fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Medycyna i zdrowie

Nie myślę o bolących kolanach, tylko biegnę…

? Anna Woroniecka ze sportowym pudlem Taco
Beata Olejnik-Widawska
Anna Woroniecka zawsze lubiła aktywność i sport. Uprawiała lekkoatletykę, strzelectwo i jest instruktorem jazdy konnej. Po pięćdziesiątce zaczęła swoją przygodę z agility.

Mówimy o sporcie, który jest zdominowany przez osoby młode, a przede wszystkim sprawne fizycznie, a mimo to często stajesz na podium.

Anna Woroniecka: Tak, czasami się udaje.

Co sprawiło, że zainteresowałaś się tak niszowym sportem?

Zawsze uwielbiałam psy i chciałam coś z nimi robić, dlatego czytałam o różnych kursach. Około siedemnastu lat temu poszłam na szkolenie z naszym owczarkiem niemieckim, gdzie elementem kursu były zadania z agility, które nasza Tekla uwielbiała. Wtedy trener zaczął mnie namawiać, żeby zaangażować się bardziej w ten sport, ale w końcu moja wówczas dziesięcioletnia córka postanowiła spróbować popracować ze swoim ukochanym psem. Przez kolejne dwa lata, w każdą sobotę i niedzielę jeździłyśmy na godzinę 8 rano na trening. To nie było agility, ale zwykłe szkolenie posłuszeństwa z różnymi elementami.

Gdy skończyła 18 lat, kupiła sobie psa border collie – Jumpera i zaczęła trenować agility. Woziłam ją na zajęcia i przyglądałam się treningom. Później córka postanowiła studiować archeologię – zaczęła wyjeżdżać, a pies został pod moją opieką. Border collie pozbawiony zadań zaczyna wariować i robi się niegrzeczny. Sytuacja stawała się coraz gorsza, a ja dowiedziałam się, że 5 km od naszego domu powstał nowy klub agility, i postanowiłam zacząć z nim trenować – początkowo po to, by pies przestał się nudzić, ale sama w to wsiąkłam. Chciałam po prostu przyjemnie spędzać czas, a stało się to moją pasją. Poranne ćwiczenia przerodziły się w regularne treningi.

W agility są trzy klasy wyszkolenia – A1, A2 i A3. Często nie jest łatwo awansować na wyższy poziom. Jak było w twoim przypadku?

Z A1 do A2 przeszłam błyskawicznie – podczas dwóch zawodów. Awans do "trójek" zajął mi trochę więcej czasu, ale po jakimś czasie poczułam, że spadła mi motywacja. A3 to ostatni poziom, a przecież cała zabawa w tym, żeby gonić króliczka, a nie żeby go złapać. Ciekawe jest to, że ja właściwie nie lubiłam biegać. Myślałam, że to niemożliwe, żebym pokonała chociaż trzy stacjonaty. Sześćdziesiątka na karku, uszkodzone kolana... do autobusu nie pobiegnę, ale gdy stoję na starcie, nie myślę wtedy, czy mogę, czy nie. Adrenalina działa i biegnę.

Jak to się stało, że pojawił się drugi pies?

Ułożyłam sobie plan, że jak będę miała wnuka i zrobię remont, to kupię pudla. Na jednym z obozów agilitowych poznałam hodowczynię tych psów. Zadzwoniła do mnie któregoś dnia i powiedziała, że ma dla mnie szczeniaka. A ja na to, że przecież nie mam wnuka i nie zrobiłam remontu! I tak wszystko wydarzyło się w odwrotnej kolejności i mam Taco.

Jumper biegał wolno, bo czekał na mnie. Rozumiał, że nie mogę za nim nadążyć, ale z pudlem nie chciałam tego robić. Całkowicie zmieniłam podejście i technikę biegania. Po każdych zawodach analizuję, co mogłabym zrobić lepiej w miejscach, gdzie nie dam rady dobiec i ćwiczę. Moje bieganie jest dość specyficzne z uwagi na ograniczenia, dlatego szukałam trenerów, którzy mi w tym pomogą .Przecież nie mogę się porównać z 20- czy 30-latką, która jest sprawna, i biegać tak, jak ona. Jednak prawie na każdych zawodach mamy jakieś podium.

Jakimi osiągnięciami możesz się pochwalić?

Wynik to nie jest tylko to, że stoję na podium. Ważne są pewnego rodzaju osobiste zwycięstwa. Dla mnie kulminacyjnym momentem było, gdy pies zaczął robić to, czego od niego oczekuję, nie zwalniając tempa, jakby czytał w myślach. Zaczęłam jeździć na zawody na Słowację i do Czech. Na mistrzostwach świata pudli we Włoszech w 2017 r. w jednej z konkurencji zajęliśmy pierwsze miejsce i to było naprawdę przyjemne uczucie. Byliśmy też na BACK-u – bardzo dużych zawodach w Niemczech, gdzie zajęliśmy 5. miejsce. Zebraliśmy odpowiednią ilość punktów, aby zakwalifikować się do EO 2018, czyli mistrzostw Europy. Odbyły się w Austrii. Nie stawiałam sobie nigdy wielkich celów. Bardziej interesuje mnie uczenie siebie i psa tak, jak najlepiej potrafię. Ostatnio mój rehabilitant stwierdził, że przygotował mnie na przynajmniej kolejne trzy lata, więc trochę biegania mamy przed sobą. Czego wymagać od życia, jeśli jest tak fajnie. ©?

—rozmawiała Malwina Użarowska

Agility: człowiek i pies na torze przeszkód

Agility to dyscyplina należąca do grupy sportów kynologicznych – czyli z udziałem psów. Narodziła się w Anglii. Pierwotnie były to pokazy zręcznościowe, urozmaicające zawody jeździeckie. Szybko się okazało, że zwinne psy kochają ten sport nie mniej niż ludzie. Ze zwykłego widowiska zrodziła się dyscyplina sportowa, a w 1980 r. brytyjski Kennel Club opracował pierwszy regulamin zawodów. Międzynarodowa Federacja Kynologiczna (FCI) uznała agility za sport w 1991 r. Od tego czasu sport rozwija się dynamicznie. Polskie zespoły zajmują coraz lepsze lokaty na międzynarodowych zawodach i coraz częściej stają na podium mistrzostw świata. Tor przeszkód przypomina nieco koński parkur. Składa się ze stacjonat, tuneli, skoku w dal, koła, slalomu i przeszkód nazywanych strefowymi, czyli takich, gdzie pies musi dotknąć łapą określonych obszarów. W konkurencji uczestniczą pary – człowiek i pies. Zadaniem przewodnika jest przeprowadzenie czworonożnego partnera przez tor przeszkód w ściśle określonej kolejności.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA