fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie Zdrowie

Niedoinwestowana służba zdrowia uderza w gospodarkę

Fotorzepa, Jakub Czermiński
Polska jako jedna z pierwszych zamknęła szkoły, biura, restauracje, zakłady usługowe i pewnie jako jedna z ostatnich z nich zrezygnuje. To efekt zbyt niskich od lat nakładów na opiekę zdrowotną.

Działania rządów skupione są w równym stopniu na walce z kornawirusem i na łagodzeniu ekonomicznych skutków pandemii. Wiadomości na temat sposobów ochrony przed zakażeniem, liczby zakażonych i zgonów, przeplatają się z informacjami na temat ulg podatkowych oraz dofinansowania upadających branż gospodarki. Wiele wskazuje, że straty ekonomiczne w Polsce będą większe niż ludzkie. Przedłużanie restrykcji grozi bankructwem firm i pozbawieniem wielu osób środków do życia.

Choć nasze wskaźniki zapadalności i umieralności nie są tak fatalne jak w krajach zachodnich, rząd bardzo powoli rozluźnia zakazy, mimo że w obliczu zbliżających się wyborów byłoby to propagandowo bardzo pożądane. Dlaczego Polska jako jedna z pierwszych zamknęła szkoły, biura, restauracje, zakłady usługowe i pewnie jako jedna z ostatnich z nich zrezygnuje? Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że powodem tego jest stan polskiej służby zdrowia. Wieloletnie jej niedofinansowanie, braki kadrowe, łóżkowe, materiałowe i proceduralne spowodowały, że rząd był zmuszony podjąć tak radykalne kroki, aby nie doprowadzić do załamania w tej dziedzinie. Nasza medycyna nie wytrzymałaby takiego naporu chorych, jaki występował w innych krajach, a pozbawiony zabezpieczeń, nieprzygotowany pod wieloma względami personel medyczny szybko zostałby zdziesiątkowany i niezdolny stawić skuteczny opór.

Epidemia ujawnia słabe ogniwa w systemie ochrony zdrowia. Polską specyfiką pandemii są liczne masowe ogniska zakażenia koronawirusem w szpitalach i domach opieki społecznej. Wynikają one nie tylko z braku środków ochrony osobistej, lecz są spowodowane niedoinwestowaniem w służbę zdrowia, brakami kadrowymi, niedostatkami w wykształceniu, nierealizowaniem odpowiednich procedur. Od lat nie były respektowane sanitarne procedury co w czasach epidemii daje fatalne skutki. Tak więc słabość polskiej opieki zdrowotnej jest odpowiedzialna za rosnące skutki ekonomiczne pandemii. Wynika to z zasady naczyń połączonych: nieodpowiedzialnie niskie nakłady na służbę zdrowia spowodują teraz nieadekwatnie duże straty w gospodarce, większe niż środki, których nie przeznaczono we właściwym czasie na rozwój tego sektora.

Epidemia rządzi się swoimi prawami, dzięki podjętym decyzjom udało się znacząco spłaszczyć krzywą zachorowań i zgonów, ale aby uzyskać dobry efekt globalny musimy odpowiednio długo utrzymać te restrykcje. Ograniczenie aktywności i kontaktów międzyludzkich bez wynalezienia leków lub szczepionki spowoduje konieczność wydłużania gospodarczej hibernacji, która zaczyna ciążyć nie tylko psychicznie, ale też ekonomicznie. Wybór tego mniejszego zła jest konsekwencją nie podjęcia wcześniej odpowiednich działań w sektorze medycznym. Dobrym przykładem są Czechy, sąsiedni kraj, również z bloku sowieckiego, który jednak przeprowadził reformę w służbie zdrowia powstrzymującą odpływ kadr medycznych do innych państw. Kraj ten mógł sobie pozwolić na bardziej stromą krzywą wzrostu zachorowań niż Polska, był wyposażony w środki indywidualnej ochrony osobistej dla personelu medycznego i dla społeczeństwa i teraz, przy znaczącym spadku liczby zachorowań, rozpoczął odmrażanie gospodarki. Dzięki lepszej opiece zdrowotnej ich straty ekonomiczne i ludzkie będą znacznie mniejsze niż w Polsce. Brytyjczycy początkowo chcieli postąpić podobnie jak Skandynawowie, ale szybko się jednak okazało, że ich system ochrony zdrowia nie jest tak sprawny jak skandynawski i z wielkimi stratami wprowadzili restrykcje zamrażające gospodarkę, z których szybko nie zrezygnują.

Jeśli zatem Polacy stracą źródło utrzymania, jeśli zostaną pozbawiani pracy muszą mieć świadomość, że spowodowane to było ich brakiem zainteresowania jakością służby zdrowia. Nie mogą o to oskarżać ani na obecny rząd, ani Tuska, bo za złe przygotowanie Polski na czas epidemii, za większe straty ekonomiczne niż w krajach sąsiednich odpowiadają wszystkie ekipy ostatnich dekad, od PRL począwszy. Środowiska medyczne od lat bezskutecznie zwracały na to uwagę rządzącym i społeczeństwu, ale nigdy nie spowodowało to znaczących zmian. Władzy zawsze skutecznie udawało się przekonać społeczeństwo, że lekarze walczą o swoje interesy. Nawet strajk rezydentów postulujący głównie zwiększenia nakładów na służbę zdrowia do 6 proc. PKB, był traktowany na równi ze strajkami górników zamykanych kopalń wydobywających węgiel trujący nasze środowisko i powodujący szkodliwe skutki zdrowotne. Postulaty podjęcia działań ograniczających wyjazdy specjalistów do innych krajów były traktowane na równi z żądaniami nieuzasadnionych przywilejów branżowych. A dziś przyszło zapłacić polskiemu społeczeństwu za przeznaczanie najmniejszego odsetka PKB na ochronę zdrowia.

Służba zdrowia jak wojsko, policja i dobrze rozwinięta gospodarka jest gwarancją bezpieczeństwa narodowego. O czym w Polsce nie pamiętano. Próba oszczędzania w tej dziedzinie prędzej czy później musiała się zemścić przy pierwszej poważnej epidemii. Nie chcieliśmy wydać milionów na zdrowie, a teraz z tego powodu tracimy miliardy. Oczywiście od dłuższego już czasu Polacy indywidualnie płacili za skutki byle jakiej publicznej służby zdrowia. Ponieważ jednak wielu stać było na opłacanie usług w sektorze prywatnym, uznali, że nie muszą naprawiać wadliwego systemu ochrony zdrowia. Pandemia pokazała jak mylne było to przekonanie. Teraz można liczyć tylko na publiczny sektor, którego kiepska kondycja odpowiedzialna będzie za utratę miejsc pracy, co w konsekwencji spowoduje brak środków na opłacenie usług prywatnej służbie zdrowia. Po ustąpieniu pandemii większość Polaków zdanych będzie tylko na publiczny, coraz bardziej nieefektywny sektor.

Gdy bieda zajrzy do naszych domów i skończą się oszczędności inaczej będziemy oceniać restrykcje gospodarcze. W miarę zmniejszania się zasobów finansowych lęk przed wirusem zastąpi strach przed bankructwem. Właśnie rozpoczęliśmy wieloetapowe odmrażanie zakazów, nie osiągając jednak wyraźnego spadku wskaźników epidemiologicznych. Może to spowodować wzrost liczby zachorowań i zgonów a w konsekwencji spowolnienie procesów powrotu do normalności. Wszyscy żyją nadzieją, że zaraz to się skończy i wszystko będzie jak dawniej. Czy po kilku miesiącach epidemii gdzieś jest już tak jak dawniej? Czy gdzieś nie ma już nowych zachorowań i zgonów? Czy powrócono do normalnej aktywności i pracy? Stosunkowo najlepiej jest w Azji, bo kraje te od dawna szykowały się na taką epidemię. Nie sprawdziła się nadzieja, „aby do wiosny”. Jest wiosna, a na świecie mamy ponad 3 miliony zakażonych oraz ponad 250 tys. zgonów i liczby te stale rosną. Nikt nie obiecuje, że pandemia szybko się skończy. A czy jak naprawdę się skończy, to będziemy mądrzejsi i zaczniemy wreszcie inwestować w zdrowie wiedząc jak ważne jest w naszym życiu nie tylko osobistym, ale też gospodarczym?

Autor jest dr hab. n. med. na Warszawskim Uniwersytecie, Prezesem Koalicji Lekarzy i Naukowców na rzecz Zdrowego Powietrza, członkiem Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA