Finanse

Mazurski cud turystyczny

W tym sezonie trudno kupić z dnia na dzień bilety na rejs po Kanale Elbląskim
Fotorzepa, Jakub Dobrzyński
Nad jeziorami tłok jak nigdy, nawet w największy deszcz. Tracą tylko ci, którzy postawili na usługi turystyczne dla firm. Wiadomo – kryzys
Alicja Biernacka kierująca wydziałem pasażerskim Żeglugi Mazurskiej przyznaje, że jest lepiej niż przed rokiem. A to ubiegły rok był już dla tej spółki wyjątkowo dobry. 11 statków przewiozło po Wielkich Jeziorach Mazurskich 125 tys. ludzi.

– Choć pogoda teraz szczególnie zmienna i kapryśna, ludzie dzwonią z drugiego końca Polski, piszą e-maile z zagranicy i rezerwują miejsca na rejsy. W tym sezonie mamy sporo turystów rosyjskojęzycznych – z Rosji, Białorusi, republik nadbałtyckich – opowiada Biernacka. – Ale są też Szkoci, Belgowie, Francuzi, Włosi i oczywiście Niemcy, którzy coraz chętniej podróżują indywidualnie, by uniknąć prowizji biur podróży i zaoszczędzić. Polacy najchętniej wybierają malowniczy szlak do Wyspy Kormoranów czy Szlak Łabędzi przez jezioro Kisajno i kanały na Niegocin. Ci ze Śląska, z Lublina czy Warszawy wolą dłuższe rejsy do Węgorzewa czy Rucianego – dodaje.

Żegluga Mazurska to spółka pracownicza, która od 11 lat skutecznie daje sobie radę na trudnym turystycznym rynku. Zatrudnia 80 osób i pływa „od lodów do lodów”. – Zyski inwestujemy w poprawę naszej bazy i standardu na statkach. Mam sześć dużych, ponadstuosobowych, jednostek, trzy średnie do 60 osób i dwie 12-osobowe, które cieszą się powodzeniem wśród grup znajomych chcących coś świętować w atrakcyjny sposób. Ostatnio zainwestowaliśmy w ciche i ekonomiczne silniki volvo do naszych statków. Podniosło to komfort pływania, spadły koszty paliwa. A cen biletów nie podnosimy – dodaje Alicja Biernacka.

[srodtytul]Turyści wpuszczeni w szuwary[/srodtytul]

W Ostródzie na rejs po unikalnej w skali światowej budowli hydrotechnicznej, jaką jest Kanał Elbląski, nie kupi się biletu z dnia na dzień. Obowiązuje rezerwacja. W czwartek w kasie na przystani nad Jeziorem Drwęckim nie ma już wolnych miejsc na rejsy w najbliższy weekend.

Grupy z zagranicy zamawiają bilety już wiosną. W ciągu ostatnich 15 lat pięć statków Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej przewiozło ponad pół miliona osób. Przed dwoma laty w sezonie było to ponad 50 tys. pasażerów.

– Zainteresowanie jest bardzo duże. Mamy dużo Niemców, Francuzów, Skandynawów i oczywiście Polaków z całego kraju. Potem piszą do nas e-maile i dziękują za niezwykły rejs – przyznaje Aleksandra Bronisławska z biura Żeglugi.

Kto raz popłynął liczącym ponad 100 km i przekopanym w XIX w. kanałem, nigdy tego nie zapomni. Tajemnicze, pełne ptactwa jeziora, wąski obrośnięty trzcinowiskami kanał przebijający się przez lasy i morenowe wzgórza; dwie śluzy i wreszcie pięć niezwykłych pochylni. Tutaj statki wpływają na platformy kolejowe, które po szynach wyjeżdżają na zielone łąki i tak, pchane tylko siłą wody, pokonują prawie 100 metrów różnicy wysokości między Ostródą a Elblągiem.

Do dziś piętą achillesową oferty nad kanałem jest uboga i stara baza turystyczna. Przy pierwszej pochylni w Buczyńcu, gdzie jest popularne muzeum kanału, gastronomia to budki z dykty i drewna oferujące bigos i flaki w plastikowych tackach; nieciekawe pamiątki ma przenośnych straganach, a o noclegu można pomarzyć. Ale i to ma się w końcu zmienić.

Podpisana w tym roku umowa między zarządem województwa a gminami nad kanałem gwarantuje 84 mln zł na inwestycje turystyczne na trasie rejsu. Ponad 60 mln zł z tej kwoty stanowią środki unijne. Żegluga Ostródzko-Elbląska dostanie 4 mln zł na statki; wzdłuż kanału powstaną ścieżki rowerowe i piesze szlaki; po drodze staną kempingi, stanice i uzbrojone tereny dla prywatnych inwestorów.

Do 2015 r. ma też zostać przeprowadzona renowacja samego kanału. Zostanie odmulony, umocniony, powstaną kładki i pomosty dla pieszych, nowe przystanie, tablice informacyjne, sygnalizacja i telewizyjny monitoring. Projekt znalazł się na liście indykatywnej projektów kluczowych finansowanych pieniędzmi z Unii Europejskiej.

[srodtytul]Polacy w apartamentach[/srodtytul]

W deszczowy czwartek w Wiosce Żeglarskiej w 4-tysięcznych Mikołajkach kiwa się na wodzie około 100 jachtów. To jedna czwarta tego, co przybija do pomostów w upalny lipcowy dzień.

[wyimek]Renowacja Kanału Elbląskiego ma być przeprowadzona do 2015 r. Zostanie odmulony, umocniony, powstaną kładki i pomosty dla pieszych, nowe przystanie, tablice informacyjne, sygnalizacja i telewizyjny monitoring[/wyimek]

– Jak tylko wyjdzie słońce, to zrobi się ciaśniej. W niepogodę ludzie cumują przy brzegach i przeczekują. Ale pomimo kryzysu gości nam nie ubywa. A w tym roku mamy wręcz rekordowe obłożenie naszych apartamentów, mimo że ceny poszły w górę – przyznaje Anna Stomska z biura Wioski.

Apartamenty znajdują się na nadbrzeżnej pierzei. To domy z czerwonej cegły kryte dachówką, w stylu mazurskim, z pruskim murem, drewnianymi balkonami i mansardami, z których rozciąga się widok na całe Jezioro Mikołajskie – aż po wejście na Bełdany. Dwójka z aneksem kuchennym kosztuje 269 zł za dobę. Rezerwacje na tegoroczny sezon trzeba było robić jeszcze w ubiegłym roku. Średnia pobytu to pięć dni. – W apartamentach gustują Polacy, którzy coraz bardziej cenią sobie komfort wypoczynku – dodaje Stomska.

Nie brak też chętnych na czartery jachtów. W Tiga Yacht w Sztynorcie, który chlubi się mianem największej mariny na Mazurach (500 miejsc przy 14 kejach), największym powodzeniem cieszą się łodzie „Fortuna 27” dla ośmiu osób. Dzienny koszt wynajęcia to 400 zł. – Mamy bardzo dużo klientów. Jest lepiej niż rok temu, choć ceny czarterów wzrosły – śmieje się Natalia Parzych z biura portu Tiga Yacht.

W porcie żeglarze mają przyłącza prądu i wody, toalety, odbiór śmieci, stację paliw, sklepy, strzeżony parking, pizzerię i piekarnię, a tego lata podwoje otworzyła tawerna Zęza. Jej środek przypomina wnętrze żaglowca, a okna wychodzą na zaciszne Jezioro Sztynorckie, na które ze szlaku Wielkich Jezior, czyli z Dargina, żeglarze wpływają krótkim kanałem.

Na zapleczu portu straszy niszczejący – jeden z najcenniejszych mazurskich zabytków – XVIII-wieczny pałac rodu Lehndorff. Biskup warmiński Ignacy Krasicki mawiał, że „kto ma Sztynort, ten ma Mazury”. Ostatni przedwojenny właściciel – hrabia Heinrich – za udział w zamachu na Hitlera w niedalekim Wilczym Szańcu został stracony w Berlinie w 1944 r.

[wyimek]Kto raz popłynął liczącym ponad 100 km i przekopanym w XIX w. kanałem, nigdy tego nie zapomni. Wąski obrośnięty trzcinowiskami szlak przebijający się przez lasy i morenowe wzgórza; dwie śluzy i pięć pochylni[/wyimek]

Potem było tu państwowe gospodarstwo rolne, a po 1990 r. zabytek przejęła gmina, a potem różni właściciele prywatni, którzy nigdy nie realizowali deklaracji o remoncie pałacu. W czerwcu pojawiła się szansa, że pałac odzyska dawny blask. Miałaby go przejąć i wyremontować na obiekt konferencyjny Niemiecko-Polska Fundacja Ochrony Zabytków Kultury.

[srodtytul]Firmy nie dają na wakacje[/srodtytul]

Anna Suwor z niepokojem patrzy w niebo nad Jeziorem Lampeckim w Sorkwitach. Tutejsza stanica PTTK to główna wypadowa baza dla kajakowych spływów mityczną mazurską rzeką – Krutynią.

– Byle nie padało, to ludzie popłyną. Zamówień mamy w tym roku bardzo dużo, ale gdy pada, goście rezygnują lub przekładają termin. Ceny są u nas bez zmian, a zainteresowanie większe, bo z roku na rok przybywa ludzi szukających aktywnego wypoczynku – mówi kierowniczka stanicy.

Kajak można wypożyczyć od 25 zł za dzień; stanica organizuje też spływy grupowe, ma oferty dla firm. I o ile turystów indywidualnych jest w tym roku na Mazurach dużo, to firmy wyraźnie obcięły wydatki na wakacyjne wypady dla swoich pracowników.

Potwierdza to Maria Kubacka, która wraz z mężem Cezarym prowadzi Galindię w Bartłowie nad Bełdanami. W ostatnich latach kraina z fantazji wiejskiego lekarza stała się dużym biznesem. W lesie nad jeziorem ukryte są kamienne i drewniane rzeźby, miejsca dawnego kultu i obrzędów; stają dwa oryginalne hotele (Mazurski Eden i Refugia), a trzeci (Kraina Alcos) stanął kilometr dalej, nad Krutynią.

Galindia nie jest tania (pokój od 220 zł) i od lat nastawiona na grupowy wypoczynek dla pracowników dużych firm i korporacji. Ci, którzy chcą ją po prostu zobaczyć, muszą wykupić wizę za kilka złotych. – Codziennie odwiedzają nas setki ciekawych turystów. Sierpień i wrzesień zapowiadają się dobrze. Mamy bardzo dużo rezerwacji. W lipcu tłok zaczyna się zwykle od dziesiątego – i to niezależnie od pogody. Za to czerwiec był chyba najgorszy od kilku lat, bo firmy, które tradycyjnie spotykały się u nas w tym czasie, zrezygnowały z przyjazdów. Tłumaczą to oczywiście kryzysem – mówi Maria Kubacka.

Kryzys zmniejszył też liczbę klientów w stadninie Narusa Jolanty Tulisow pod Fromborkiem. – Specjalizujemy się w imprezach dla firm: końskich biesiadach, kuligach, rajdach. W tym sezonie mamy o połowę mniejszą frekwencję – przyznaje właścicielka.

Nie narzekają za to ci, którzy łączą prowadzenie stadniny z agroturystyką. – Sezon zapowiada się dobrze. W czerwcu gościłam dwie Szwajcarki, które przejechały ze swoimi końmi przez pół Europy, bo się dowiedziały, że u nas można konno jeździć po lasach i bezdrożach godzinami. I się nie zawiodły – opowiada Ewa Piórkowska, która w Sasku Małym pod Szczytnem prowadzi wraz z mężem Tadeuszem pensjonat i stadninę na ponad 30 koni.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL