fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Ogrodowy rekord świata

AFP
Lekkoatletycznych mistrzostw Europy nie będzie, ale to nie koniec sezonu. Zawodnicy chcą startować i zarabiać. Mityngi organizują Szwedzi, zawody mają w planach Norwegowie oraz Czesi. Broni nie składają też Polacy.

- Chcemy przede wszystkim zorganizować w tym roku mistrzostwa kraju oraz dwa duże memoriały: Janusza Kusocińskiego i Ireny Szewińskiej. Przygotowujemy różne opcje, ale wszystko zależy od rozwoju epidemii oraz postępowania rządu - przyznaje w rozmowie z „Rz” wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki (PZLA) Tomasz Majewski. - Wierzę, że uda nam się przeprowadzić duże zawody z obsadę międzynarodową - dodaje Sebastian Chmara, także wiceprezes PZLA.

Przedstawiciele królowej sportu teoretycznie mogliby wrócić do rywalizacji w trzecim etapie „odmrażania” polskiej gospodarki, kiedy władze państwowe pozwolą na organizację imprez sportowych do 50 osób. PZLA ma nawet plan takich zawodów - organizowanych w następujących po sobie blokach konkurencji (biegi, rzuty, skoki), z limitem zawodników i sędziów, bez udziału kibiców, ale z transmisją internetową lub telewizyjną.

Działacze liczą, że rywalizację w krajowej obsadzie uda się przeprowadzić pod koniec sierpnia. Sezon może potrwać nawet do października. Imprez potrzebują wszyscy: organizatorzy, menadżerowie, sędziowie oraz sami zawodnicy. Przeciętny polski medalista wielkiej imprezy za start w dużym mityngu może zarobić 5–10 tys. euro. Stawki w mniejszych zawodach są niższe. Kulomiot Michał Haratyk mówił „Przeglądowi Sportowemu”, że zdarza mu się startować za 2,5 tys. zł brutto.

Tyczkarka na robotach drogowych

Polacy mają ten przywilej, że duża część kadry cieszy się kontraktami z producentami sprzętu i spółkami skarbu państwa: Orlenem, Energą, Grupą Azoty. W przypadku Polskiego Koncernu Naftowego, który współpracuje z kilkudziesięcioma lekkoatletami, dolna granica rocznego wsparcia to - nieoficjalnie - 50 tys. zł. Dla takiego zawodnika startowe i premie to tylko część domowego budżetu. Za granicą często mają gorzej.

Jedna z czołowych młociarek świata, Amerykanka Gwen Berry, rozważa rozpoczęcie pracy lub zasiłek dla bezrobotnych. - Lekkoatleci w naszym kraju nie mają takich pieniędzy, jak koszykarze, futboliści czy baseballiści. Jesteśmy amatorami - nie kryje w rozmowie z BBC. Doświadczona zawodniczka ma problem, bo rok temu na igrzyskach panamerykańskich podczas dekoracji podniosła w górę zaciśniętą dłoń. Ten polityczny gest kosztował ją utratę sponsora. - Straciłam wszelkie źródła dochodu - mówi.

Szwedzka tyczkarka Angelica Bengtsson będzie latem kierować ruchem samochodów przy robotach drogowych. - Bez zawodów nie ma zarobków, a muszę opłacić rachunki - mówi na łamach gazety „Aftonbladet”. Jej nowa pensja, którą uzupełni skromne stypendium sportowe, nie jest tajemnicą. 23-latka zarobi miesięcznie 26 tys. koron brutto, czyli około 10,5 tys. zł.

„Igrzyska niemożliwe”

Możliwości regularnych startów i zarobku wypatrują zawodnicy w całej Europie. Przykładem dla innych krajów mogą być Czesi, którzy 8 czerwca planują w Pradze Memoriał Josefa Odlożila. Warunkiem jego przeprowadzenia jest możliwość organizacji imprez sportowych do 50 osób - tę władze państwowe chcą wprowadzić 25 maja. 1 czerwca to z kolei u naszych południowych sąsiadów data otwarcia stadionów.

Zawody w Pradze składałyby się z pięciu-sześciu konkurencji przeprowadzonych jedna po drugiej. - Będziemy mieli 36 uczestników i każdy z nich opuści obiekt od razu po swoim występie. Dzięki temu w żadnym momencie nie przekroczymy limitu osób obecnych na stadionie - mówi portalowi sport.cz dyrektor zawodów Miroslav Sevcik.

Uczestnikami byliby oczywiście tylko Czesi, a największą gwiazdą - dwukrotna mistrzyni olimpijska w rzucie oszczepem Barbora Spotakova. - Czekam niecierpliwie na jakąkolwiek możliwość startów, nawet limitowanych - mówi, cytowana przez serwis worldathletic.com.

Pomysłów Czesi mają więcej, w sumie na czerwiec zaplanowali sześć mityngów. Cały projekt będzie przebiegał pod hasłem „Back to the track” - „Powrót na bieżnię”. Obejmuje on nie tylko rywalizację zawodowców, ale także ponad 100 imprez lekkoatletycznych dla dzieci i młodzieży.

Ambitne plany mają Norwegowie, którzy 11 czerwca chcą dać światu „Impossible Games” - „Igrzyska niemożliwe”. To zawody bez udziału publiczności, ale z transmisją oraz gwiazdami: tyczkarzem Armandem Duplantisem i płotkarzem Karstenem Warholmem. Przykład dali sąsiadom Szwedzi, którzy w ciągu ostatnich kilkunastu dni organizowali zawody w Vaxjo i Sollentunie. Podczas tych pierwszych Simon Petterson rzucił dyskiem 66.93 m - to trzeci w tym roku wynik na świecie.

Trochę przykro

Polacy na razie czekają i szukają możliwości treningu. Własną rzutnię ma już kulomiot Michał Haratyk, a 45-metrowy rozbieg i zeskok zbudował na działce tyczkarz Piotr Lisek. On równa do najlepszych, bo na własnym podwórku mogą trenować koledzy po fachu: Duplantis i Francuz Renaud Lavillenie. Ten drugi pokazał niedawno kibicom, jak w domowych warunkach pokonuje poprzeczkę na wysokości 5,70 m. Jego wynik można uznać za nieoficjalny rekord świata w ogrodzie. - Ja na razie skaczę 5,50 m - odpowiada Lisek.

Żadnej wielkiej imprezy w tym roku na horyzoncie lekkoatleci nie mają. Paraliż światowego sportu Polaków dotyka wyjątkowo, bo przytrafił się w momencie, kiedy nasza kadra dorosła do roli kontynentalnej potęgi, lidera Europy. Filarami reprezentacji są sportowcy dojrzali. Większość medalistów poprzednich mistrzostw kontynentu to już trzydziestolatkowie - dla wielu z nich ten i przyszły sezon mogłyby być szczytem kariery.

31-letnia Iga Baumgart-Witan jechałaby na mistrzostwa Europy do Paryża marząc o pierwszym w życiu indywidualnym medalu międzynarodowej imprezy. Tego, czy wciąż będzie w kadrze za dwa lata - kiedy zaplanowano ME w Monachium - nie wiadomo. - Jest mi trochę przykro, motywacja spadła. Liczę, że coś jeszcze w tym sezonie się wydarzy, a kolejny da mi tyle optymizmu, że będą chciała dalej biegać - nie kryje nasza zawodniczka w rozmowie z „Rz”.

Niepewne mistrzostwa

Lekkoatletów, poza igrzyskami, czekają w najbliższym czasie teoretycznie aż cztery duże wydarzenia: halowe mistrzostwa Europy (Toruń), halowe mistrzostwa świata (Nankin), mistrzostwa świata sztafet (Chorzów) oraz drużynowe mistrzostwa Europy (Mińsk). Teoretycznie, bo dziś nikt nie wie, czy międzynarodowe imprezy się odbędą.

- Przełożenie imprezy? Był taki pomysł, ale tylko przez chwilę. Nikt dziś nie wie, czy za rok sytuacja się ustabilizuje. Czeka nas też straszny kryzys gospodarzy i sport będzie dla ludzi ostatnim zmartwieniem - mówi szef komitetu organizacyjnego niedoszłych paryskich mistrzostw Europy Jean Garcia. Jego słowa korespondują z zapowiedziami niektórych wirusologów wątpiących w przyszłoroczny termin igrzysk w Tokio.

Najważniejsi ludzie świata lekkiej atletyki nie tracą jednak rezonu. - Wrócimy silniejsi - zapewnia szef World Athletics, Brytyjczyk Sebastian Coe. A Jamajczyk Usain Bolt w rozmowie z „L’Equipe” przekonuje: - Ludzie zdają sobie dziś sprawę z tego, jak ważny jest sport i jak bardzo im go brakuje. Dzięki temu będą bardzo podekscytowani, kiedy wróci, a lekkoatletyka na pewno na tym zyska.

Pozazdrościć optymizmu.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA