Opinie

Projekt ustawy o jawności życia publicznego, czyli jak utrudnić działanie przedsiębiorcom

Proponowane rozwiązania mające przeciwdziałać korupcji, zamiast ją ukrócić, mogą spowodować, że wiele spółek straci w ekspresowym tempie prezesów zarządu. Przed korupcją nie uchroni również nakładanie na firmy kolejnych biurokratycznych obowiązków. Jest jeszcze czas na opamiętanie – apeluje ekspert.

Stawiając tezę taką jak w tytule, łatwo narazić się na zarzut, że jest się agentem wpływu skorumpowanego biznesu. Znacznie trudniej natomiast w obecnej atmosferze, jaką jest przesiąknięte życie publiczne w Polsce, o rozsądną refleksję nad tym, że wiara w omnipotencję regulacji prawnych, jest tylko wiarą i przejawem współczesnego myślenia magicznego, na wzór roli, jaką w społeczeństwach pierwotnych odgrywali szamani. Prawo jest oczywiście jednym z istotnych organizatorów życia społecznego. Absurdalne jednak i jak się zdaje zinstytucjonalizowane przekonanie decydentów politycznych o tym, że receptą na stworzenie „nowego, lepszego świata", jest uchwalanie coraz to nowych i coraz to bardziej opresyjnych norm prawnych, staje się naprawdę groźne dla prawidłowego funkcjonowania wspólnoty.

Jest to tym bardziej zadziwiające, że rządząca partia polityczna uważa sama siebie za ugrupowanie konserwatywne, a jądrem takiej postawy jest między innymi dystans wobec wprowadzania coraz to nowych regulacji w myśl mądrej zasady, że „lepsze jest wrogiem dobrego". Jest to także niezmiernie irytujące, gdy bierze się pod uwagę nieustannie powtarzane deklaracje prezesa Rady Ministrów o „nowym otwarciu" w polityce gospodarczej. Na razie deklaracje te zmaterializowały się głównie w otrąbionym jako sukces wprowadzeniu zasady domniemania uczciwości działania przedsiębiorcy, co samo w sobie jest kompromitujące dla machiny biurokratycznej państwa polskiego, gdyż wynika z tego jasno, że dotychczas urzędnicy domniemywali, że przedsiębiorcy są przestępcami.

Zgubne procenty

Procedowanemu obecnie projektowi ustawy o jawności życia publicznego przyświeca chwalebny cel ograniczenia zjawisk korupcyjnych w Polsce. Jednak projekt ten zawiera także zapisy dotyczące przedsiębiorców, a nie polityków, co tłumaczy się tym, że zjawiska korupcyjne zachodzą najczęściej „na styku" polityki i biznesu.

W porównaniu z obecnie obowiązującymi regulacjami zawartymi w ustawie o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne, rozszerzeniu podlega zakres podmiotowy dotyczący sfery biznesu. Nowe przepisy dotyczyć będą piastunów tzw. spółek zobowiązanych, którymi będą spółki stowarzyszone ze Skarbem Państwa, a nie tylko zależne od Skarbu Państwa.

Wystarczy zatem, aby Skarb Państwa posiadał co najmniej 20 proc. kapitału zakładowego w spółce, aby stała się ona spółką zobowiązaną w myśl nowych przepisów. Dotyczyć to będzie także spółek funkcjonujących w ramach grup kapitałowych z udziałem spółek zobowiązanych. Wystarczające będzie, że spółka zobowiązana ma co najmniej 20-proc. udział w kapitale innej spółki, aby ta inna spółka także była uważana za zobowiązaną. Spółką zobowiązaną będzie zatem np. podmiot, w którym 80 proc. akcji albo udziałów należy do właściciela prywatnego, z tym jednak, że 20 proc. posiada w niej spółka stowarzyszona ze Skarbem Państwa.

Jakie konsekwencje wynikać będą z zakwalifikowania danej spółki do spółek zobowiązanych? Piastun takiej spółki (prezes, wiceprezes oraz członek zarządu) nie może np. być członkiem organu zarządzającego spółki prawa handlowego (jak rozumieć należy w innej spółce niż ta zobowiązana), członkiem rady nadzorczej lub organu kontrolnego spółki prawa handlowego, likwidatorem, pełnomocnikiem wspólnika ani nie może też posiadać w spółce handlowej więcej niż 10 proc. akcji bądź udziałów. A jeśli już posiada pakiet przekraczający limit, to jest zobowiązana w ciągu trzech miesięcy od objęcia funkcji menedżerskiej zbyć go. Takie wnioski płyną z treści art. 35 ust. 1 pkt 1 lit. a, b, pkt 2, 4 oraz pkt 6 w zw. z art. 36 pkt 22 w zw. z art. 2 pkt 14 oraz art. 2 ust. 2 projektu ustawy.

Czytaj też: Państwo nie może być graczem na rynku. To zniszczy i rynek, i konkurencję

Zaskoczenie dla wielu prezesów

Mamy zatem przykładowo – dla pikanterii załóżmy, że giełdową – spółkę utworzoną jako biznes rodzinny, ale mającą tego pecha, że po debiucie giełdowym, jej 20-proc. akcjonariuszem stała się spółka stowarzyszona ze Skarbem Państwa (czyli to nie Skarb Państwa bezpośrednio ma 20 proc. w spółce giełdowej, ale spółka, w której Skarb Państwa ma 20 proc., ma 20 proc. w spółce giełdowej).

Po wejściu w życie ustawy założyciel tej spółki będący prezesem jej zarządu (co jest w praktyce regułą) stwierdzi – z niejakim zapewne zaskoczeniem – że nie może być już więcej np. szefem rady nadzorczej albo prezesem zarządu w żadnej ze spółek zależnych (tzw. unia personalna), w których są ulokowane poszczególne „dywizje" jego rodzinnego biznesu, chyba że funkcje te pełnić będzie nieodpłatnie (zwolnienie zawarte w art. 37 ust. 2 pkt 2 projektu ustawy). Dowie się także, że nie może być – mimo jasnych w tym względzie regulacji kodeksu spółek handlowych – likwidatorem ani spółki macierzystej, ani żadnej ze spółek zależnych wchodzących w skład rodzinnego holdingu. Co najważniejsze, dowie się jednak, że musi albo w ciągu trzech miesięcy zrezygnować z bycia CEO organizacji gospodarczej, której jest większościowym właścicielem albo... przestać być tym właścicielem. Innymi słowy ustawa proponuje nam obowiązek oddzielenia zarządzania od kapitału w każdej spółce handlowej, która jest spółką stowarzyszoną ze Skarbem Państwa albo spółką stowarzyszoną ze spółką stowarzyszoną ze Skarbem Państwa. A wszystko to w imię walki z korupcją.

Spółka bez kapitana

Jeśli komuś wszystko kojarzy się z jednym, można i tak. Tyle że atrakcyjność inwestycyjna naszego kraju na tym raczej nie zyska. Ponadto prywatne przedsiębiorstwa mające tego pecha, że ich mniejszościowym akcjonariuszem bądź udziałowcem jest Skarb Państwa albo spółka stowarzyszona ze Skarbem Państwa, pozbawione w ekspresowym tempie „kapitana", który „stał na mostku" z reguły od samego początku, o ile nie pójdą na dno, to z pewnością wejdą co najmniej w długotrwały dryf. Naiwnością jest sądzić, że założyciel spółki po to, by móc utrzymać funkcję CEO organizacji wyzbędzie się własności swego przedsiębiorstwa, nie mówiąc już o tym, że zbycie 70 proc. własności firmy (10 proc. CEO może sobie pozostawić) w ciągu trzech miesięcy, jest co do zasady niemożliwe nawet w odniesieniu do przedsiębiorstwa o niewielkich rozmiarach.

Czytaj też:  Nowa ustawa antykorupcyjna uderzy w przedsiębiorców

Monitoring to listek figowy

Drugim obszarem, w którym ustawodawca planuje „sprezentować" przedsiębiorcom regulacje zniechęcające do prowadzenia w Polsce biznesu, jest sfera przeciwdziałania praktykom korupcyjnym. Będziemy tym nagannym praktykom przeciwdziałać w ten sposób, że każdy przedsiębiorca będący co najmniej tzw. średnim (mowa zatem o tzw. soli ziemi polskiego biznesu, o sferze na którą każdy rozsądny rząd pragnący wzrostu gospodarczego i wzrostu zamożności społeczeństwa powinien „chuchać i dmuchać") zobowiązany zostanie pod rygorem dotkliwych sankcji do wdrożenia i stosowania tzw. wewnętrznych procedur antykorupcyjnych.

Ma to polegać na tym, że w przedsiębiorstwie implementowany zostanie rozbudowany system środków organizacyjnych, kadrowych i technicznych mających na celu przeciwdziałanie tworzeniu się otoczenia „korupcjogennego". W skład tego wymaganego od przedsiębiorcy systemu ma wchodzić m.in. opracowanie i wdrożenie kodeksu antykorupcyjnego podpisywanego przez każdego pracownika, opracowanie i wdrożenie stosownych wytycznych, wprowadzenie systemu gwarantującego niedopuszczanie do tworzenia mechanizmów korupcyjnych z wykorzystaniem majątku przedsiębiorstwa itd.

Po szczegóły odesłać należy do art. 67 projektu ustawy. Czytając ten przepis, można by się uśmiać z naiwności politycznych decydentów, gdyby nie to, że skutki tej naiwności skrupią się na dziesiątkach tysięcy podmiotów gospodarczych, które będą musiały wydatkować niemałe środki, w szczególności na „wyprodukowanie" w korposlangu tzw. kwitologii, która niczemu służyć nie będzie, a następnie na jej implementację i monitoring wykonawczy. Reguły tzw. compliance są przecież stosowane w praktyce korporacyjnej od wielu lat i wiadome jest, że nie jest to skuteczne narzędzie przeciwdziałania korupcji. Doprawdy, jeżeli model biznesowy korporacji polega na budowaniu przewag konkurencyjnych opierających się na łapówkach, to będzie on stosowany z powodzeniem mimo najlepszego systemu compliance, który jest tylko listkiem figowym.

Głośne afery korupcyjne dotyczące wielkich firm przemysłowych są tego najlepszą ilustracją, gdyż to właśnie takie korporacje mają najlepsze systemy compliance. Należy przy tym pamiętać, że biznes wchodzi w relacje korupcyjne nie z chęci, ale z musu, czyli tam i wtedy, gdy tajemnicą poliszynela jest to, że „i tak bez łapówki nic załatwić się nie da". Dla biznesu wikłanie się w system korupcyjny nie jest zyskiem, ale dodatkowym obciążeniem i ryzykiem. Poza przypadkami charakterystycznymi raczej dla „kapitalizmu państwowego" (Rosja, Chiny itp.), biznes nie ma „naturalnej skłonności" do korumpowania polityków i urzędników. Przeciwnie, oczekuje transparentnych reguł gry – bynajmniej nie dlatego, że biznesmeni są ludźmi szczególnie etycznymi, lecz po prostu dlatego, że system transparentny jest ekonomicznie użyteczny. Łatwiej jest nałożyć na uczestników wymiany rynkowej biurokratyczne obowiązki o wątpliwej wartości prakseologicznej, niż np. sensownie wydatkować środki publiczne na wzmocnienie pracy operacyjnej służb antykorupcyjnych, co wymaga i wysiłku, i wysokich kompetencji. W projektowanej ustawie „ciekawie" robi się w obszarze sankcji. Okazuje się, że przedsiębiorca, który nawet opracował procedury antykorupcyjne, ale okazały się one nieskuteczne i funkcjonariuszowi przedsiębiorcy (dowolnemu pracownikowi działającemu w imieniu firmy) postawiono prokuratorskie zarzuty korupcyjne, podlegać będzie (firma, a nie jej pracownik) karze pieniężnej do 10 milionów zł (art. 77 ust. 1 projektu ustawy). Ponadto firma, której taką karę wymierzono, z mocy samego prawa przez okres następnych pięciu lat będzie wykluczona z ubiegania się o uzyskanie zamówienia publicznego (art. 78 projektu ustawy).

Są to rozwiązania godne samego Feliksa Dzierżyńskiego. Odpowiedzialność gwarancyjna przedsiębiorstwa za to, że żaden z jego pracowników nie dopuści się korupcyjnego ekscesu, wchodząca w grę, mimo że przedsiębiorstwo dopełniło wymaganych od niego aktów staranności, tj. wdrożyło rzetelne procedury antykorupcyjne, to koncept, który z pewnością przejdzie do annałów aberracji myśli prawniczej.

Czytaj też: Nie róbmy demolki w spółkach

Nie potrzeba wyroku

Projektodawca poszedł dalej. Nie jest wymagane prawomocne skazanie pracownika firmy za korupcję. Sam fakt, że prokurator przedstawił mu zarzuty wystarczy, by firma została obciążona drakońską karą pieniężną. Konsekwencją zaś tego będzie odcięcie przedsiębiorstwa na pięć lat od sektora zamówień publicznych, czyli dla wielu firm realizujących poważne projekty przemysłowe i infrastrukturalne równać się to będzie upadłości.

Chciałbym, by mnie dobrze zrozumiano. Nie uważam środowiska prokuratorskiego za nadmiernie ulegające pokusom korupcyjnym (działa tu jak zwykle prawo wielkich liczb), ale nie sposób nie zauważyć, że pokusy, jakie generują projektowane rozwiązania, będą spore. Staramy się o poważne zamówienie publiczne, ale mamy konkurentów. Cóż prostszego: znajdźmy prokuratora, który postawi naciągane zarzuty korupcyjne pracownikowi konkurencji, i mamy go z głowy.

Pozostaje mieć nadzieję, że w toku prac legislacyjnych ludzie odpowiedzialni za tworzenie prawa w Polsce pójdą jednak po rozum do głowy. W przeciwnym razie jako wspólnota „strzelimy sobie w kolano" popisowo. Polityków pewnie to za bardzo nie zmartwi, gdyż propagandowo nawet na tym zyskają: będą mogli wszak głosić, iż „pogonili złodziei".

Autor jest radcą prawnym w Kancelarii Oleś & Rodzynkiewicz Radcowie Prawni

 

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL