fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Bez reflektorów

Piotr Świerczewski: Lewandowski jest od grania, a nie od gadania

EAST NEWS
Dziś pierwsza trójka w piłce nożnej to: Francja, Chorwacja i Belgia. Wszędzie niby mamy blisko, ale cały czas twierdzimy, że jesteśmy mądrzejsi. Mamy swój pomysł, ale widocznie nie jest on najlepszy – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Piotr Świerczewski, były reprezentant Polski.

Jest pan celebrytą?

Każdy ma swoją definicję tego słowa. Dla mnie to ktoś, kto jest znany z tego, że jest znany, ale tak naprawdę niczego nie osiągnął. Czyli nie jestem celebrytą, bo coś tam zdobyłem. Mam kilka Pucharów Polski, wicemistrzostwo olimpijskie, całkiem udaną karierę w zagranicznych klubach. Nie chodzę i się tym nie chwalę, ale mam swój sukces.

Odnajduje się pan w takich programach, jak „Agent" TVN?

To była świetna zabawa. Przefajni ludzie. Z jednej strony się kumplowaliśmy, z drugiej – wiedzieliśmy, że to jest rywalizacja. Nie mogłem lepiej trafić, bo rywalizację kocham. Niby był dystans, bo to zabawa, ale walczyliśmy na całego po to, żeby jak najdłużej utrzymać się w programie, albo go nawet wygrać. Przyjaciółmi byliśmy, kiedy wyłączali kamery, nikt się nie obrażał, nie strzelał fochów. Fajnie, tak jak w życiu. Z żoną cały miesiąc też przecież nie jest super. 20 dni jest fajnie, parę dni się kłócisz, przez parę nie ma cię w domu i możesz się stęsknić. W „Agencie" wystąpiłem jako były piłkarz, a nie postać znana z Instagrama.

Znany jest pan też z kilku tekstów, które u kibiców stały się kultowe.

Nie tylko u kibiców. Przykleiło się do mnie to „Piękny kawalerze", określenie, którego użyłem wobec policjanta, który przyjechał na interwencję przy jakimś nieporozumieniu w Mielnie. Zupełnie nie czuł do siebie dystansu. Mam przecież tylu kumpli policjantów i to nie żadnych krawężników, tylko wyższych rangą, którzy za takie słowa się nie obrażają. Zazwyczaj nie ma problemu, pełen luz. W Mielnie luzu zabrakło. Ale miałem też powiedzenia związane z boiskiem.

Na przykład?

Bardzo mi się podoba to „grajmy na chaos", które kiedyś nagrano, kiedy krzyczałem do piłkarzy, jako trener ŁKS Łódź. Kiedy kończy się mecz, wynik jest niekorzystny i nie ma czasu na rozgrywanie, pół Europy stawia wszystko na jedną kartę. Chyba tylko Niemcy grają dalej swoje i budują spokojnie akcje, inni próbują chaotycznego grania, licząc na to, że coś się uda albo zdarzy się jakiś cud. Wrzuca się piłkę w pole karne, bramkarz wybiega ze swojej bramki i pędzi pod bramkę przeciwnika. Wszystko robi się szarpane. Przecież bramkarz w piątej minucie przy 0:0 tak nie zrobi, pilnuje swoich słupków i poprzeczki, ale jak dzieje się źle i nie ma nic do stracenia, to biegnie na chaos. Z moich słów zrobiono żart, stwierdzono, że to ja wymyśliłem, że to wykładnia polskiej myśli szkoleniowej. Ale nie ma problemu, mogę być okrzyknięty tym, który wymyślił taką grę. Przynajmniej będę sławny.

Jest pan przecież sławny, podobno wszyscy pana znają.

No, nazwali mnie też człowiekiem kontaktów, bo pochwaliłem się, czyje numery mam w książce telefonicznej. Z tego też się śmieję, bo kontaktów można mi naprawdę zazdrościć i nie mam się czego wstydzić. Jak jadę do Francji i czegoś potrzebuję to dzwonię: „Cześć kolego, jak się masz, czy mi pomożesz". Okazuje się, że mnie tam pamiętają. Futbol we Francji, który stawiam teraz jako wzór, oparty jest na byłych piłkarzach i to tych, z którymi grałem, albo przeciwko którym grałem. Lyon, Marsylia, Saint-Étienne – gdzie nie wchodzę, to mnie poznają, kojarzą i zapraszają do siebie. Do ośrodka szkoleniowego Lyonu nie wchodzi się tak po prostu z ulicy, a dla mnie – „bardzo proszę". To super, że ci zawodnicy o mnie pamiętają i mnie doceniają, chociaż często na boisku ostro ze sobą walczyliśmy. Nie muszę do nikogo z życzeniami na święta dzwonić, żeby o sobie przypominać, jeśli przy okazji kogoś spotkam, to składam życzenia, esemesów nie wysyłam, bo dla mnie to takie na odwal się wysyłanie do wszystkich. I bez tego mają do mnie szacunek, bo we Francji to nie byłem jakimś tam rezerwowym. Pewnie ze 300 meczów by się uzbierało, ze 30 goli strzeliłem. Niby tyle co Robert Lewandowski w jednym sezonie, ale i tak jestem zadowolony.

Kiedy patrzy pan za siebie, przychodzi myśl, że zrobił karierę na miarę talentu?

Tak naprawdę to żałuję, że nie zrobiłem większej. Mogłem skoncentrować się tylko na piłce i lepiej bym na tym wyszedł. A ja tu otwierałem jeden lokal, tam drugi, z pięć sklepów przy okazji, jakieś restauracje i nie wiem, po co mi to było. Teraz przecież mam dużo czasu, mógłbym się wszystkim zająć, a wtedy powinienem skupić się tylko na swojej karierze, znaleźć czas na dodatkowy trening, albo chociaż lepszy odpoczynek. A ja siedziałem przy telefonie, analizowałem, co się stało, co można zrobić, gdzie zginęły jakieś pieniądze. Zrobiłem karierę, ale stać mnie było na dużo więcej. Teraz mam żal, ale tylko do siebie. Mogę to nadrobić, jako trener, doszkalam się, za chwilę znowu lecę do Lyonu, a Lyon to ścisła czołówka, jeśli chodzi o szkolenie w Europie, mam kogo podpatrywać.

Naprawdę chce pan być trenerem?

Oczywiście, niedawno byłem już asystentem w reprezentacji młodzieżowej. Robię wszystko, żeby być coraz lepszym, bo doświadczenia przecież szukać nie muszę. Mam je większe, niż wielu trenerów pracujących w ekstraklasie, więcej treningów mam w głowie i małym palcu, niż oni w notatkach. Jako piłkarz współpracowałem z najlepszymi w Europie, zespoły, w których grałem, prowadzili Tomislav Ivić, Alain Perrin czy Jacques Santini, który przecież był nawet selekcjonerem reprezentacji Francji. Chciałbym jednak, żeby kluby w Polsce były lepiej zorganizowane. Żeby bardziej doceniało się doświadczenie wyniesione z boisk. Kiedy byłem w Motorze Lublin, nie było prezesa, więc zorganizowano konkurs, który wygrał facet zarządzający wcześniej autobusami w PKS. I teraz porównajmy to z takim Bayernem, największym klubem w Niemczech, gdzie we władzach zasiadali i zasiadają: Franz Beckenbauer, Ulli Hoeness, Karl-Heinz Rummenigge, dyrektorem sportowym jest Hasan Salihamidzić, a trenerem Niko Kovac. Nikt z przypadku, z losowania czy konkursu, wszyscy z przeszłością w futbolu. Nie twierdzę, że w Polsce wszyscy byli piłkarze nadają się do zarządzania, ale za łatwo z nich rezygnujemy. Ktoś może być prezesem, ktoś dyrektorem, ale ktoś trenerem młodzieży. Dla każdego powinno być miejsce.

U nas w lidze długo była moda na trenerów z zagranicy.

Nie mam nic przeciwko temu, ale oni też powinni szanować naszych szkoleniowców. Ostatnio na meczu Legii z Piastem doszło do spięcia między Ricardo Sa Pinto i Waldemarem Fornalikiem, bardzo mi się to nie podobało. Po pierwsze, Fornalik jest byłym selekcjonerem, a po drugie, jest bardzo kulturalnym i ułożonym gościem. Nie sądzę, żeby wyzywał Portugalczyka. Ludzie zza granicy traktują nas gorzej, jak kogoś biedniejszego. Sa Pinto może i ma świetną drużynę i największy budżet, ale ciekawe jakby to było, gdyby zamienił się z Fornalikiem na robotę. Jakby miał pięć razy mniej pieniędzy i piłkarzy takich, jakich by mu dali, a nie takich, których sobie wybrał. Może wtedy bardziej doceniałby kolegów trenerów. Szanuję Sa Pinto za to, że podniósł Legię, bo naprawdę słabo wyglądała na początku sezonu, ale szanuję też naszych trenerów, którzy rzeźbią z tego, co mają. A akurat Fornalik należy do najlepszych.

Wyjeżdżał pan z Polski na początku lat 90. Wielu piłkarzy wspomina o zderzeniu, jakie mieli wtedy z rzeczywistością na Zachodzie. Panu duma zabrania?

Oczywiście, że ja także miałem problemy z językiem, ale może mniej narzekałem, bo nie miałem problemów z graniem w piłkę.

Nie było poważnych zakrętów?

Zawsze są. Myślisz, że jesteś lepszy, niż wydaje się trenerowi. Codzienność jest trudna, delikatny spadek formy urasta do problemu gigantycznych rozmiarów. Jak Lewandowski nie strzeli gola w trzech meczach z rzędu, to w mediach już zaczyna się jazda na całego i pisanie o poważnym kryzysie. Nigdy nie chciałem się pakować i wracać do Polski, nie chciałem się poddawać. Kiedy nie widziałem już dla siebie szans, po prostu szukałem nowego klubu. A zanim wyjechałem z kraju, też potrafiłem się na to wszystko przygotować. Miałem 21 lat i wiedziałem, że to jest najlepszy czas, by ruszyć się do jakiejś silnej ligi. Grałem w mocnym polskim klubie, otworzyły się drzwi na Zachód i czułem, że to wielka szansa. Byłem na to przygotowany, chociaż nie wiedziałem, jaka to będzie drużyna. Nie jechałem do Francji za pieniędzmi, ale za swoją przyszłością. Chciałem poważnie grać w piłkę i wiedziałem, że muszę dać sobie radę.

To rodzice nauczyli pana, by nigdy się nie poddawać?

Albo się jest sportowcem, albo nie. Przecież decydujesz się wejść w ten świat nie po to, żeby przegrywać. Chcesz zwycięstw. Proszę popatrzeć na najlepszych, nieważne czy to hokeiści czy kolarze – to są najczęściej ludzie chorzy na ambicję, zaczynają zawody z przekonaniem, że uda im się wygrać. Nie chciałem sobie pograć w piłkę, nie chciałem, żeby było jako tako. Chciałem sukcesów i medali.

No to może pochodzenie pomogło? Ludzie z gór...

No właśnie tłumaczę panu, że to nie pochodzenie i nie rodzice, tylko predyspozycje. To nie góral, ale każdy dobry sportowiec jest nieustępliwy. Czasami przegrywa, ale porażki budują go jeszcze bardziej, bo umie wyciągać wnioski. To charakteryzuje tych, którzy w końcu coś osiągają.

Pan nie potrafi tej swojej ambicji wyłączyć. Nawet w turniejach towarzyskich gra pan bardzo ostro.

Bo albo gramy, albo nie. Nawet z chłopakami na podwórku walczę twardo, odzywa się we mnie dusza byłego zawodnika, zawsze chcę wygrać. Ale w życiu co innego – często odpuszczam, nie interesuje mnie sztuczna rywalizacja, jakiś wyścig, nie tracę czasu na takie bzdury. Dla żony to ja jestem bardzo spokojny Piotruś. Z panem też się przecież nigdy nie pokłóciłem. Oczywiście wszystko wygląda pięknie, dopóki nie wyszlibyśmy na boisko albo kort tenisowy.

Obecnym piłkarzom brakuje charakteru?

Nie staram się być na siłę kontrowersyjny i ostry w ocenach, zawsze będę trochę ich bronił, bo moim zdaniem tu nie chodzi o charakter, ale o system szkolenia. W ostatnim czasie dużo przypatrywałem się, jak pracuje się z młodzieżą za granicą, a później pojechałem do Ząbek na mecz Polaków z Francuzami, reprezentacji do lat 17. Widziałem, jak jedni i drudzy radzą sobie z piłką, jak są poustawiani taktycznie, jak podają, jaką mają wyobraźnię. Myślę, że nasze dzieciaki potrafią grać z rówieśnikami zza granicy jak równy z równym, a dystans zaczyna się tworzyć mniej więcej po 15. urodzinach. Francuzi stają się lepszymi piłkarzami, różnice widać gołym okiem. W Ząbkach przegraliśmy 1:3 i czytałem, że nie było tak źle. A moim zdaniem było bardzo źle, bo wynik nie oddaje tego, co działo się na boisku. Niby straciliśmy tylko trzy bramki, ale to była różnica dwóch klas, rywale przewyższali nas we wszystkim, co ważne. Byli szybsi, lepsi technicznie, inteligentniejsi taktycznie. Moim zdaniem Europa cały czas nam odjeżdża. Niedawno mówiliśmy o mistrzach świata Niemcach, teraz pierwsza trójka na świecie to: Francja, Chorwacja i Belgia. Wszędzie niby mamy blisko, ale cały czas twierdzimy, że jesteśmy mądrzejsi. Pewnie mamy swój pomysł, ale jakby to powiedzieć – widocznie nie jest najlepszy.

Ale przecież nasza młodzieżówka wygrała ostatnio z Portugalią i awansowała na mistrzostwa Europy...

Czesław Michniewicz oczywiście osiągnął sukces ze swoją drużyną i należą mu się brawa. Wiele osób nie wierzyło, że wyeliminujemy Portugalię, ale akurat ja tej ekipy nie skreślałem. Czesiek ma coś w sobie, potrafi być człowiekiem. Jest kumplem, dobrym ojcem dla chłopaków. Kiedy jest wesoło, pozwoli się pośmiać i sam się pośmieje. Ale wie też, kiedy trzeba przykręcić kurek, ochrzanić najlepszego piłkarza, albo kogoś wyrzucić z drużyny, walnąć pięścią i wyznaczyć granicę. Dlatego też osiągnął sukces, szokując Portugalczyków w rewanżu, kiedy załatwił sprawę już do przerwy. Pamiętajmy jednak, że wielu zawodników Michniewicza na co dzień gra w zagranicznych klubach.

To może szybki wyjazd z Polski jest najlepszym pomysłem?

Zgadzam się. Dawid Kownacki mógł jeszcze dwa, trzy lata pograć w ekstraklasie, okrzepnąć. Zamiast tego zaryzykował i jest lepszym piłkarzem. Jeśli ktoś chce zrobić wielką karierę, to nie może stać w miejscu, czekać – trzeba wyjeżdżać, żeby się uczyć.

Pamięta pan gorszy rok w polskiej piłce od tego, który właśnie się skończył?

Oczywiście, gorsze były wszystkie te lata, kiedy podczas mundialu jedynie mogliśmy podziwiać innych. Tym razem na mundial w Rosji awansowaliśmy i powinniśmy się z tego cieszyć. Może nie poszło tak, jak oczekiwaliśmy, ale przynajmniej były emocje. Gorzej z naszymi klubami w europejskich pucharach, bo mistrz Polski odpadł z nich po meczach z drużynami ze Słowacji i Luksemburga. Niestety, jesteśmy już poniżej średniej, nie ma co się oszukiwać. Żyliśmy w złudzeniu, że jest coraz lepiej, ale tak naprawdę tylko reprezentacja dawała nam jakieś powody do radości. I to też wtedy, kiedy trenerem był jeszcze Adam Nawałka.

Ma pan już jakąś teorię wyjaśniającą, dlaczego nie poszło nam na mundialu?

Nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem, w ogóle nie sądzę, by ktokolwiek umiał udzielić sensownej odpowiedzi. Powoli mijają czasy, kiedy nasze świetne pokolenie mogło uważać, że jest w najlepszym piłkarskim wieku. Łukasz Piszczek już w kadrze nie zagra, a to piłkarz genialny, którego rolę w drużynie podkreślano stanowczo za rzadko. Jakub Błaszczykowski pięć lat temu był zawodnikiem klasy europejskiej, teraz jego forma idzie już tylko w dół – w klubie nie gra, w kadrze jest rezerwowym. Robert Lewandowski też będzie już tylko starszy.

A zła taktyka? Myśli pan, że Nawałka się pomylił?

U nas zawsze najmądrzejsi są kibice i dziennikarze. Trener wiedział, co robi, był najbliżej drużyny i szukał optymalnego rozwiązania. Może przekombinował, ale niepotrzebnie odchodził z reprezentacji. Pociągnął cały nasz futbol w dobrym kierunku, a na ile go znam – potrafiłby się przyznać do błędu i wyciągnąć wnioski. To mądry facet, wszystko by naprawił i drugi raz nie podejmował zbyt dużego ryzyka z taktyką. Szkoda też, że drużyna miała już trochę dosyć jego metod, zaczęły się jakieś bunty, ciche konflikty, a przecież nasi piłkarze w reprezentacji najwięcej osiągnęli właśnie za kadencji Nawałki. Nie byłem w środku zespołu, nie wiem dokładnie, o co chodziło, ale było widać gołym okiem, że coś nie gra.

Naprawdę uważa pan, że Nawałka powinien dostać kolejną szansę?

Tak, pochopnie zrezygnowano z wielkiego doświadczenia. Reprezentacja już świetnie funkcjonowała według wyrobionego schematu, trzeba było tylko poszukać nowych piłkarzy po mundialu, jakichś wzmocnień. Szkoda, że ten projekt się zakończył, co nie oznacza, że jestem przeciwny Jerzemu Brzęczkowi jako selekcjonerowi. Jurek jest od Adama Nawałki młodszy, piłkarsko może doświadczony tak samo, ale pod względem prowadzenia drużyny nieporównywalnie mniej. Stanął przed trudnym zadaniem, bo musi szukać nowego pomysłu na zespół. Nie mam nic do Kuby Błaszczykowskiego, ale on tej kadry już nie pociągnie. Przerabiałem to samo – na początku wchodziłem do reprezentacji, dostawałem powołania na doczepkę, później miałem mocną pozycję, a na koniec z kadry wyleciałem, bo byłem za słaby. Takie jest życie piłkarza i trzeba się z tym pogodzić, na każdego przychodzi czas. Gorsze jest to, że nie mamy godnych zastępców, nie tylko Kuby. Widzieliśmy co dla naszej kadry znaczy brak Kamila Glika, a on też jest już po trzydziestce.

Bardzo dobrze zna pan Brzęczka. Zawsze był liderem, przywódcą?

Był kapitanem drużyny olimpijskiej, a później za trenera Janusza Wójcika także pierwszej reprezentacji, ale nie powiedziałbym, że był zdecydowanym liderem. Tamta ekipa miała wielu liderów, każdy mógł coś powiedzieć, Jurek był tylko jednym z nas. Wojciech Kowalczyk, Andrzej Juskowiak, Tomek Wałdoch, Alek Kłak – każdy miał swoją osobowość, mocną pozycję w klubie i był wyrazisty. Rządzili też Ryszard Staniek, Darek Adamczuk czy Tomek Wieszczycki, który był świetnym zawodnikiem w naszej lidze i według mnie powinien zrobić wielką karierę. Nie zrobił, ale razem przez jakiś czas tworzyliśmy groźny zespół trzymany przez silnego trenera.

To wierzy pan w Brzęczka czy nie?

A dlaczego miałbym nie wierzyć? Bo jest za młody czy dlatego, że nie ma doświadczenia? Powiedzmy sobie wprost, że międzynarodowego doświadczenia nie ma żaden polski trener. Sukcesy z polskimi klubami w pucharach odnosił Franciszek Smuda. Wydawało się, że ma wszystko, co potrzebne, by poprowadzić kadrę do sukcesu na Euro 2012, a jednak nie potrafił zbudować drużyny. Cieszę się, że Jurek dostał szansę. To facet z historią, medalem z igrzysk, karierą w reprezentacji i dziesięcioma latami gry za granicą. Myślę, że ma pomysł na drużynę, ale musi dostać czas, niepotrzebnie rozliczanie go z pracy zaczęło się po trzecim spotkaniu. Musi swoje sprawdzić, przetestować nowych zawodników. Nie każdy, kto dobrze gra w ekstraklasie nadaje się od razu na reprezentację. Jurek się o tym przekonał, wie już, co może robić, a co nie przejdzie. Mierzył się z naprawdę silnymi przeciwnikami w Lidze Narodów.

Brzęczek zawsze był impulsywny?

A jest?

Kiedy usłyszał na konferencji, że Lewandowskiemu?nie podoba się taktyka, powiedział, że Robert jest od grania.

Z mediami to trzeba nauczyć się żyć. Przecież ja też miałem niejeden konflikt z dziennikarzami, ale teraz, kiedy sam bywam po drugiej stronie, wiem, że interesujące są tylko te pytania, na które nie zna się odpowiedzi. Kiedy przegraliśmy 0:2, nie ma sensu pytać, czy przegraliśmy 0:2. Zadaje się pytania trudne, ciekawe, czasami irytujące, czasami podpuszczające – trzeba na nie umiejętnie odpowiadać. Jeżeli ktoś jest nerwowy albo nie wytrzymuje ciśnienia, to będzie próbował walczyć z mediami, a to jest bez sensu. Jurek powinien do wszystkiego podchodzić na luzie i odpowiadać tak, żeby chronić drużynę. Tak naprawdę na konferencjach to jego jedyne zadanie. A co do Lewandowskiego – jest chyba najlepszym piłkarzem w historii naszego futbolu, strzela dużo goli, nikt go za mojego życia nie przebije, ma wszystkie rekordy, powinniśmy przed nim zdejmować czapki, ale pamiętajmy, że jest piłkarzem.

Nie rozumiem.

To znaczy, że Brzęczek miał rację – Lewandowski jest od grania, a nie od gadania. Jak skończy karierę i zostanie trenerem, to będzie gadał, bo grać będą inni.

Mówi pan, że z mediami trzeba się nauczyć żyć, ale prawda jest taka, że pan długo tego nie rozumiał.

Z dziennikarzami w sporcie jest tak, że ci, których znasz, cię oszczędzają, a ci, których nie znasz, w ciebie walą. Każdy ma swoich faworytów, koledzy, nawet jak muszą skrytykować, zrobią to jakoś łagodniej i z klasą. Z dziennikarzami trzeba jednak żyć, bo dzięki nim piłka nożna cieszy się tak wielką popularnością. Gdyby nie media, piłkarze byliby tak samo rozpoznawalni jak łyżwiarze figurowi – czyli w jakichś kręgach na pewno, ale jednak nie byliby kojarzeni przez gospodynie domowe.

Samymi mediami społecznościowymi też nie ogarnie się całej komunikacji. Jak zrobisz sobie zdjęcie z lodem, może polubi je milion osób i zarobisz duże pieniądze, jednak najważniejsze ciągle pozostaje boisko. Zresztą takim Instagramem też trzeba umieć zarządzać, bo to już nie jest Nasza Klasa, gdzie wrzucisz zdjęcie z Berlina i wszyscy będą się cieszyć, że tam byłeś.

Uważa pan, że w czasie gry w piłkę umiał pan żyć z mediami?

Nie zawsze mi to wchodziło, nie lubiłem pitolić o niczym. Nie chciało mi się czasami was słuchać, dyskutować o mądrościach, które nie miały nic wspólnego z prawdą. Czasami puszczały mi nerwy. Wiedziałem jedno – gazeta musi się sprzedać, portale muszą z czegoś żyć. Dziś napiszą o mnie dobrze, jutro źle, pojutrze to poprawią, a następnego dnia zdementują. Najważniejsze przetrwać do kolejnego meczu i znowu będzie dobrze.

Z czego chciałby pan być zapamiętany przez kibiców? ?Co dał pan wyjątkowego polskiej piłce?

Wie pan, ja to się nawet nie będę specjalnie dziwił, jak nie będą mnie rozpoznawać. Nie wszyscy interesują się historią, sam czasami nie rozpoznaję legend. Starzejemy się, nasze zasługi robią się szare. Zdobyłem srebrny medal na igrzyskach w Barcelonie i ten sukces zamieniłbym tylko na podium mundialu. Chociaż w reprezentacji Polski zagrałem 70 meczów, to i tak często mi się wypomina czerwoną kartkę w meczu ze Słowacją, po którym PZPN zawiesił mnie na rok. To był głupi i śmieszny mecz, a z boiska nie zostałem wyrzucony za brutalny faul, tylko za dyskusję z sędzią przy rzucie wolnym. Cofał nas w murze i cofał, to zacząłem mu bić brawo – dał żółtą, a że dalej nas cofał, to klaskałem jeszcze głośniej – wtedy wysłał mnie do szatni.

Zawsze chciałem pana zapytać o jeszcze jedno – co powiedział pan do Bixente Lizarazu przed rzutem karnym podczas słynnego meczu w Paryżu w 1995 roku, że Andrzej Woźniak później obronił jego strzał?

Nic specjalnego, ani obraźliwego. Mówiłem już po francusku, więc podszedłem, poklepałem go po ramieniu i powiedziałem – „w lewo, strzelaj w lewo". Chciałem go zdekoncentrować, bo karnego spokojny piłkarz wykorzysta zawsze, a zdenerwowany może się pomylić. Sztuką jest się wyłączyć, nie słyszeć trybun i to ani tych gwiżdżących, ani bijących brawo. Śmieszniejsze w tej sytuacji jest to, że po francusku krzyczałem także do Woźniaka. Krzyczałem, że Lizarazu będzie strzelał w lewo, ale Andrzej nie mówił przecież po francusku i niczego nie zrozumiał. Tyle że Lizarazu naprawdę strzelił w lewo, a Andrzej się tam rzucił i złapał piłkę.

Wspomina pan ten mecz? Puszcza całej rodzinie?

Chyba średnio rodzinny jestem. Czasami jestem w domu, czasami nie jestem – wyjeżdżam za granicę, przy jakichś eventach coś się zarobi w Polsce. Mam dobrze, bo nie muszę ciężko pracować, ale robię coś, bo jednak nie jestem ustawiony do końca życia. Takie przekonanie bywa złudne. Jednego dnia myślisz, że ci wystarczy, a później zaczyna brakować.

rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny „WP Sportowe Fakty"

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA