest tego namiastka – można przymocować do kierownicy telefon, który wyłapuje jej ruchy.


– Stosując się do zaleceń niewychodzenia i społecznej izolacji, często do treningów używam trenażera ze Zwiftem. Zwykły trenażer jest monotonny, w Zwifcie dodatkowo można się ścigać, co urozmaica trening. Może to być narzędzie do profesjonalnego treningu i zabawy. Jazdę na trenażerze i Zwifcie traktuję jako połączenie treningu i zabawy. Gdy pada, jest zbyt zimno, siadam na trenażer i bezpiecznie jadąc, wykonuję specjalistyczny trening. Krótszy, ale wartościowy, nie tracę dnia. Ściganie na aplikacji dodatkowo urozmaica trening, sesje startują co 10–15 minut i można rywalizować na żywo z kolarzami z całego świata – mówi kolarz torowy Wojciech Pszczolarski.


Jazda na trenażerze ma jednak pewne wady i ograniczenia, więc nie wszyscy są do niej przekonani. – W trakcie pandemii nie korzystałem z trenażera. Wychodziłem na zewnątrz, stosując się do zasad izolacji społecznej. Mieszkam w domu jednorodzinnym i mogłem wychodzić na treningi bez konieczności przebywania w miejscach publicznych. Treningi wykonywałem sam, na pustych drogach, z dala od ludzi i miasta – mówi kolarz górski Maciej Jeziorski.


Przy jeździe w miejscu nie ma oporu i chłodzenia powietrzem, gorsza jest wentylacja i szybko robi się gorąco. – Można pomagać sobie wentylatorem albo kamizelką ochładzającą, ale to nie to samo co uczucie rozcinania powietrza na zewnątrz. Poza tym mam wrażenie, że jazda na trenażerze jest trudniejsza. Gdy urządzenie dostosowuje się do obciążenia przy przechodzeniu np. z jazdy po płaskiej drodze w podjazd, te przejścia są gwałtowniejsze niż na zewnątrz. Poza tym nie da się „oszukać" trenażera i aplikacji – jeśli trener zaleci utrzymywać moc np. 300 watów, to w pomieszczeniu to „oszukiwanie" jest trudniejsze, bo urządzenie jest ustawione na zadaną moc – zaznacza Pszczolarski.


Zdaniem Jeziorskiego pedałowanie na trenażerze jest tylko imitacją prawdziwej jazdy na zewnątrz. – Jeśli mamy rower „przymocowany" do podłoża, praktycznie nie pracują nam mięśnie stabilizacyjne i korpusu. Nie kształtujemy techniki jazdy. Inaczej pracują mięśnie nóg podczas pedałowania: czworogłowe uda są bardziej obciążone, a mniej mięśnie pośladków i łydek. Jeśli porównać tę samą intensywność jazdy na zewnątrz z jazdą w pomieszczeniu, wyraźnie ciężej nam wykonać trening w pomieszczeniu. Dodatkowo utrudniona jest wentylacja, trudniej o chłodzenie, a znaczniej łatwiej o przegrzanie i odwodnienie organizmu – wyjaśnia Jeziorski.


Wspomniane wady nie oznaczają oczywiście, że korzystanie z takiego urządzenia jest błędem. – Wręcz przeciwnie, jazda na trenażerze niesie ze sobą wiele korzyści. Jedną z nich jest możliwość wykonania jednostki treningowej bardzo precyzyjnie. Brak ruchu drogowego czy skrzyżowań pozwala na skupienie się w stu procentach na zaplanowanym treningu. Czas jazdy na trenażerze wykorzystywany jest maksymalnie, ponieważ w przeciwieństwie do jazdy na zewnątrz pedałuje się bez przerw – wyjaśnia Jeziorski. Za treningiem na trenażerze przemawiają również bezpieczeństwo, oszczędność czasu, niezmienne warunki otoczenia – brak wiatru, możliwość ustalenia jednolitej siły oporu. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA