fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Raport o kryzysie Kościoła w Polsce

Pożegnanie: kardynał Stanisław Dziwisz i papież Franciszek przed krakowską kurią podczas Światowych Dni Młodzieży, lipiec 2016.
Reporter, Beata Zawrzel
Najbliższy współpracownik Jana Pawła II odchodzi na emeryturę, gdy katolicyzm w Polsce znajduje się na zakręcie.

W marcu 2014 roku IBRiS na zlecenie „Rzeczpospolitej" zapytał Polaków o to, czym oprócz szerzenia wiary powinien w najbliższym czasie zająć się Kościół. Prawie połowa badanych (47 proc.) wskazała, że priorytetem powinna być pomoc ubogim, potrzebującym, bezrobotnym etc. Na drugim miejscu (42 proc.) respondenci postawili walkę z pedofilią wśród duchownych. 37 proc. badanych uznało, że księża powinni zmienić styl posługi, podjąć wedle zaleceń papieża Franciszka życie w duchu ubóstwa i wyjść do ludzi. Prawie jedna trzecia badanych (32 proc.) wskazywała, że Kościół powinien zająć się problemami polskich rodzin. Sprawy polityczne – w tym m.in. wypracowanie z politykami kompromisu w sprawie in vitro – były ważne dla 18 proc. respondentów.

Sondaż ten przeprowadziliśmy w momencie szczególnym: rok po wyborze na papieża kard. Jorgego Maria Bergoglia. Na papieskim tronie zasiadł on po niespodziewanym ustąpieniu Benedykta XVI, którego pontyfikat określano jako kontynuację dzieła Jana Pawła II. Papież Franciszek – podobnie jak na początku swojej posługi Karol Wojtyła – określany jest mianem rewolucjonisty. Od przejęcia steru Kościoła mocny nacisk kładzie na kwestie pomocy najuboższym, wzywa do „nawrócenia pastoralnego" wszystkich wiernych (biskupów, księży i wiernych prosi o to, by „wstali z kanapy"), wielokrotnie wypowiadał się na temat walki z przypadkami pedofilii wśród duchownych.

Badanie zbiegło się także z wyborami przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski – po dziesięciu latach posługę na tym stanowisku kończył abp Józef Michalik (niegdyś bliski współpracownik Jana Pawła). Na nowego przewodniczącego biskupi wybrali abp. Stanisława Gądeckiego, a na wiceprzewodniczącego abp. Marka Jędraszewskiego.

Teraz, gdy na emeryturę odchodzi metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz – niekwestionowany strażnik dziedzictwa Jana Pawła II – a jego miejsce zajmie w sobotę (28 stycznia) wiceprzewodniczący episkopatu, zadaliśmy Polakom identyczne pytanie. Listę priorytetów respondenci uszeregowali dokładnie tak samo jak przed trzema laty. Wzrósł jednak odsetek tych, którzy poszczególne zadania uważają za ważne. I niemal gołym okiem widać tu wpływ nauczania papieża Franciszka. O tym, że Kościół winien więcej uwagi poświęcić ubogim i potrzebującym, przekonanych jest dziś 71 proc. badanych. Na kwestię walki z pedofilią w szeregach duchowieństwa wskazuje 67 proc. respondentów. Ponad połowa (55 proc.) uważa, że księża muszą zmienić styl posługi. 47 proc. stwierdza, że większą uwagę winien skupić na problemach polskich rodzin. Niespełna jedna czwarta badanych (23 proc.) twierdzi, że konieczna jest rozmowa z politykami na temat in vitro.

Miłosierdzie jak się patrzy

Z kwestią pomocy ubogim i potrzebującym polski Kościół radzi sobie nieźle. Jest największą instytucją charytatywną w Polsce. Z raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK) na ten temat wynika, że w 272 instytucjach kościelnych (poszczególne diecezje oraz żeńskie i męskie zgromadzenia zakonne) działała ponad 800 podmiotów świadczących pomoc charytatywną. Prowadzą one ok. 5 tys. dzieł, a korzysta z nich prawie 3 mln beneficjentów (liczba udzielanych świadczeń, z których mogą kilkakrotnie korzystać te same osoby). Statystycy policzyli, na terenie których diecezji prowadzi się najwięcej dzieł pomocowych. Na pierwszym miejscu jest archidiecezja krakowska (620), potem warszawska (450) oraz diecezje warszawsko-praska (321) i katowicka (307). Z kolei najmniej jest w diecezjach rzeszowskiej (14), zamojsko-lubaczowskiej (11) i bydgoskiej (7).

Do kogo skierowana jest pomoc kościelnych instytucji? Wedle raportu w głównej mierze do dzieci i młodzieży – 1372 dzieła. W tej liczbie mieści się: 378 świetlic socjoterapeutycznych, 257 ośrodków kolonijnych, 92 domy dziecka, 67 okien życia, 65 funduszów stypendialnych oraz m.in. żłobki, ośrodki adopcyjne, domy dla kobiet w okresie okołoporodowym, domy matki i dziecka. W dalszej kolejności pomoc płynie do bezdomnych (897 ośrodków), niepełnosprawnych (494), seniorów (404), a także osób bezrobotnych (146) oraz uzależnionych (82). 861 przedsięwzięć to takie, które służą do świadczenia pomocy doraźnej. Raport ISKK podaje, z jakich form pomocy najczęściej korzystają beneficjenci kościelnych organizacji charytatywnych. Aż 1,75 mln (z ogólnej liczby 2,9 mln) korzysta z pomocy doraźnej (posiłki, odzież), w tym ok. 650 tys. potrzebuje pomocy żywnościowej.

Charytatywne organizacje kościelne to także dość duży pracodawca. Według danych ISKK na koniec 2014 r. zatrudnionych na umowę o pracę było w nich ok. 33 tys. osób. A liczba wolontariuszy wynosiła 88 tys. osób. Z kolei w poszczególnych parafiach w działalność charytatywną włącza się ok. 665 tys. osób – w tym ok. 454 tys. w sposób aktywny.

Szybka reakcja

Wydaje się, że w ostatnich latach polski Kościół poradził sobie – o ile oczywiście można użyć takiego określenia – z kwestią pedofilów w swoich szeregach. Watykańska Kongregacja Nauki i Wiary w 2011 roku nakazała wszystkim episkopatom przygotowanie norm postępowania w sprawie zarzutów seksualnego wykorzystywania małoletnich przez księży i diakonów. Polski episkopat, któremu przewodził wówczas abp Józef Michalik, takie uregulowania przyjął już w czerwcu 2009 roku. Ostatecznie dokument poprawiony zgodnie z zaleceniami Watykanu przyjęto w październiku 2014 roku. W normach uregulowano m.in. sposób przeprowadzenia wstępnego dochodzenia kanonicznego wobec duchownych podejrzewanych o molestowanie seksualne, opisano także sposoby pomocy ofiarom. Stworzono odrębny dokument na temat prewencji nadużyć seksualnych. Od marca 2015 roku obowiązują one we wszystkich polskich diecezjach.

Episkopat powołał także specjalnego pełnomocnika ds. ochrony dzieci i młodzieży, a w każdej diecezji oraz prowincjach zakonnych są księża (w niektórych nawet kilku), którzy przeszli specjalne szkolenia dotyczące pomocy ofiarom.

Kościół nauczył się również błyskawicznego reagowania na przypadki nagłaśniane przez media. Nie ma udawania, że nic się nie stało. Doskonałym przykładem może być tu sprawa z początku roku, gdy prasa ujawniła, że w Puszczykowie pod Poznaniem msze z udziałem wiernych sprawuje kapłan skazany właśnie za czyny pedofilskie. Reakcja abp. Stanisława Gądeckiego była natychmiastowa. W liście – upublicznionym przez media – zażądał on od przełożonego duchownego wyjaśnień i wszczęcia odpowiedniego postępowania kanonicznego.

Odpowiedź drugiej strony była równie szybka. Ksiądz może odprawiać jedynie msze prywatne – postępowanie kanoniczne trwa, a przełożeni publicznie przeprosili za zgorszenie.

Można więc postawić tezę, że Kościół stara się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom Polaków. Jednak badania opinii publicznej od kilku lat pokazują postępujący rozdźwięk między nauczaniem Kościoła a postawami ludzi. Wiara Polaków stała się selektywna – z Magisterium wybieramy jedynie to, co jest dla nas wygodne. Sprawy trudne bagatelizujemy lub udajemy, że nie istnieją.

Weźmy np. badanie ISKK z 2012 roku. Instytut zapytał wówczas m.in. o akceptację dla współżycia przed ślubem. Jedynie 30,9 proc. uznało, że jest ono niedopuszczalne. 43,8 proc. stwierdziło, że jest dopuszczalne, a 15,7 proc. uznało, że zależy to od sytuacji. W tym samym badaniu zapytano także o stosowanie środków antykoncepcyjnych. Za dopuszczalne uznało je 46,7 proc. respondentów. Odmiennego zdania było 27,1 proc., a 20 proc. orzekło, że zależy to od sytuacji. Tego typu odpowiedzi udzieliły osoby, które w 60,8 proc. uznawały się za wierzące, 20,1 proc. za głęboko wierzące, pozostali (19,1 proc.) byli niewierzący, obojętni lub niezdecydowani!

Czy przekaz trafia tam, gdzie powinien

Jan Paweł II silny akcent w swoim nauczaniu kładł na cywilizację śmierci, Benedykt XVI przez wiele lat ostrzegał przed dyktaturą relatywizmu moralnego. Franciszek mówi zaś, że Kościół jest jak „szpital polowy", i skupia się na wykluczeniach i nierównościach. A na dodatek w adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium" stwierdza, że sam lud Boży ma „węch, aby rozpoznać nowe drogi". Jego nauczanie jest jakby prostsze i łatwiejsze do przyjęcia. Nic dziwnego, że trafia do mas. Zwłaszcza że papież bardzo często odwołuje się do kwestii ubóstwa.

Ale do tych samych motywów sięgał także Jan Paweł II. Dość wspomnieć, że w 1980 roku podczas podróży do Brazylii przemówienie w faweli Vidigal poświęcił kwestiom ubóstwa i mówił: „Kościół jest po stronie ubogich i powinien po tej stronie pozostać". A w rozmowie z André Frossardem opublikowanej w książce „Nie lękajcie się!" – podobnie jak dziś Franciszek – mówił o „rewolucji Ewangelii", zwracając uwagę na to, że ma ona wymiar głębszy, bardziej podstawowy i uniwersalny niż jakakolwiek rewolucja społeczno-ekonomiczna. Kluczem do zrozumienia tej rewolucji jest słowo „nawrócenie".

Sytuacji polskiego Kościoła nie sposób porównać z Kościołami lokalnymi w Europie Zachodniej, które jak stwierdził w niedawnej rozmowie z „Plusem Minusem" abp Marek Jędraszewski, już dawno „się poddały". Prawdziwa bowiem będzie teza, że Kościół powszechny przechodzi przez drugi kryzys posoborowy. Kościół w Polsce stoi jednak przed pierwszym kryzysem. Niepokojów z lat 70., które „rozsadziły" Kościoły lokalne we Francji, Holandii czy Niemczech, udało nam się dzięki dalekowzroczności kardynałów Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły uniknąć. Paradoksalnie nasz Kościół przed rozmontowaniem go od wewnątrz uchronił też komunizm. Przez żelazną kurtynę nie przedzierały się do nas posoborowe nowinki, a lud trwał przy wierze ojców.

Dziś jednak katolicyzm w Polsce znalazł się na zakręcie i Kościół musi się poważnie zastanowić nad tym, czy jego przekaz trafia tam, gdzie trafić powinien. Posługując się językiem Ewangelii, musi się zastanowić, czy ziarno, które rzuca siewca, trafi na glebę żyzną i da „plon obfity", czy też trafi między ciernie, gdzie obumrze. Wydaje się wreszcie, że teraz, gdy wciąż trwamy jeszcze w pewnej euforii związanej chociażby z jubileuszem 1050. rocznicy chrztu Polski czy zbliżającej się 600. rocznicy ustanowienia prymasostwa w Polsce i wreszcie 300-lecia koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, trzeba zadać sobie pytanie: dokąd idziesz, polski katoliku?

Wspólnota starych księży

Oznak tego, że Kościół w Polsce wchodzi w jakiś kryzys, jest sporo. Weźmy chociażby statystyki dotyczące uczestnictwa w niedzielnych mszach świętych (dominicantes). ISKK prowadzi je od początku lat 80. W roku 1981 co tydzień do kościoła chodziło 51 proc. zobowiązanych. Taki stan utrzymywał się z mieszczącymi się w granicach błędu statystycznego wahaniami do początku lat 90. Od roku 1991 liczba katolików chodzących do kościoła systematycznie spadała. Od kilku lat utrzymuje się na tym poziomie około 40 proc. (w 2015 r. było to 39,8 proc.).

Z drugiej strony rośnie liczba wiernych, którzy podczas niedzielnych Eucharystii przystępują do komunii (communicantes). Wzrosła ona z 7,8 proc. w roku 1980 do 17 proc. w 2015, choć od 2001 roku utrzymuje się na poziomie 16–17 proc. Część komentatorów uważa, że wzrost tego wskaźnika jest bardzo ważny, bo oznacza to, że podniósł się ogólny stan świadomości religijnej Polaków. Nie zamierzam tego negować, ale utrata w tym samym okresie 10,2 proc. wiernych w kościołach powinna dawać do myślenia. Bo czyż nie są to ci, którzy – używając języka Franciszka – znaleźli się na „peryferiach"? Zwłaszcza że to niejedyna oznaka kryzysu.

W przywołanym na początku badaniu respondenci wskazali, że zależy im na tym, by księża zmienili styl posługi i wedle zaleceń papieża Franciszka podjęli życie w duchu ubóstwa oraz wyszli do ludzi. W 2014 r. oczekiwało tego 37 proc. badanych. Teraz ich odsetek wzrósł do 55 proc. Problem w tym, że już za kilka lat może się okazać, że nie ma komu odpowiedzieć na te oczekiwania.

Na razie „siły duszpasterskie" Kościoła w Polsce są wystarczające. Od kilku lat wzrasta liczba parafii (jest ich obecnie nieco ponad 10 tys.), księży diecezjalnych i zakonnych ogółem jest 30,6 tys., ale tylko 20,8 tys. pracuje aktywnie w duszpasterstwie. Pozostali (ok. 12 tys.) to emeryci, którzy służą pomocą – o ile pozwala im na to stan zdrowia – młodszym kolegom. W ciągu najbliższych kilku lat sytuacja ta zacznie jednak ulegać zmianie.

Ktoś powie, że się mylę, bo statystyki podają, że liczba księży z roku na rok rośnie. To prawda. W 2015 r. samych tylko księży diecezjalnych było 24,9 tys. O 600 więcej niż w roku 2010 i 1,4 tys. więcej niż w 2005 roku. Ale wzrost ten bierze się z wydłużającej się średniej długości życia Polaków – według danych GUS przeciętny mężczyzna w Polsce żył w roku 2005 niespełna 71 lat, a w 2015 prawie 74 lata. Tendencję tę widać również wśród duchownych. Według rocznika „Kościół katolicki w Polsce 1991–2011" w roku 2005 księży niespełna 30-letnich było 2081, między 31. a 40. rokiem życia – 6360, a powyżej sześćdziesiątki – 5435. Pięć lat później duchownych przed trzydziestką było 2065, w grupie wiekowej 31–40 lat – 5161, a ponad 60 lat – już 5888.

W 2016 roku w Polsce wyświęcono 334 księży diecezjalnych. Było to o pięciu neoprezbiterów więcej niż w roku 2015 (1,5 proc.), ale gdy uwzględni się statystyki z poprzednich lat, łatwo zauważyć, że do polskiego Kościoła dotarł kryzys powołań.

Spadek liczby nowo wyświęcanych duchownych w roku 2016 w stosunku do 2014 wyniósł wprawdzie ok. 6 proc., ale w porównaniu z rokiem 2013 zmniejszył się prawie o 17 proc. W ubiegłym roku – podobnie jak w latach poprzednich – najwięcej kapłanów (19) przybyło w diecezji tarnowskiej. W archidiecezji warszawskiej – 17, katowickiej – 16, a w krakowskiej – 15. Z kolei w diecezjach bydgoskiej, koszalińsko-kołobrzeskiej i zamojsko-lubaczowskiej przybyło jedynie po czterech kapłanów. Po trzech wyświęcono w Gnieźnie i Łowiczu. Najmniej, bo tylko dwóch, w Legnicy.

Księża, którzy w ubiegłym roku przyjęli święcenia, w większości w mury seminarium weszli w 2010 roku. Na pierwszy rok przyjęto wtedy 675 kandydatów. W ciągu sześciu lat nauki odpadło 341 – mniej więcej co drugi. I nie jest to nic nadzwyczajnego, bo tak było niemal od zawsze.

Ale od lat systematycznie maleje liczba przyjętych do seminariów. W 2007 r. było ich 786 (po sześciu latach nauki wyświęcono 401), w 2008 r. na pierwszym roku uczyło się 695 alumnów (święcenia w 2014 r. przyjęło 355), w kolejnym roku naukę zaczęło 687 kleryków (w 2015 r. wyświęcono 329). Kolejne roczniki do święceń będą dochodziły w następnych latach, ale liczby nie pozostawiają złudzeń. Według oficjalnych danych w 2010 r. naukę w seminariach rozpoczęło 675 mężczyzn (w 2016 wyświęcono 334), rok później 640, a w 2015 r. – 538.

Ilu kleryków przyjęto na jesieni 2016 roku? Tego na razie Kościół oficjalnie nie podał, ale podczas odbywającego się we wrześniu w Licheniu dorocznego spotkania rektorów seminariów duchownych nieoficjalnie mówiono, że liczba ta jest o ok. 10 proc. niższa niż w roku 2015. Oznaczałoby to, że naukę jesienią rozpoczęło ok. 480 alumnów – dane te pokrywają się z tymi, które kilka dni temu na potrzeby niniejszej publikacji zebraliśmy w poszczególnych diecezjach. To oznacza, że w ciągu dekady (między 2007 a 2016 r.) liczba alumnów pierwszego roku spadła aż o 39 proc. W porównaniu zaś z rekordowym 2015 r., gdy studia seminaryjne rozpoczynało 1145 alumnów, jest niższa aż o 58 proc.

Średnia 571 alumnów na pierwszym roku dla ostatnich pięciu lat (2012–2016) jest jedną z najniższych w całej powojennej historii Kościoła w Polsce! W ciągu pierwszych pięciu lat po II wojnie światowej do seminariów przyjmowano średnio 563 kandydatów, a w pierwszej połowie lat 60. po 507.

Do tego trzeba dodać rosnącą z roku na rok liczbę kapłanów, którzy zrzucają sutannę. Oficjalnych statystyk nikt w tym zakresie nie prowadzi, ale dość wspomnieć, że w ciągu ostatniego roku w jednej z największych polskich diecezji sutanny zrzuciło blisko 20 duchownych ze stażem niższym niż pięć lat!

Inną oznaką kryzysu może być fakt zmniejszającej się systematycznie od kilku lat liczby uczestników pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. Nie ma co zaklinać tu rzeczywistości, topnieją one w oczach. W 2004 roku na dwa najważniejsze święta na Jasnej Górze: Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia) i Matki Boskiej Częstochowskiej (26 sierpnia) pieszo do Częstochowy przyszło łącznie ok. 145,5 tys. pielgrzymów. W roku 2016 było ich tylko 97,3 tys.

Te spadki można próbować tłumaczyć faktem, że Jasnej Górze przybyło „konkurencji". Do gigantycznych rozmiarów rozrosło się XIX-wieczne sanktuarium maryjne w Licheniu (nową bazylikę oddano tam do użytku w 2004 roku). Powstały też sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach oraz również w Krakowie na tzw. Białych Morzach sanktuarium św. Jana Pawła II. Badacze geografii religii wypomną mi zapewne, że historia zna przypadki zanikania kultu w jednych ośrodkach pielgrzymowania (np. Gniezno – grób św. Wojciecha) i wzrost ruchu pielgrzymkowego w innych (np. w latach 80. XX w. w Niepokalanowie – św. Maksymilian M. Kolbe). Niektórzy wskażą na rosnącą popularność tzw. pielgrzymek stanowych – np. wielotysięczne mężczyzn (maj) i kobiet (sierpień) do Piekar Śląskich.

Jeszcze inni powiedzą, że mniejsza liczba pątników pieszych w Częstochowie to skutek wygodnictwa. Bo przecież dziś przy ogromnym postępie cywilizacyjnym Polacy jadą na Jasną Górę samochodem, by nie męczyć się pieszo. Ale znów średnia liczba wszystkich pielgrzymów w Częstochowie spadła w ciągu kilku lat z 6 mln do ok. 4,5 mln rocznie. I ten odpływ pątników z najważniejszego w Polsce sanktuarium również powinien dawać do myślenia.

Uśpieni przez Jana Pawła?

Jak tłumaczyć opisane tu zjawiska? Czy faktycznie Kościół w Polsce wkroczył na drogę, którą przeszły przed laty Kościoły lokalne w Europie Zachodniej? Kto za to odpowiada? Jaki los czeka chrześcijaństwo w Polsce?

Jednoznacznych odpowiedzi na te pytania nie da się chyba znaleźć, bo przyczyny każdego kryzysu są wielopłaszczyznowe. Wedle narracji obowiązującej obecnie w środowiskach naukowych, które badają przyczyny sekularyzacji, Kościół na Zachodzie znalazł się w kryzysie, bo jego wierni są coraz lepiej wyedukowani i zamożniejsi, w związku z tym z coraz większym sceptycyzmem podchodzą do wiary, a religia nie jest im do niczego w życiu potrzebna. Chrześcijaństwo – zgodnie z zapowiedziami Maxa Webera, Zygmunta Freuda, Karola Marksa i innych modernistów – prędzej czy później zwyczajnie upadnie. Socjolog Philip S. Gorski swego czasu ułożył kilka scenariuszy przyszłości religii w ramach paradygmatu sekularyzacji: transformacja, prywatyzacja, zanik i upadek. Obserwatorzy polskiego Kościoła powiedzą, że opisane przez Gorskiego procesy są już u nas widoczne. Religia w dużym stopniu została zepchnięta do sfery prywatnej i powoli zaczyna zanikać. Postępującego upadku nie da się zatrzymać.

Szukający winnych polskiego kryzysu w pierwszej kolejności wskazują na biskupów. Wedle ich argumentacji hierarchów uśpiły najpierw trudne czasy PRL, w których Kościół jawił się jako ostoja wolności i przyciągał tłumy. W drugiej kolejności czujność osłabił długi pontyfikat św. Jana Pawła II, który był swego rodzaju magnesem trzymającym wiernych w kościołach. Na podparcie swych tez użyją argumentu, że liczba przychodzących do seminariów duchownych podczas całego pontyfikatu polskiego papieża oscylowała w granicach tysiąca osób rocznie, a w roku jego śmierci osiągnęła nienotowany nigdy w naszym kraju poziom. Będą mieli rację, ale jedynie częściowo.

Istotny wydaje jeszcze jeden, pomijany w badaniach, ale bardzo ważny, czynnik powolnej sekularyzacji Polaków. Wskazała na niego kilka lat temu w książce „Jak Zachód utracił Boga" amerykańska dziennikarka i pisarka Mary Eberstadt, określając go mianem „czynnika rodzinnego". Zestawiając dane demograficzne dotyczące spadku liczby urodzeń, spadku liczby zawieranych małżeństw, obniżających się wskaźników dzietności u kobiet z wzrastającą liczbą związków kohabitacyjnych, rozwodów, coraz większej liczby dzieci ze związków pozamałżeńskich, doszła ona do wniosku, że chrześcijaństwo w krajach zachodnich osłabił kryzys rodzin, który prowadzi do zaniku, a wreszcie upadku religijności.

Najbardziej jaskrawe przykłady: Francja, Wielka Brytania, Irlandia. W każdym z tych krajów kryzys przebiegał wprawdzie nieco inaczej, ale jego podstawy leżały właśnie w rodzinach, które w wyniku przemian kulturowych i społecznych uległy przemodelowaniu. W tych rodzinach, w których odwróciły się role kobiet i mężczyzn, religijność ulegała znacznemu osłabieniu, inaczej niż w tych, które kultywowały wartości konserwatywne.

Tezy Eberstadt nie można lekceważyć, zwłaszcza że ma ona odzwierciedlenie także w warunkach polskich. Jeśli rzucimy okiem na mapę religijności w Polsce, zauważymy, że w archidiecezji łódzkiej odsetek osób chodzących regularnie w niedzielę do kościoła wynosi 26,6 proc. To jeden z najgorszych wyników w Polsce. Tymczasem sąsiadujące z Łodzią diecezje wskaźniki mają nieco lepsze. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego to właśnie Łódź stała się jakąś czarną dziurą? Otóż właśnie w tym mieście nastąpiło przemodelowanie rodziny. Już w XIX wieku w wyniku rewolucji przemysłowej kobiety pracujące w tamtejszych zakładach włókienniczych zaczęły przejmować rolę mężczyzn dotychczas utrzymujących rodziny.

Podobnie było w czasach powojennych. Brak czasu dla dzieci spowodował osłabienie więzi z Kościołem. W tradycyjnych, konserwatywnych modelach to kobieta jest bowiem tą, która przekazuje tradycję wiary. Tego typu procesu nie obserwuje się np. w archidiecezji katowickiej, gdzie w kopalniach pracują przede wszystkim mężczyźni, a prawie wcale nie występuje on w południowo-wschodniej i wschodniej części kraju. Nie bez znaczenia jest też fakt, że właśnie na południu i wschodzie obserwuje się największą liczbę rodzin wielopokoleniowych, gdzie za przekaz wiary odpowiadają także dziadkowie i pradziadkowie, o których upomina się papież Franciszek.

O tym, że liczba urodzeń spada, wiadomo od lat (choć na szczęście to się chyba zmienia). Spójrzmy zatem na kwestię małżeństw i rozwodów. W 2002 roku w Polsce zawarto 192 tys. małżeństw – 26,5 proc. z nich (51 tys.) było cywilnych. W 2015 roku ogólna liczba zawartych małżeństw wyniosła 189 tys., w tym 38 proc. (71,3 tys.) cywilnych. W tym samym okresie aż o 47 proc. (z 45,3 do 66,4 tys.) wzrosła liczba rozwodów. Przy czym głównie rozpadały się małżeństwa ze stażem od dwóch do dziewięciu lat. W 2002 roku rozpadło się 17,4 tys. małżeństw z takim stażem, a w 2015 – 26,5 tys. To wzrost aż o 52 proc.!

Trudno więc zaprzeczyć, że „czynnik rodzinny" występuje także w naszym kraju. W 2014 roku 32 proc. badanych przez IBRiS uznało, że Kościół powinien zająć się problemami polskich rodzin. W 2017 roku stwierdziło tak już 47 proc. respondentów. A zatem lud ma – jak mówi papież Franciszek – „węch", który pozwala mu na odczytanie nowych dróg. Nie przez przypadek papież zdecydował, by dwa ostatnie synody biskupów poświęcić właśnie kwestiom rodziny. Nie przez przypadek św. Jan Paweł II już w 1994 roku w liście do rodzin pisał: „Pośród (...) wielu dróg rodzina jest drogą pierwszą i z wielu względów najważniejszą. Jest drogą powszechną, pozostając za każdym razem drogą szczególną, jedyną i niepowtarzalną, tak jak niepowtarzalny jest każdy człowiek. Rodzina jest tą drogą, od której nie może on się odłączyć. (...) A jeśli (...) we wchodzeniu w świat człowiekowi brakuje rodziny, to jest to zawsze wyłom i brak nad wyraz niepokojący i bolesny, który potem ciąży na całym życiu".

Z całą pewnością jest za wcześnie na to, by Kościołowi w Polsce pisać nekrolog, ale wydaje się, że zarówno biskupi, kapłani, jak i laikat powinni na nowo przerobić całe nauczanie na temat rodziny. W ostatnim czasie mówi się o tym coraz częściej, ale czy za słowami idą też czyny?

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA