fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Najtrudniejsza decyzja kobiety

Julia Jentsch w filmie „24 tygodnie”. Od dziś na ekranach.
Aurora
Niemieckie „24 tygodnie" traktują o problemie aborcji w sposób, jaki u nas byłby niemożliwy do pokazania.
Anne Zohra Berrached przedstawia pewną historię bez wszystkich obciążeń, jakie pojawiają się, gdy Polacy zaczynają rozmawiać o aborcji. W tym filmie nie ma więc ideologicznego i politycznego zacietrzewienia, głosu nie zabiera przedstawiciel żadnej z religii, a feministki nie wykrzykują, że to „moja macica, mój brzuch".
W Polsce Anne Zohrę Berrached natychmiast też zakwalifikowano by do zwolenniczek filozofii gender i ideologii lewackiej, bo 35-letnia niemiecka reżyserka o algierskich korzeniach zajmuje się problemami mniejszości, a w swym poprzednim, debiutanckim filmie fabularnym „Dwie matki" pokazała parę lesbijek, które chciały urodzić i wychować dziecko. W „24 tygodniach" mamy jednak historię opowiedzianą z dużą delikatnością i w sposób poruszający, bo podobne tragedie i dylematy mogą spotkać każdego.
Film zaczyna się wręcz sielankowo, jego ton jest nawet zbyt przesłodzony. Astrid i Markus to para ludzi szczęśliwych, mają też fajną córkę. Ich związek trwa od lat, a miłość nie wygasa. Astrid jest znaną artystką kabaretową, jej stand-up show to telewizyjny hit, przy którym Markus zajmuje się sprawami organizacyjnymi. Oboje z radością oczekują teraz przyjścia na świat drugiego dziecka.
Nagle wszystko się zmienia. Podczas badania okazuje się, że syn urodzi się z zespołem Downa. Dla Astrid i Markusa to szok, ale się nie załamują. Zaczynają poznawać środowisko ludzi dotkniętych tą chorobą, przygotowują się do nowych zadań, wierzą, że dadzą radę.
Kolejna diagnoza jest jednak znacznie gorsza. Dziecko urodzi się z poważną wadą serca. Pierwszą operację trzeba będzie przeprowadzić już po tygodniu, potem kilka kolejnych, a i tak nikt nie daje gwarancji, że przyniesie to pożądane efekty. Nawet zaś jeśli wszystko pójdzie dobrze i syn przeżyje, na zawsze pozostanie ciężko chory.
Jest wszakże jeszcze jedna możliwość. Można dokonać późnoterminowej aborcji, dopuszczalnej w Niemczech w przypadkach takich, jaki dotknął Astrid i jej ciążę.
Bohaterka „24 tygodni" znajduje się w sytuacji, o jakiej kobiety w Polsce zmagające się z podobną tragedią mogą tylko marzyć. Nie jest sama. Swobodnie rozmawia z przyjaciółmi i bliskimi, nawet jeśli nie u wszystkich znajduje pełne zrozumienie. Markus nie mówi zaś: „To twój problem" i nie ucieka z domu. Wspiera ją, gotów do podjęcia najtrudniejszych wyzwań, gdyby dziecko przyszło na świat. Ten film jest bowiem również opowieścią o odpowiedzialności i o partnerstwie, jakie powinno cechować związek kobiety i mężczyzny.
Lekarze natomiast nie powołują się na klauzulę sumienia, nie oceniają i do niczego nie przymuszają. Wyczerpująco odpowiadają na wszystkie pytania, przedstawiając konsekwencje każdej decyzji. Dlatego również szczegółowo, niemal brutalnie, wyjaśniają, jak przebiega zabieg aborcyjny dokonywany w szóstym miesiącu ciąży.
W tym kameralnym dramacie kamera nieustannie przybliża widzowi twarze głównych bohaterów. Emocjonalną siłę tej historii podbudowują grający oszczędnymi środkami aktorzy – nieznany u nas Bjarne Mädel, a przede wszystkim Julia Jentsch (pamiętna bohaterka „33 scen z życia" Małgorzaty Szumowskiej). Subtelnymi środkami potrafi wyrazić najbardziej ekstremalne uczucia.
„24 tygodnie" wiele zawdzięczają Julii Jentsch także z tego powodu, że wie ona, jak przekazać to, co w tej historii jest najbardziej przejmujące i najważniejsze. Film uświadamia bowiem nam, że niezależnie od tego, jak silne wsparcie kobieta otrzyma od męża, bliskich czy lekarzy, ostateczna decyzja – tak lub nie – należy tylko do niej. I to ona potem płaci najwyższą cenę.
Dlatego też obejrzenie filmu należałoby przepisać wszystkim dyskutantom o aborcji, a zwłaszcza facetom, którym się wydaje, że wiedzą wszystko o życiu i kobietach.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.marczynski@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA