fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Kształt wody" Guillermo del Toro od piątku na polskich ekranach

Richard Jenkins (Giles) i Sally Hawkins w głównej roli Elizy Esposito. Aktorzy nominowani do Oscara za role w „Kształcie wody”. Czy otrzymają statuetki, przekonamy się w oscarową noc 4 marca
imperial/cienepix
Bajka o wykluczonych, czyli „Kształt wody" Guillermo del Toro – zdobywca 13 nominacji do Oscarów – od piątku na polskich ekranach.

– To jest bajka na trudne czasy – mówi o „Kształcie wody" Guillermo del Toro.

W filmie, który zdobył 13 nominacji i zdominował w tym roku pierwszy etap wyścigu do Oscarów, zaproponował przewrotną love story. Opowieść o uczuciu nieśmiało rodzącym się między dwiema samotnymi, niemieszczącymi się w wyznaczonej przez społeczeństwo „normie" istotami, które muszą zderzyć się z rzeczywistością.

Akcja „Kształtu wody" toczy się w Ameryce w roku 1962.

– Wybrałem ten okres, bo był znaczący dla historii Ameryki, która zdążyła już otrząsnąć się z traumy drugiej wojny światowej, budowała swoje bogactwo i dobre samopoczucie – twierdzi reżyser. – To czas tworzenia wielkich mitów. Na przedmieściach miast mnożą się zamożne osiedla z domami z równo przystrzyżonymi trawnikami, z dobrymi samochodami w garażach i telewizorami w salonach. W Białym Domu rezyduje John Fitzgerald Kennedy. Zostanie zamordowany na ulicy Dallas dopiero rok później. Jeszcze też nie czuje się aż tak bardzo napięć związanych z wojną wietnamską. Ale co kryło się pod tą zewnętrzną powłoką prosperity?

Tajemniczy eksperyment

Del Toro nie robi zatem filmu o American Dream. Pokazuje podziały społeczne i nierówności, o jakich dotąd, kreśląc obrazy tego okresu, najczęściej milczano. Głównym miejscem akcji jest tu ośrodek badawczy pod rządowo-wojskowymi auspicjami, gdzie odbywa się utrzymywany w tajemnicy eksperyment. W basenie i tubie z wodą żyje wielki, człekokształtny stwór pokryty łuską. Nie potrzebuje do oddychania tlenu, więc jego płuca mają stać się obiektem badań.

Wciąż jednak trwa zimna wojna, toczy się walka wywiadów amerykańskiego i sowieckiego, więc pada rozkaz unicestwienia stwora. „Nieważne, czego my się nie nauczymy, ważne czego nie nauczą się Rosjanie" – stwierdza dowódca.

Polityka w filmie del Toro jest jakby rodem z pierwszych Bondów – świadomie przerysowana, karykaturalna. Ma raczej stworzyć poczucie zagrożenia. Przede wszystkim liczą się tu ludzie i ich emocje. Samotna, niema sprzątaczka, która nawiązuje kontakt ze stworem, chce go uratować razem z nieudacznym artystą, sąsiadem – gejem, który nie może się przyznać do swojej orientacji seksualnej i z czarnoskórą koleżanką z pracy. Del Toro portretuje tych, którzy przez społeczeństwo okresu prosperity zostali wyrzuceni na margines. Przypomina o ich istnieniu, więcej – o ich wartości i prawie do godności.

Dzisiaj twórcy coraz częściej właśnie „wykluczonych" czynią bohaterami filmów. Pokazują inne oblicze przełomu lat 50. i 60. Wystarczy przypomnieć kilka ubiegłorocznych tytułów. „Ukryte działania" Theodora Melphiego były opowieścią o trzech czarnoskórych kobietach, zdolnych i inteligentnych, które w latach 60. pracowały w NASA i walczyły o awans, a przecież przez cały czas były upokarzane i traktowane jak obywatelki drugiej kategorii.

„Płoty" wyreżyserowane przez Denzela Washingtona to z kolei historia afroamerykańskiej robotniczej rodziny, gdzie w relacjach ojca i syna odbija się świat nierówności i rasowych niechęci. Wreszcie „Suburbicon" George'a Clooneya, połączenie kina społecznego i thrillera, w którym na osiedlu, gdzie rośnie w siłę klasa średnia, odbywają się protesty, gdy do jednego z domów wprowadza się czarnoskóra rodzina. A prawdziwy dramat, zbrodnia i hipokryzja kryją się w rodzinie szanowanego białego obywatela.

Współczesne odniesienia

Artyści coraz częściej obalają amerykański mit lat powojennego dobrobytu, przypominają, że nie był on dla wszystkich. Guillermo del Toro z bajką o miłości niemej sprzątaczki i monstrum w czasach zimnowojennej polityki wpisuje się w ten nurt. Zaznacza jednak, że chodzi mu o coś więcej niż rozliczenie przeszłości i choć akcja „Kształtu wody" toczy się ponad pół wieku temu, jego obraz jest całkowicie współczesny.

– Ci, którzy dzisiaj rzucili hasło powrotu do wielkiej Ameryki, myślą o latach 60. jako czasie pełnym nadziei i wielkich obietnic na przyszłość – mówi reżyser. – Tymczasem wtedy też w kraju było mnóstwo problemów społecznych. Rasizm, nieakceptowanie inności. Podobnych, jakie mamy dzisiaj.

A że „Kształt wody" jest bajkowy? Del Toro posługuje się konwencją, w której czuje się najmocniejszy. Łączy gatunki – romans, fantasy, thriller. To mu zawsze wychodziło najlepiej. W jednym ze swoich najciekawszych filmów – „Labirynt fauna" również opowiedział o rzeczywistości za pomocą metafory. Jego gorzkie bajki mają swój urok. I perfekcyjną formę. Nie jest rzeczą przypadku, że „Kształt wody" ma 13 nominacji do Oscara. Członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej dostrzegli m.in. świetną kreację głównej bohaterki Sally Hawkins, drugoplanowe role Octavii Spencer i Richarda Jenkinsa, docenili reżyserię del Toro, muzykę Alexandra Desplata i zdjęcia Dana Laustsena.

A Guillermo del Toro już marzy o kolejnej bajce. Chciałby zrobić film o Pinokiu. Twierdzi, że dzwonili nawet do niego w tej sprawie szefowie kilku studiów, ale szybko kończyli rozmowę, gdy dowiadywali się, że chce umieścić akcję w czasach Mussoliniego.

– Zawsze komplikuję sobie życie – śmieje się reżyser. – Więc jeśli macie 35 milionów dolarów i chcielibyście uszczęśliwić Meksykanina...

A więc drewniany chłopiec, któremu nos wydłużył się od kłamstw? No, ale na tym właśnie polega siła del Toro, który w bajkach bez happy endu opowiada o niepokojach współczesnego świata. I pewnie jeszcze na tym, że choć na końcu nikt w jego filmach nie będzie „żył długo i szczęśliwie", reżyser zostawia jednak widzowi nadzieję.

W tym niełatwym świecie rodzi się bowiem solidarność wykluczonych, przyjaźń, miłość. – Pierwszy raz ktoś mnie zaakceptował taką, jaką jestem – mówi niema kobieta do stwora pokrytego rybią łuską. A on przy niej staje się łagodny i dobry.

– Miłość jest siłą uniwersalną – twierdzi del Toro. – Dlatego o niej chcę opowiadać, a nie o strachu. Jezus i Beatlesi nie mogli się mylić. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA