fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Fundusze Europejskie

Budżet UE. Przyjaciele spójności kontra oszczędna czwórka

AFP
Za dwa tygodnie nadzwyczajny szczyt UE poświęcony nowemu wieloletniemu budżetowi wspólnoty. Na razie przepaść w oczekiwaniach dwóch stron wydaje się trudna do zasypania.

Przewodniczący Rady Europejskiej zaprosił przywódców 27 państw UE na spotkanie w Brukseli 20 lutego, gdzie chce osiągnąć porozumienie w sprawie budżetu UE na lata 2021–2027. – Jakiekolwiek opóźnienie wywoła serię praktycznych i politycznych konsekwencji i zagrozi kontynuacji obecnych programów i polityk oraz utrudni rozpoczęcie nowych – napisał Charles Michel w liście do przywódców.

Belg chce porozumienia na tym jednym spotkaniu, ale dyplomaci kluczowych krajów, z którymi nieoficjalnie rozmawiała „Rzeczpospolita", bardzo w to wątpią. – Potrzebny będzie kolejny szczyt, może już kilka tygodni później – mówi jeden z nich. Bo przepaść między oczekiwania biorców netto, jak np. Polska, a płatników netto, jak np. Holandia, jest większa niż w przeszłości. Powodem jest brexit, czyli wyjście z UE jednego z największych płatników netto.

Wyznania w konfesjonałach

Przez ostatnie tygodnie doradcy Michela kontaktowali się z doradcami premierów i prezydentów, teraz przyszedł czas na tzw. konfesjonały. To dwustronne spotkania przewodniczącego Rady z przywódcami, na których ci wyznają mu, jakie są ich główne problemy w propozycji budżetu i jak daleko mogą pójść na kompromis. Na tej podstawie Michel przygotuje swoją wersję kompromisu, pierwszą, którą przedstawi na kilka dni przed szczytem. Kolejna pojawi się prawdopodobnie w dniu szczytu, czyli 20 lutego.

Czytaj także: Janusz Jankowiak: Budżet Unii i polska w niej rola 

W czwartek wieczorem ze swoimi postulatami przyjechał premier Mateusz Morawiecki. – Rozumiemy obiektywne konsekwencje brexitu dla budżetu UE. Na odejściu takiego płatnika jak Wielka Brytania tracimy wszyscy około 80 mld euro. Nie zgadzamy się jednak na nieproporcjonalne cięcia w spójności i rolnictwie – powiedział „Rzeczpospolitej" przed spotkaniem Konrad Szymański, sekretarz stanu ds. europejskich. Polska uważa, że – aby budżet stał się zrównoważonym politycznie kompromisem – potrzebne są przesunięcia z tych części, które zyskują najwięcej w założeniach KE, a więc np. z polityki obronnej czy badań naukowych. – Alternatywą są nowe pieniądze, których nie chcą wpłacać państwa Północy UE – powiedział polski minister.

Radykalne cięcie

Polskie uwagi odnoszą się do tego, co zostało zaprezentowane do tej pory, a więc projektu Komisji Europejskiej z maja 2018 roku, który opiewał na 1,11 proc. dochodu narodowego brutto, czyli 1279 mld euro. Dla Polski oznacza to radykalne cięcie funduszy z polityki spójności o 19 mld euro w porównaniu z okresem 2014–2020. Z wypowiedzi Szymańskiego wynika, że pieniędzy dla nas powinno być więcej poprzez przesunięcia z innych celów.

Problem jednak w tym, że nawet ten skromniejszy projekt KE nie ma szans na akceptację. Bo jest bardzo mocno kontestowany przez Holandię, Danię, Szwecję i Austrię, czyli tzw. oszczędną czwórkę, okazjonalnie wspieraną przez Niemcy. Po drugiej stronie jest znacznie liczniejsza grupa z udziałem Polski – tzw. przyjaciół polityki spójności. Ale to ci pierwsi mają pieniądze. – Jest oczywiste, że jakikolwiek kompromis zależy od nich. Czas działa na ich korzyść – mówi jeden z dyplomatów. Bo co prawda budżet jest uchwalany jednomyślnie, ale w razie jego braku UE działa na podstawie planu finansowego z poprzedniego roku. W praktyce oznacza to ciągłość wypłat na administrację i dopłaty dla rolników, ale brak pieniędzy na spójność, bo nie będzie podstawy prawnej dla wieloletnich projektów inwestycyjnych. A to uderzy nie w oszczędną czwórkę, tylko w przyjaciół polityki spójności.

Nasi rozmówcy wątpią jednak, żeby doszło do takiego scenariusza. – Będzie porozumienie, choć pewnie nie na tym pierwszym szczycie, ale niewiele później. Również kraje oszczędne muszą się trochę posunąć, bo wiedzą, że postulowane przez nich 1 proc. DNB jest nie do utrzymania – mówi nam jeden z dyplomatów.

Będzie to jednak wymagało ustępstw ze strony biorców netto, którzy muszą się pogodzić z faktem, że propozycja KE nie przejdzie. Konieczne będą także wewnętrzne przesunięcia na korzyść tych biorców netto, którzy są najbardziej poszkodowani w wyniku brexitu. To właśnie rzeczona oszczędna czwórka i Niemcy: to ich saldo netto, czyli nadwyżka składki do budżetu nad przekazywanymi im transferami, rośnie najbardziej.

Znacznie mniejsze są straty ponoszone przez innych płatników netto, jak np. Francję, Irlandię czy Belgię. Dlatego tej pierwszej grupie zależy na utrzymaniu tzw. rabatów, czyli arbitralnie ustalonych kwot przekazywanych krajom najbardziej poszkodowanym mechanizmem rozdziału pieniędzy. Największym beneficjentem rabatu była Wielka Brytania, ale dostawały je też inne państwa UE.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA