fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michael Dobbs: Frank Underwood z „House of Cards” towarzyszy mi od 30 lat

Michael Dobbs, autor „House of Cards"
Anders Birger
Męczą mnie liczne Kasandry, które już wiedzą, że Donald Trump, czyli przywódca zachodniego świata, okaże się całkowitą porażką, i robią co w ich mocy, by te ponure zapowiedzi się ziściły. Wolę trzymać kciuki za to, byśmy za cztery lata obudzili się w bezpieczniejszym i zasobniejszym świecie - mówi Michael Dobbs, autor „House of Cards". (We wtorek premiera 5. sezonu serialu. Przypominamy rozmowę z marca 2017)

 

 

Rzeczpospolita: Skąd pomysł na książkę „House of Cards"?

Przez wiele lat byłem jednym z najbliższych zauszników Margaret Thatcher, a moje zdolności doceniono ksywką „westminsterski cyngiel o twarzy dziecka". W końcu jednak nasze drogi z panią premier się rozeszły. Odsunięty i przybity tym, że moja kariera polityczna legła w gruzach, postanowiłem odpocząć. Wyjechałem na wakacje na niewielką, choć przepiękną wyspę Gozo (w pobliżu Malty – przyp. red.). W czasie słodkiego nieróbstwa zacząłem szukać nowego pomysłu na siebie, ale i wentyla, przez który upuściłbym nieco frustracji. Pewnego wieczora usiadłem nad basenem z kieliszkiem wina, notesem i ołówkiem, a zanim osuszyłem butelkę miałem już zarys fabuły „House of Cards". To było blisko 30 lat temu i wywróciło moje życie do góry nogami. Do dziś główny bohater tej przetłumaczonej na ponad 30 języków książki to mój najwierniejszy towarzysz.

A co z przypisywanym Bismarckowi powiedzeniem, że „ludzie nie powinni widzieć, jak robi się kiełbasę i politykę"?

Sam jestem człowiekiem i miałem niepowtarzalną sposobność obserwować politykę zza kulis. Faktycznie zawsze robiło na mnie duże wrażenie, jak brutalna i twarda walka toczy się na szczytach władzy. Ale ludzie toczą boje o to, w co wierzą i co jest dla nich najważniejsze, więc nie można się spodziewać, że będą układni czy uprzejmi. Nie ma pardonu. Z drugiej strony przekonałem się, że politycy są tylko ludźmi, wiodą życie osobiste, rodzinne i seksualne, co czasem odciska piętno także na ich wizerunku publicznym. W „House of Cards" starałem się pokazać, że polityka to nie tylko wykalkulowana realizacja celów i zamierzeń, ale że politycy, to ludzie poddawani niesamowitym ciśnieniom, ulegający emocjom, popełniający błędy. A ponieważ bardziej kusząca dla pisarza jest ciemna strona ludzkiej natury, na niej się skoncentrowałem.

I dlatego inicjały głównego bohatera to „FU", czyli skrót od angielskiego „fuck you"?

Nie ma mowy o przypadku [śmiech]. Zanim wymyśliłem fabułę, już wiedziałem, co chcę wykrzyczeć światu. Poza tym, te dwie litery wiele mówiły o naturze Francisa Urquharta, którego w amerykańskim serialu przemieniono na Franka Underwooda. Próbuje on wszystkich dookoła... wykiwać.

Któryś z polityków dopytywał o pierwowzór Urquharta?

Dziesiątki najbardziej prominentnych osób podchodziły do mnie i szeptały „FU to ja, prawda?". Trzeba było widzieć ich miny, kiedy odpowiadałem, że nie.

Ulżyło im?

Przeciwnie! Spuszczali nosy na kwintę. To chyba jedyne osoby prawdziwie dotknięte moim pisarstwem. Nie ma lepszego dowodu na to, jak istotną częścią polityki jest show-biznes.

A więc na kim wzorował pan swojego demonicznego bohatera?

„House of Cards" to fikcja literacka, choć inspirację czerpałem z wielu prawdziwych wydarzeń. Zatem Urquhart to zlepek wielu znanych mi osób z solidną domieszką mojej wyobraźni. Tak naprawdę to nie znam premiera, który zamordowałby dziennikarza, choć znam takich, którzy mieli na to ochotę [śmiech].

Nie bał się pan, że partyjni koledzy będą mieli pretensje, jeśli w swojej fikcji zawrze pan zbyt wiele prawdy?

Bałem się jedynie, że mogę zawrzeć w powieści zbyt wiele nudy. W końcu proza życia polityków to nie tyle planowanie morderstw, ale raczej ciężka praca, przerzucanie papierów, służenie społeczeństwu. Na szczęście ja nie dokumentuję rzeczywistości, tylko tworzę fikcję, więc nie muszę wyważać prawd, mogę przerysowywać i skupiać się na mrokach ludzkiej duszy.

I udało się panu sprawić, że widzowie serialu kibicują tak odpychającej postaci jak Frank Underwood.

Nie wiem, czy kibicują to najlepsze słowo. Po prostu z zainteresowaniem śledzą jego dokonania, zdając sobie sprawę z ich ohydy. Widzowie są częścią spisku. Główny bohater co jakiś czas zwraca się bowiem wprost do nich i ujawnia swoje złowrogie zamiary.

Podobną technikę stosował już Szekspir w „Ryszardzie III".

Właśnie! Wprawdzie FU nie hamletyzuje ani nie ma wyrzutów sumienia jak Makbet, ale temat ambicji, parcia do władzy nawet po trupach to samograj znany od wieków. Jako dzieciak zaczytywałem się w sztuce „Juliusz Cezar", w której najpotężniejszy człowiek na świecie zostaje zadźgany przez najbliższych współtowarzyszy. Stąd już tylko krok do „House of Cards".

Natura polityków zatem od tysiącleci się nie zmieniła?

Politycy to nie anioły, choć chyba większość z nich ma jednak dobre intencje. Tyle że często popełniają błędy. Nie popełniają ich jedynie ci, którzy nic nie robią. A historia pokazuje, że politycy, którzy potrafią ze swoich błędów wyciągnąć wnioski, są lepszymi liderami. Kiedy myślę o gigantach polityki, jak Margaret Thatcher czy Winston Churchill, to widzę ich skazy, ale i wielkość.

Czy tę zasadę da się zastosować również do polityków aktywnych dzisiaj?

Oczywiście. Ale sam jestem aktywnym politykiem, zasiadam przecież w brytyjskiej Izbie Lordów, dlatego nie zamierzam wskazywać palcem swoich kolegów.

Zerknijmy więc za ocean.

Dostrzegam felery zarówno u Hillary, jak i Billa Clintonów czy Richarda Nixona. Długo można by wymieniać. Wady Donalda Trumpa są ewidentne dla każdego obserwatora życia politycznego, ale nie przekreślają szans nowego prezydenta na bycie dobrym przywódcą. Czas pokaże, jak zapisze się on w historii. Czy chcemy polityków, którzy pod presją są w stanie podejmować właściwe decyzje, czy raczej niewinnych, bo nie splamili się dokonaniem czegokolwiek ważnego? Nie twierdzę, że nie istnieją błędy, które nie powinny eliminować z życia publicznego. Chcę tylko podkreślić wagę doświadczenia.

Barack Obama też miał swoją skazę?

Jego słabością był z pewnością brak doświadczenia w waszyngtońskiej polityce, zanim został prezydentem. W efekcie nie był w stanie w pełni kontrolować tej machiny i realizować swoich planów. To dlatego pod koniec jego kadencji mieliśmy do czynienia z dotkliwym impasem. Podobny problem stanął kiedyś przed Jimmym Carterem.

Donald Trump też nie ma takiego doświadczenia. Czeka go podobny los?

Zobaczymy, jest taka ewentualność. Ale męczą mnie liczne Kasandry, które już wiedzą, że przywódca zachodniego świata okaże się całkowita porażką i robią co w ich mocy, by te ponure zapowiedzi się ziściły. Wolę trzymać kciuki za to, byśmy za cztery lata obudzili się w bezpieczniejszym i zasobniejszym świecie.

Wspomniany przez pana Bill Clinton po obejrzeniu „House of Cards" stwierdził, że w 99 proc. serial pokazuje prawdę o polityce.

Ciężko pracujemy na takie komplementy. Nasz serialowy Biały Dom mieści się w magazynie na przedmieściach Baltimore, ale zadbaliśmy o to, by drzwi do Owalnego Gabinetu zamykały się z tym samym dudnieniem jak w oryginalnym pomieszczeniu. A kiedy brakowało nam odpowiednich włączników światła, robiliśmy je sami, by odwzorować te z siedziby prezydenta.

To robi wrażenie, ale myślałem raczej o mechanizmach władzy.

Chyba udało nam się odmalować pewien ryzykowny proces. Władza wymaga kompromisu, a kompromis oznacza odstąpienie od własnych zasad. Kiedy zrobi się pierwszy krok, łatwo znaleźć się na równi pochyłej.

Czym różni się dzisiejszy świat polityki od tego sprzed trzech dekad, gdy napisał pan „House of Cards"?

Na pewno zmieniło się jego tło, bo nie mamy już zimnej wojny ani Związku Radzieckiego. Ale zmieniła się też mechanika polityki i dostępne narzędzia. Mamy 24-godzinne telewizyjne kanały informacyjne, media społecznościowe, smartfony z dostępem do wszechnicy wiedzy. Z tym że koniec końców i tak wszystko zależy od ludzi – aspiracje są niezmienne.

Amerykański serial nie jest pierwszą adaptacją pana książki na małym ekranie. Brytyjska telewizja BBC swój „Dom z kart" nakręciła już 26 lat temu. Jakby pan porównał te dwa dzieła?

Trudno mi zachować obiektywizm, bo jestem producentem wykonawczym nowego serialu. Przygotowana przez BBC adaptacja okazała się jednym z największych bestsellerów tej stacji. Ale amerykańska wersja, której piątą już serię będzie można obejrzeć w najbliższych miesiącach, okazała się hitem globalnym. Oglądają ją głowy państw i szefowie rządów. Rok temu miałem sposobność rozmawiać na temat nawet z prezydentem Chin Xi Jinpingiem. Zresztą więcej osób ogląda „House of Cards" w Chinach niż w USA.

Skąd to powodzenie?

Świat telewizji przechodzi teraz istną rewolucję, a w jej szpicy jest właśnie „HoC". Złota era seriali telewizyjnych to wynik dostępności, ale i coraz wyższej jakości oferowanych treści. Do ekranu widzów przyklejają wyraziste postacie i motywacje zrozumiałe na całym świecie. Sporą rolę odgrywa rzecz jasna najwyższej próby aktorstwo Kevina Spaceya, wcielającego się we Franka Underwooda, oraz Robin Wright, grającej jego żonę. Za te role nagrodzono ich Złotymi Globami, nagrodami Emmy itp. Sukces to także zasługa świetnej reżyserii, m.in. Davida Finchera, ale przypomnę, że parę odcinków trzeciej serii reżyserowała Agnieszka Holland.

—rozmawiał Paweł Szaniawski

Lord Michael Dobbs jest politykiem brytyjskiej Partii Konserwatywnej, dożywotnim członkiem Izby Lordów, baronem z Wylye w hrabstwie Wiltshire. Jest także pisarzem, autorem serii książek o Francisie Urquharcie, a także producentem wykonawczy serialu telewizji Netflix „House of Cards". W 1984 roku przeżył zamach terrorystyczny w Brighton na konferencji Partii Konserwatywnej.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA