fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Chrabota: Smoleńska trauma w nieskończoność

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Z jednej strony jako obywatel mam prawo po poniedziałkowej konferencji prokuratury czuć się usatysfakcjonowany, że to najważniejsze ze wszystkich śledztw traktowane jest z powagą i wyjątkową odpowiedzialnością. Z drugiej strony mam jednak prawo do naturalnej irytacji. Od tragicznego kwietniowego poranka minęły 363 tygodnie. Siedem długich lat, w czasie których powinniśmy już jako społeczeństwo się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się na lotnisku pod Smoleńskiem, o ile wersje z raportu Anodiny czy komisji Millera nie są prawdziwe.

Te siedem lat to również dostatecznie długi czas, by prokuratora postawiła zarzuty, a sąd osądził winnych, o ile było kogo za co osądzać. Bilans skazanych w związku z największą narodową tragedią ostatnich dekad to jednak wciąż jedna osoba. Bilans skandaliczny, jeśli brać pod uwagę skalę wątpliwości, jakie sformułowano w związku z katastrofą. Mam oczywiście świadomość, że wyjaśnieniu okoliczności katastrofy nie pomagały ani polityka wewnętrzna, ani geopolityka. Dla rządu Donalda Tuska najwygodniej było zamknąć tę trumnę możliwie najszybciej. I to nie tylko ze względu na to, że Smoleńsk stał się szybko paliwem politycznym dla opozycji. Także, a może przede wszystkim dlatego, że pozostawienie jej otwartej było równoznaczne z permanentną kompromitacją w relacjach z Rosją.

A Moskwa? Trudno mieć wątpliwości, że od początku pozostawała w złej wierze. Katastrofa wydarzyła się na jej terytorium i nie bez winy Rosjan. Obnażyła skandaliczne warunki techniczne, rażące niedbalstwo służb lotniczych, ratowniczych i medycznych Federacji. Udział Rosjan w tragedii jest tak oczywisty, że Moskwa nie miała innej ścieżki niż konsekwentne negowanie swojej odpowiedzialności za katastrofę. Przy takiej postawie Rosjan trudno było więc rozliczyć Smoleńsk do końca. I trudno będzie w przyszłości.

Ale ważniejsze jest co innego. Po siedmiu latach Prawo i Sprawiedliwość stało się zakładnikiem Smoleńska. Wyciągając katastrofę na sztandar, uprawdopodobniając hipotezę zamachu, PiS wziął na swe barki moralny obowiązek ujawnienia prawdy. Rządzi już półtora roku i tej nowej prawdy o Smoleńsku jakoś nie widać. Okoliczności zewnętrzne oczywiście się nie zmieniły. Rosjanie nie są i nie będą bardziej kooperatywni. Działająca przy MON podkomisja nie odkrywa żadnej nowej wiedzy. A wyborcy czekają na realizację tej najważniejszej dla nich obietnicy. Czy poniedziałkowa konferencja prokuratury posunęła kwestię smoleńską do przodu? Mam wrażenie, że ani o krok, za to wyraźnie czuło się sztuczną presję zbliżających się rocznicowych obchodów.

Coś wypadało opinii publicznej przedstawić. Poinformowano jednak o tym, co już wiemy. O współpracy zagranicznej przy analizie śladów. O katalogowaniu dowodów. Przygotowywaniu kompleksowej opinii biegłych. O efektach ekshumacji. Najważniejsza wydaje się informacja o zarzutach umyślnego sprowadzenia katastrofy dla Rosjan i wniosku o pomoc prawną w ich przedstawieniu wysłanym do Rosji. Ale czy ktoś wierzy, że będzie skuteczny? Jedyne, co z konferencji wynika, to uprawdopodobnienie hipotezy, że w samolocie nie doszło do żadnego wybuchu, a katastrofę spowodowała wieża.

Co na to Polacy? Sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej" pokazuje, że siedem lat po katastrofie w zamach wierzy 14 proc. ankietowanych, a więc około połowy elektoratu PiS. Trochę lepiej oceniamy pracę komisji MON, która ma poparcie nieco więcej niż jednej piątej Polaków. Dużo, mało? Mijają lata i mam wrażenie, że w miarę ich upływu te wyniki będą dla PiS coraz gorsze. Może więc czas na zmianę strategii? ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA