fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Tomasz Grzywaczewski. Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

W Raszkowie na wzgórzu stoją kamienne mury na planie krzyża. To pozostałość po cerkwi prawosławnej, w której Tymofiej Chmielnicki, syn Bohdana Chmielnickiego, miał brać ślub z księżniczką Ruxandrą, zwaną u nas Roksaną
Fotorzepa, Marta Rybicka
Henryk Sienkiewicz wprost uwielbiał ten daleki kraniec świata nad przepięknie meandrującym Dniestrem, gdzie wszystko było dzikie, magiczne, mrożące krew w żyłach

Witajcie w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. – Ojciec Marcin uśmiecha się, zatrzymując samochód przy lekko pordzewiałej metalowej tablicy informującej, że znajdujemy się w rezerwacie rzeki Iagorlîc wpływającej w tym miejscu do Dniestru. Jego wody spiętrzone przez hydroelektrownię w pobliskich Dubosarach utworzyły szeroki zalew, który pochłonął dawną wieś Jahorłyk. Ostało się ledwie kilka domów przyłączonych do wioski Gojany. W XVIII wieku stał w tym miejscu słup graniczny, na którym być może namalowano białego orła i litewską Pogoń. Na pewno były na nim napisy w trzech językach: polskim, tureckim i łacińskim. Według „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich" jeszcze w 1841 roku na murowanym obelisku ustawionym 10 sążni od brzegu wciąż widoczny był napis „Anno 1703, granica, koniec Polski". To były kresy Kresów. Najdalszy przyczółek cywilizacji łacińskiej, za którą były już tylko Dzikie Pola, Tatarzy, Turcy i mroki wielkiego stepu. Na tej krawędzi świata balansowała wieś Jahorłyk wywołująca w polskich historiografach romantyczne skojarzenia. Eustachy Iwanowski, historyk przełomu XIX i XX wieku, w „Rozmowach o Polskiej Koronie" pisał: „Ten słup roku 1699 postawiony zaraz po zawarciu Karłowickiego traktatu jest jakby pomnikiem tego pokoju, który najsłodsze uczynił wrażenie i jakby portem był dla Polskiej ojczyzny. Któreż serce po tylu wiekowych pożogach nie było wzruszonym! Ten port bezpieczny, ten pokój święty tylko chwilowym był spoczynkiem, po którym na pełnym dziś morzu fale miotają rozbitym statkiem!".

Po słupie upamiętniającym wspaniały pokój wieńczący dwie dekady wojen z imperium osmańskim nie pozostał żaden ślad. Teraz wokół tylko Dniestr i jak zwykle pola słoneczników. Po granicznej rzece pływa kitesurfer, halsując od jednego do drugiego brzegu. Jego deska raz wpada do Naddniestrza, to znowu przeskakuje do Mołdawii.

Ślepa uliczka

Na północy naddniestrzańskie państwo staje się coraz bardziej widmowe. Brakuje sowiecko-rosyjskiego sztafażu, który atakuje w Benderach i stolicy. Jakby władzy centralnej zabrakło sił, żeby swą ideologię zanieść na północ. Pogranicze sprawia wrażenie bezpańskiego, dryfującego gdzieś ochłapu lądu. Jedyną stanicą świadczącą o zwierzchności Tyraspolu jest Rybnica. Miasto potężne swym przemysłowym majestatem. Rybnicka huta to jeden z największych tego typu zakładów w Europie odpowiadający za około połowę naddniestrzańskiego eksportu. A ponadto stąd pochodzi prezydent Szewczuk – to zawsze dodaje splendoru. Na głównym placu wybrukowanym betonowymi płytami stoi sobie Lenin. Ale i wódz rewolucji jest jakiś bardziej łagodny. Ręce zaplecione za plecami, płaszcz już nie rozwiany, tylko luźno opadający za kolana, czapka na głowie niefrasobliwie przekrzywiona. W kiosku sprzedawca z porannej prasy proponuje tabloidową „Komsomolskaję Prawdę" – edycję mołdawską. Na pierwszej stronie informacja, że oto Maria Szarapowa zarabia więcej niż Leonardo DiCaprio. Blond piękność gapi się wyzywająco, zza jej pleców wychyla się boski Leo i zaniepokojony drapie się po głowie, a na nich zmieszanym wzrokiem spogląda towarzysz Iljicz. Bo niby dobrze, że udało się przytrzeć nosa hollywoodzkiemu fircykowi, ale ta Prawda miała być Komsomolska, robotniczo-chłopska. A tu celebryci, pieniądze, blichtr i szyk. Coś ten naddniestrzański komunizm zabrnął w ślepą uliczkę. W Rybnicy brakuje też czerwieni. Nawet umieszczona na szczycie dwudziestokilkumetrowego pomnika Wojennej Chwały gwiazda jest w kolorze złotym. Zaraz za rogatkami miasta droga biegnie przez kolejne słonecznikowo-kukurydziane pola, wspina się na niewielkie wzgórza przełamujące otępiającą płaskość krajobrazu i wreszcie opada do wioski Katerynówka. Tu też jest Lenin. Szczerozłoty, błyszczący się w promieniach słońca, aż oczy bolą. Wołodia złoty siedzi na ławeczce, obejmując dwoje dzieci. Chłopiec i dziewczynka pokazują mu jakąś książkę. A on jest jeszcze bardziej dobrotliwy niż ten rybnicki. Północne Naddniestrze łagodzi obyczaje, osłabia rewolucyjną czujność, pozwala zatopić się w nierealności. Tutaj zaczyna się na poły nierzeczywista rzeczpospolita naddniestrzańska. W dolinie przede mną leży osławiony sienkiewiczowski Raszków.

U nas się nawet cuda zdarzają

Raszków składa się z zalesionych wzgórz zwanych przez miejscowych Górami Naddniestrzańskimi. Domów krytych eternitem, z których niektóre, opuszczone, tak obrosły bluszczem i innymi chwastami, że ledwie dachy wystają z zieleni. Ich mieszkańcy uciekli szukać miejsca dającego lepsze nadzieje na przyszłość.

– Roboty, panie, u nas ni ma, i z tego, co widzę, to raczej jeszcze długo nie będzie. Młodzi wyjeżdżają do Rybnicy albo jeszcze dalej, do Tyraspolu. Sami starzy ludzie zostają i nawet nie ma kto się nimi opiekować – odpowiedź przeciętnego mieszkańca Raszkowa na pytanie: „Co tam u was, w Raszkowie, słychać?", nie napawa optymizmem.

Krowy naddniestrzańskie schodzą do wodopoju i gapią się na krowy mołdawskie chłepczące wodę po drugiej stronie rzeki. Są tu ruiny synagogi z zachowaną menorą i aron ha-kodesz oraz stojące na wzgórzu kamienne mury na planie krzyża. To pozostałość po cerkwi prawosławnej, w której Tymofiej Chmielnicki, syn Bohdana Chmielnickiego, miał brać ślub z księżniczką Ruxandrą, zwaną u nas Roksaną. Jest również przepięknie odrestaurowany kościół Najświętszej Maryi Panny i Świętego Kajetana wybudowany w połowie XVIII wieku, początkowo dla Ormian. Dookoła świątyni biegają dzieciaki, drąc się wniebogłosy. Misjonarze zorganizowali dla nich półkolonie, żeby miały w wakacje jakieś sensowne zajęcie.

– U nas się nawet cuda zdarzają. Widzisz tamto urwisko? – mówi ojciec Marcin, pokazując łyse zbocze, którego fragment przypomina kamieniołom. – Kiedyś zakonnice zabrały tam młodzież szkolną na piknik. Mieli rozłożyć się pod samym wzniesieniem, ale jakoś w ostatniej chwili zmieniły zdanie i zatrzymali się trochę dalej pod lasem. Nie minęła godzina, jak okolicę rozdarł potężny huk. Część skarpy oberwała się, zasypując podnóże setkami ton kamieni. Gdyby tam byli, to pewnie nikt by nie przeżył. I jak tu nie wierzyć w Opatrzność.

Portal prowadzący do legendarno-mistycznego wymiaru Raszkowa znajduje się w niepozornym domu w centrum miasteczka. Z zewnętrz od innych domostw odróżnia go tylko solidna brama z kutymi zdobieniami i broniący obejścia drewniano-kamienny płot. Ale nie jest to zwykły dom. Za wrotami wisi mosiężna tablica: „Dom Polski »Wołodyjowski« w Raszkowie".

– Zobacz, na wzgórzu stoi kościół katolicki, tutaj są ruiny synagogi, a budowla na tamtym wzniesieniu to cerkiew prawosławna. Co jest pośrodku? – pyta z uśmiechem Marek Pantuła, honorowy członek Towarzystwa Kultury Polskiej „Jasna Góra", obejmując wzrokiem Raszków. – Nasz wielokulturowy Dom Polski „Wołodyjowski".

Marek miał pewnego dnia sen. Już wcześniej dużo jeździł na rumuńską Bukowinę i do Mołdawii. Współpracował z Polonią, organizował Bukowińskie Spotkania ze Sztuką. Ale do głowy by mu nie przyszło, żeby wybrać się do Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej. Bo przecież to państwo nieuznawane, geopolityczna czarna dziura, miejsce, do którego podobno lepiej się nie zapuszczać.

– Możecie mi nie wierzyć, ale którejś nocy przyśnili mi się Polacy w Naddniestrzu. Nigdy wcześniej ich nie widziałem, a oni w tak niezwykły sposób pojawili się w moim życiu. Nie miałem wyboru, musiałem tam pojechać. W ten sposób kilka lat temu poznałem się z niezwykłą kobietą, Natalią Siniawską.

Marek przedstawia drobną blondynkę o żywych, pełnych energii oczach.

– Zapraszam w nasze skromne progi. – Natalia, prezes Towarzystwa, przez solidną drewnianą bramę prowadzi nas do zadbanego domu. – Remont ciągle trwa, ale przyjeżdżają już do nas pierwsi goście. Powiedz wszystkim swoim przyjaciołom i znajomym, że u nas, w Naddniestrzu, też mamy swój skrawek Polski. To przecież dawne ziemie Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Henryk Sienkiewicz wprost uwielbiał ten daleki kraniec świata nad przepięknie meandrującym Dniestrem, gdzie wszystko było dzikie, magiczne, mrożące krew w żyłach. Gdzieś tutaj miał stać gród warowny, w którym stacjonowali zagończycy pilnujący rubieży Rzeczypospolitej przed tatarskimi rozbójnikami nadciągającymi z owianego złą sławą Budziaku. Żądny zemsty, po wybiciu mu oka przez Baśkę Wołodyjowską, Azja Tuhajbejowicz poderżnął gardło staremu Nowowiejskiemu i obrócił twierdzę w perzynę, za co spotkała go później straszliwa kara. „Wśród gruzów Raszkowa, wśród nocy i pustki został tylko na wysokim palu sam Azja, syn Tuhaj-beja – i świecił długo...".

Niedaleko od Raszkowa leży straszny wąwóz Wołodynka zwany Czortowym Jarem. „Długie, czarne cienie kładły się od drzew na ziemię, a na przestrzeniach oblanych światłem księżyca świeciły mocno jakieś białe, okrągłe lub wydłużone przedmioty, w których mołojcy ze strachem poznali czaszki i piszczele ludzkie". To w nim upiorna wiedźma Horpyna razem ze swoim sługą szpetnym karłem Czeremisem więziła przepiękną Helenę Skrzetuską. Rzędzian zastrzelił czarownicę, ale dla pewności przygniótł jeszcze jej pierś głazem z nakreślonym święconą kredą znakiem krzyża.

Nagrobki z dwoma kalendarzami

W wiosce Katerynówka przy wjeździe do Raszkowa rozłożył się cmentarz. Trawa po pas, pęta malin kaleczą ręce, krzewy splatają w zwartą gęstwinę. Z tego naddniestrzańskiego buszu wychylają się pokryte mchem kamienne krzyże, obłupane marmurowe postumenty, wytarte nagrobne płyty. Większość z nich pochodzi z XIX i XVIII wieku, ale są i takie z szesnastego stulecia. Nazwiska swojskie: Przemyski, Radziwicz, Karpiński, Koszarska. Na zachowanej w nie najgorszym stanie kolumnie można przeczytać „Natalja z Piotrowskich Zalewska zmarła 12/24 grudnia 1873 r.". Niektóre z nagrobków są jednak odnowione, a centralna alejka utrzymana w nienagannym stanie.

– To katolicki cmentarz, dlatego daty podawane są w dwóch kalendarzach. Juliańskim i gregoriańskim – opowiada Natalia Siniawska. – Cały czas pracujemy nad jego renowacją. Latem zeszłego roku pomagała nam grupa studentów z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy przyjechali do naszego Domu. Postawiliśmy murowane ogrodzenie z nową furtą, odnowiliśmy główną pierzeję, systematycznie restaurujemy pomniki. Dużo jeszcze zostało do zrobienia, ale jestem pewna, że niedługo groby naszych rodaków odzyskają dawny blask. Chcemy budować wspólnotę Polaków nie tylko w Naddniestrzu, ale przede wszystkim pomiędzy tutejszą Polonią a rodakami w ojczyźnie.

Przed I wojną światową w Raszkowie mieszkało 5400 mieszkańców, z których dużą część stanowili nasi rodacy. Proces wynaradawiania na pełną skalę rozkręcili dopiero Sowieci. (...)

Pochodzenie widmowe

W Słobodzie działa jedyna w całym Naddniestrzu szkoła z językiem polskim. Towarzystwo polonijne we współpracy z misjonarzami organizuje dla młodzieży wyjazdy do ojczyzny.

– A co słychać u mojej rodziny w Polsce? Jejku, tak się cieszę, że nas odnaleźliście! Ile to już lat minęło, jak ostatni raz widziałam Piotra. – Starsza pani ma łzy w oczach. Kręci z niedowierzaniem głową, kiedy opowiadam jej historię, która doprowadziła mnie do jej stołu. Jeszcze w Polsce zupełnie przypadkowo poznałem Andrzeja, który na wieść o podróży do Naddniestrza oznajmił, że Piotr, jego dziadek ze strony ojca, pochodzi z tego państwa widma. – Jak wybuchła wojna, to Piotra wzięli do wojska i razem z Armią Czerwoną dotarł aż do Polski. Został ranny i w szpitalu poznał dziewczynę. Zakochał się i postanowił już tam zostać. Oczywiście dowódca nie chciał się zgodzić. Próbowali odesłać go z powrotem do ZSRR. Uratowała go polskość. Miał w paszporcie napisane czarno na białym „Polak". Zgodzili się, żeby został z ukochaną. – Ostatni raz odwiedził nas w latach sześćdziesiątych, jak budowaliśmy ten dom. Rodzina z Rybnicy jeździła do nich jeszcze kilkanaście lat temu. Podobno dobrze tam się u was, w Polsce, żyje – wzdycha.

Panią Mirosławę poznałem w kościele. Na mszy świętej gromadzi się prawie cała żeńska część wioski. Babuleńki okutane kolorowymi chustami, matki z dziećmi, młode dziewczyny. Kilku mężczyzn nieśmiało stoi przy drzwiach wejściowych. Patrzą ukradkiem, mamroczą pod nosem słowa modlitwy. Większość ich kolegów wyjechała za chlebem za granicę albo siedzą w domach.

– Piją – mówi smutno jedna z parafianek.

Religijność to domena kobiet. Mszę koncelebruje polski misjonarz, sercanin ksiądz Marcin Januś. Nabożeństwo trwa grubo ponad dwie godziny i prowadzone jest w trzech językach. Wierni modlą się po ukraińsku, kazania słuchają po rosyjsku, a śpiewają po polsku. Kościół w Słobodzie to jak w wiekach średnich nie tylko miejsce spotkania z Bogiem, ale również bastion. Przez kilkadziesiąt lat broniono się w nim przed ateizacją i sowietyzacją. Wioska pierwotnie nazywała się Księdzówka, bo założył ją pod koniec XVII wieku ksiądz Wardieriesowicz, proboszcz parafii w pobliskim Raszkowie, który podobno osiedlił tutaj chłopów z „dalekich stron". Prawdopodobnie byli to włościanie z południowej Rzeczypospolitej. Dopiero w 1927 roku zdecydowanie zbyt katolicką nazwę wsi zastąpiono Słobodą Raszkowem. W kilka lat później raszkowski kościół zamieniono na magazyn i stolarnię. Pozbawieni swojego duszpasterza mieszkańcy Słobody zaczęli organizować religijną partyzantkę. Chcieli wznieść swój własny kościół, ale władze nie wydawały na to zgody i dwukrotnie siłą burzyły zaczątki nowej świątyni.

? Tutaj żyje twardy naród. Komuniści byli zawzięci, ale słobodzianie jeszcze bardziej. Nie da się zgodnie z prawem, nie idzie siłą, to trzeba podstępem. Totalitarny ustrój nauczył nas sztuki kombinowania – śmieje się ojciec Dima piastujący do połowy 2016 roku funkcję proboszcza słobodziańskiej parafii. – Obecny kościół to tak naprawdę przerobiony dom mieszkalny. Jego właścicielka systematycznie dobudowywała kolejne pomieszczenia, aż wreszcie powstała kaplica z prawdziwego zdarzenia. Nawet wieżę wierni wznieśli własnym sumptem.

Wszystko się porozłaziło

Na uginających się nogach przemierzam błotniste drogi Słobody. Dom kultury wybudowany za Sowietów zamienił się w straszącą powybijanymi oknami ruinę. Podłogę w głównym holu pokrywa gruba warstwa gruzu. Z namalowanego na ścianie rajskiego widoku pozostał tylko fragment palmy i błękitnego morza. Reszta rozsypała się w proch.

– Komuniści zamknęli nam kościół i postawili centrum kulturalne, żebyśmy mogli tam oddawać się przyjemnościom nowego świeckiego kultu. Bo ateizm to też religia, tylko że Jezusa Chrystusa zastąpił umysł i nauka. I widzisz, dom kultury się zawalił, a kościół, który sami sobie wybudowaliśmy, kwitnie – śmieje się Nina wyglądająca przez drzwi pobliskiego domku otoczonego zadbanym ogródkiem.

Ogórki, pomidory, ziemniaki, cebula. Na drzewach wiśnie, czereśnie i śliwki. Ludzie starają się być samowystarczalni.

– Romaszka, Romaszka. Chodź do mnie! – Kobieta stoi na ganku i głośno kogoś woła. Imię cokolwiek osobliwe, bo romaszka to po ukraińsku „rumianek". Przybiega koza. Merda ogonem, łasi się i zajada owoce, którymi karmi ją właścicielka. Nina klepie ją po bokach. Romaszka zadowolona kładzie się na ganku i jak pies stróżujący obserwuje obejście. – Mąż umarł kilka lat temu, dzieci wyjechały do miasta szukać lepszego życia. Sama tutaj zostałam i tylko ona dotrzymuje mi towarzystwa – opowiada, głaszcząc kozę po głowie.

Z gospodarstwa Niny wyciąga nas wdowiec Roman. Po śmierci żony próbował poskładać dom do kupy, ale jakoś wszystko się porozłaziło. Pieniędzy nie było, pole leżało odłogiem, tylko winorośle rok w rok bujnie owocowały. Wypełnił więc czas produkcją czerwonego trunku.

– Kim to ja nie byłem? Obywatelem sowieckim, Mołdawianinem, Ukraińcem i oczywiście Naddniestrzaninem. – Roman wyciąga z oblepionej warstwą brudu szuflady pliczek paszportów. Kula ziemska z sierpem i młotem, tur, tryzub i wreszcie godło Naddniestrza. – Ale zobacz, we wszystkich wpisane jest to! – Kartkuje poszczególne dokumenty i triumfalnie wskazuje zapisaną w rubryczce narodowość: „Polak". – Większość życia przeżyłem w Sojuzie i nikt się nie zastanawiał, czy to jest Mołdawia, czy Ukraina, czy cholera jeszcze wie co. Jak się Związek posypał, to okazało się, że Słoboda leży na mołdawskiej ziemi. A i niech sobie będzie w Mołdawii. Mnie to tam rybka. Ale politycy postanowili namieszać. – Zaciąga się głęboko śmierdzącym papierosem bez filtra. – Wysłali ludzi, żeby do siebie strzelali. I teraz mamy Republikę Naddniestrzańską. A jakie to ma znaczenie. Nędza jaka była, taka jest. Zrobiłem sobie ten ukraiński paszport, żeby mieć jakiś normalny dokument. Ale ja urodziłem się Polakiem i Polakiem umrę. ©?

Fragment książki Tomasza Grzywaczewskiego „Granice marzeń. O państwach nieuznawanych", która ukaże się 21 lutego nakładem Wydawnictwa Czarne

Śródtytuły pochodzą od redakcji

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA